dziennikarze wędrowni




archiwum




 wydanie: listopad 2002    reportaże    strona główna  




 Dobić końca

 jędrzej morawiecki, tekst
 filip łepkowicz, zdjęcia


 - W dwudziestoosobowej klasie mogą być dwie piątki, pięć czwórek, siedem trójek, reszta - jedynki. Ale jeżeli cała dwudziestka dostaje jedynki to coś jest nie tak. A tak stało się z gorzelnikami, tak jest z rolnikami - mówi Daniela Kijewska. - Tu padli wszyscy. To problem w skali kraju.

 Chłopi

 Typowa wieś. Najpierw widać starą, ceglaną szkołę, zaraz za nią przycupnął na zakręcie zabytkowy kościółek. Za zakrętem zaczynają się domostwa rolników. Wśród nich sklep. Naprzeciwko - przystanek pekaesu. Zatrzymajmy się na środku wsi: przed nami majątek. Na majątku - nieczynna gorzelnia. Po lewej droga wiodąca do oddalonej o kilkanaście kilometrów Oleśnicy. Po prawej: osiedle popegeerowskich bloczków. Tam wieś Stronia się kończy. Dalej nie ma po co jechać. Bo dalej są tylko pola, kolejne wsie. Tam pracy nie dostaniesz. Ze Stroni jeżdżą za chlebem tylko w lewo, a więc na Oleśnicę. A że w Oleśnicy bezrobocie też wysokie, wielu mieszkańców Stroni idzie na dworzec. Tam chłopi i chłoporobotnicy wsiadają w poranny pociąg i razem z miastowymi oleśniczanami jadą do Wrocławia. Niektórzy próbują inaczej: robią zrzutkę na paliwo, bujają się starą nysą, żukiem... Oczywiście, jeżeli mają pieniądze na dojazd. Pozostali czekają.


 W Stroni jest czterdzieści gospodarstw i siedmiu czynnych rolników. Jan Bąk jeszcze ziemię uprawia. Mówi: - Żyjemy na przetrwanie. Wcześniej gorzelnia brała kartofle, żyto, w zamian dawała wywar po spirytusie, mieliśmy czym spasać krowy. Wszystko jakoś się kręciło. Sześć wiosek miało stały zbyt. Teraz skupu nie ma. Próbowałem sprzedać we młynie w Kępnie. Przespałem na przyczepie trzy noce. Potem musiałem jeszcze czapkować, dzwonić, pytać: czy są pieniążki, nie ma? Nie krzyczeć, broń Boże, nikogo nie obrazić, bo przesuną w kolejce. Z ziemniakami poszło łatwiej, ale cóż z tego? Do tej pory nie zapłacili, zaliczyłem już kilka rozpraw sądowych. Wszystko ciągnie się już trzeci rok, a pieniędzy nie widać. Pytają tylko ciągle: czy powód podtrzymuje, czy coś tam... Do Stroni przyszła bieda. Od lat nikt nie kupuje nowego sprzętu. Jeżdżą połatanymi traktorami. Nie ma pieniędzy na nawozy. A życie? Bąk wzrusza ramionami. Przecież to oczywiste. Wieśniaka można odróżnić po ubiorze, od razu rzuca się w oczy. - Mam trójkę dzieci, wszystkie się uczą. Najstarszy studiuje zaocznie. Muszę wyłożyć cztery siedemset czesnego. A bilety, dojazdy? Może z końcem maja zapłacą mi za rzepak. Trzeba czekać i milczeć, podskakiwanie nic nie da. Zimą nie mieli czym palić. Bąk opowiada, że jeden z rolników, co wziął tonę węgla, pytał: pakować do pieca, czy nosić wkoło domu? Ten i tak sporo kupił. Inni brali po pięćset kilo. Rozpalali tylko wieczorem, ledwie co się tliło. Bąk: Jakby to wszystko wcześniej wiedzieć, to nie robiłoby się remontów, tylko szło pić pod gruszę. A teraz z nami jak i z tą gorzelnią. Płacimy tylko podatki od nieruchomości. Trwamy. Jan Bąk rozmawiał niedawno ze znajomym gorzelnikiem. Pytał: A Zarzysko jeszcze chodzi? A gorzelnia w Pszenicznej? A Sadowice? Pawłowice, Bierutów, Stradomia? - Wszystko stoi - odpowiadał gorzelnik. -Zbankrutowali, ogłosili upadłość.


 Gorzelnicy

 Ci, co jeszcze działają. Przyjechali z opolskiego, śląskiego, z dolnośląskiego. Mają opowiedzieć o sytuacji gorzelnictwa. Najpierw o przekształceniach. Mówią, że zaczęło się od likwidacji pegeerów, na początku lat 90. W skład pegeerów wchodziły miedzy innymi gorzelnie. Marian Mikołajczyk: Kiedy ministerstwo rolnictwa wydawało koncesje, nie zastanawiało się, jaką rolę gorzelnia ma pełnić. Patrzono jedynie na wielkość przerobową. Jeżeli ktoś zgłosił, że będzie robił w gorzelni milion, dwa, czy trzy miliony litrów - dostawał koncesję od ręki. Jeżeli ktokolwiek w ministerstwie znałby się na gorzelnictwie, to jego pierwsze pytanie brzmiałoby: co zrobi pan z wywarem gorzelniczym z takiej ilości produkowanego spirytusu? O to nie pytano. A wywar, jeżeli nie idzie na paszę, staje się bardzo uciążliwym ściekiem. Kolejny problem, jaki stoi przed takim gigantem, to zbyt. Bo milion czy dwa miliony litrów spirytusu to ogromna ilość. Zaczęły się więc podchody: kto silniejszy. Sporą część gorzelni przejęły osoby na wysokich stanowiskach: posłowie, senatorowie, ludzie z byłej nomenklatury, którzy poprzez stare układy byli w stanie ten spirytus przepchnąć do odbiorcy. Adam Pawlaczyk: Do tej pory odbiorcy spirytusu, a więc podmioty państwowe, nie rozpisują przetargów. Ceny skupu są w zasadzie dla nikogo nie znane. Żaden odbiorca nie chce z gorzelniami podpisać umowy.




 II.




baniak



 Marian Mikołajczyk: Zabójstwem dla gorzelnictwa rolniczego stało się uwolnienie cen spirytusu. Od 1 lutego 1998 ten sam spirytus, o określonej mocy i zawartości aldehydów, jeden właściciel gorzelni sprzedawał do odbiorcy po 2,20 zł., a od drugiego taki sam spirytus przyjmowano za 1,10 zł. I na tym polegało to "urynkowienie" i "uwolnienie" cen. Adam Pawlaczyk: Wiadomo, że producenci prawie w stu procentach są prywatni. A odbiorca w prawie stu procentach jest państwowy. Więc tak: ja jako prywatny człowiek idę do instytucji państwowej, w której urzędnik decyduje o tym, ile mi zapłaci. Czy mam mówić dalej? Jakie to są kryminogenne zdarzenia? Waldemar Kulwieć: Cena dnia to cena rozmowy... Na przykład telefonicznej. Tak się to odbywa. Wolny rynek... Ten chaos dla niektórych może być twórczy. W mętnej wodzie biorą najlepsze ryby. Chaos powoduje to, że pewni ludzie robią ogromne pieniądze. Marian Mikołajczyk: Odbiorcy spirytusu tłumaczyli się niejednokrotnie tak: nie możemy od was kupić spirytusu po 1,50 zł., bo mamy dostawcę, który sprzedaje z pocałowaniem w rękę za złotówkę. Zastanawiające! Z czego on ten spirytus wyprodukował, skoro zgadza się na złotówkę? Metr żyta kosztuje średnio 36 złotych. A żeby przy złotówce za litr wyjść na zero, trzeba by kupić żyto po 15 złotych za metr. Proszę mi powiedzieć, gdzie takie żyto rośnie? A gdzie są urzędnicy szczególnego nadzoru podatkowego? Dlaczego nikogo nie zastanawia, że ktoś przywiózł dajmy na to do Kędzierzyna spirytus ze wschodnich rejonów Polski, taki kawał drogi, by sprzedać go za złotówkę, z odroczeniem zapłaty na rok? Jak to? Produkuje ot tak, żeby sobie produkować? To jest spirytus, to nie są ogórki! To spirytus, strategiczny surowiec dla każdego państwa! Skądinąd wiadomo nam też... Jeździmy na różne spotkania, to są oczywiście rozmowy nieoficjalne. Zdarza się, że cysterna podjeżdża pod gorzelnię. Spirytus zostaje przepompowany do kadzi fermentacyjnej. Z kadzi fermentacyjnej idzie przez aparat odpędowy, poprzez zaplombowany licznik przepływa do magazynu. Jeżeli ktoś przemycił surowy spirytus za litr 30 groszy i sprzedał go po dwa złote, to to jest czysty zysk. Żeby wykazać, że ten spirytus został z czegoś wyprodukowany, przyjmuje się fikcyjnie na stan część surowca. I tak: ze stu kilogramów żyta powinno nalecieć 32 do 33 litrów spirytusu. A w wykazie stoi: 44 litry. I na to nikt nie patrzy. Tu wchodzą w grę sprawy niezrozumiałe.




 III.


 Gorzelnicy twierdzą, że na polskim rynku 30 procent spirytusu konsumpcyjnego pochodzi z przemytu. Z kolei Ryszard Jakubiuk, prezes "Polmosu" Zielona Góra, mówił w lutowym wywiadzie dla Agencji Reuters o 40 procentach. "Polmos" Zielona Góra, który ma trzeci co do wielkości udział w rynku, zakończył 1999 rok 13-procentowym spadkiem sprzedaży. Zysk brutto zmniejszył się w porównaniu z rokiem 1998 o 20 procent. Spadki zanotowały także wszystkie pozostałe "Polmosy" (jedyny wyjątek to Białystok). Kurczy się legalny rynek. "W 1995 roku globalna sprzedaż alkoholu na cele konsumpcyjne wynosiła około 150 milionów litrów. Rok 1999 zamknął się około 75 milionami litrów. Legalna sprzedaż zmalała o połowę. To prawda, że część konsumentów przechodzi na wino i piwo. Ale spadek tym powodowany może wynieść pięć procent" - mówił Jakubiuk. Producenci spirytusu szacują, że wpływy do budżetu z tytułu akcyzy alkoholowej za 1999 rok zmalały o 12 procent względem roku 1998. Podatek na spirytus wzrósł w tym czasie o dziewięć procent. "Akcyza jest już wyższa niż w Niemczech, gdzie za litr płaci się w granicach 27 DEM, a w Polsce ponad 56 złotych" - mówił Jakubiuk. Z kolei "Polmos" poznański - drugi w kraju - szacuje, że po kolejnej podwyżce akcyzy, zapowiadanej na wrzesień, przychody spółki spadną o co najmniej 8-10 procent.




 IV.




Zacierowy




 "Polmosy" apelują przede wszystkim o zaprzestanie dalszych podwyżek akcyzy. Z kolei gorzelnicy mówią także o potrzebie podzielenia spirytusu na konsumpcyjny i niekonsumpcyjny. Chcą, by spirytus dodawać do benzyn. Przed wojną 30 procent spirytusu zużywano na cele napędowe. Co prawda wtedy używano alkoholu nie jako domieszki, a czystego paliwa - na skażonym spirytusie jeździły ciągniki rolnicze. Ale teraz - wyliczają - gdyby do benzyn dodawano tak jak na Zachodzie - pięć procent alkoholu, to zapotrzebowanie w kraju wzrosłoby z 75 milionów litrów, bo tyle wynosi popyt konsumpcyjny, do prawie siedmiuset milionów litrów, a więc dziesięciokrotnie. Waldemar Kulwieć: Nagle okazałoby się, że wszyscy wszystko wiedzą: rolnicy wiedzą, że mają zbyt, gorzelnicy wiedzą, ile mogą produkować. Wszystko proste, jasne, czytelne. A teraz: nie wiadomo, jaki jest zapas surowca, jaki popyt. Tu nikt nic nie wie, to jest "wolny rynek". W Unii Europejskiej wszystko jest sterowane. Nie może być sytuacji takiej, że surowiec strategiczny jakim jest spirytus wypuszcza się na wolny rynek... Aleksander Karabin: Weźmy Niemcy. Tam przecież istnieją przepisy o monopolu spirytusowym. I to co minister Balcerowicz mówi, że monopole to relikt komunizmu, to demagogia. Trudno posądzać Niemcy, że nie są państwem o gospodarce rynkowej. Ale oni wiedzą, że pewne dziedziny gospodarki trzeba objąć nadzorem państwowym: rolnictwo, gorzelnictwo. W Niemczech każdy właściciel gorzelni dostaje kontyngent sprzedaży. I ma gwarantowaną cenę, przynajmniej na dwa lata.... Może więc zaplanować w swoim płodozmianie odpowiedni areał pod rośliny, które będzie przerabiał w gorzelni. Adam Pawlaczyk: Wygląda na to, że kręcimy bicz na siebie, prawda? Domagamy się przecież zaostrzenia kontroli, która jest bardzo wnikliwa, uciążliwa dla kierownika gorzelni. Ale my nie mamy wyjścia. To po prostu konieczne. Teraz nie znamy zasad gry. To tak jakbyśmy grali w karty, nie wiedząc, która figura jest starsza, która młodsza, jakie są reguły. Chcemy, by rząd odniósł się bądź to do przepisów przedwojennych, bądź wziął wzór od naszych sąsiadów. Chcemy, żeby te przepisy zostały ujednolicone i weszły w życie.




 V.


 Marian Mikołajczyk: Gdyby z jednego litra spirytusu gorzelnia na czysto zyskała 20 groszy... My nie chcemy więcej, wystarczy 20 groszy, by produkcja miała sens. Waldemar Kulwieć: A teraz zysku nie ma w ogóle. Wielu dzierżawców nie stać po prostu na zamknięcie gorzelni. Dlatego jeszcze działają. Ale żeby robić wszystko oficjalnie, zgodnie z przepisami... Nie ma szans na zarobek. Mikołajczyk: Jesteśmy - powiem nieskromnie - znawcami gorzelnictwa rolniczego. Wychowaliśmy się w województwie opolskim, śląskim, byliśmy przyzwyczajeni do porządku, do norm. Choćby z tego względu nie możemy zgodzić się na ten bałagan, chaos, który - może to zbyt górnolotne słowa - który nie służy Polsce, nie służy krajowi, nie służy intensyfikacji produkcji rolnej, pomnażaniu dochodu narodowego. Bo wywar to pasza dla krów. Kiedy pada gorzelnia, to nie dość, że znika skup, to nie ma wywaru. Trzeba likwidować produkcję zwierzęcą. Dużo mówi się w Polsce o restrukturyzacji polskiego rolnictwa, o nowych miejscach pracy. A jednocześnie niszczy się kolejny człon produkcji rolnej, jakim jest gorzelnictwo rolnicze.


 Obszarnicy

 Wróćmy do Stroni. Do majątku. Tego pośrodku wsi. Na majątku gospodaruje Daniela Kijewska wraz z rodziną. Gorzelnię prowadziła przez dwa miesiące. Wyprodukowali 50 tysięcy litrów spirytusu, dopłacili 30 tysięcy złotych. Kijewska kształciła córkę na akademii rolniczej właśnie z myślą o prowadzeniu gorzelni. Miała być kierownikiem. Teraz trzeba się przekwalifikować. "Nicość, beznadziejność" - powtarzała Kijewska, w końcu postanowiła spróbować jeszcze raz. Daniela Kijewska: - Chcę się zgadać z dzierżawcami. Jeden ma trzysta sztuk bydła, inni sześćset, kolejny dwieście. Moglibyśmy uruchomić gorzelnię na wywar. Jeden posieje kukurydzę, inni żyto. Spirytus nieważny. Byle wyjść na zero. Może uda się zarobić na mleku. Byle był obrót. Byle zużywać to, co wyprodukujemy. Stworzyć obieg zamknięty. Jeżeli dadzą za spirytus 2,10 zł., gorzelnia będzie pod małą kreską, da się to wszystko utrzymać. To byłaby nasza samoobrona. Znajomy oponuje: - Daniela, cena spadła już do 1,95 zł. Kijewska: - Może jeszcze podskoczy. Musi się udać. To nasze być albo nie być. Musimy spróbować. Inaczej padniemy. To co się dzieje, to już nie jest gospodarzenie. My toniemy. Kijewska tym razem chce spróbować bez rolników, bez skupu. Pełna samowystarczalność. To prawda, gorzelnia była głównym rynkiem zbytu dla rolników. - Wszyscy sobie pomagaliśmy - odbierałam surowiec, dawałam wywar. Ale cóż mi dała ta współpraca, skoro nie była podparta ekonomią? To się po prostu nie opłaca. Na całej wsi jest teraz piętnaście krów. A to podobno i tak dużo - na innych nie ma ni jednej. Rolnicy miotają się. Teraz polecieli w dół i ci, co uważali, że są dobrymi gospodarzami. Stracili wiarę. Okazało się, że najlepszy model na wsi, to mieć poniżej ośmiu hektarów, uprawiać dla siebie. Do tego dziadek i babka z rentą. I modlić się, żeby nie umarli. Przecież tutaj wyprawić wesele to znaczy - sprzedać ziemię. Tylko, że teraz i sprzedać nie ma komu. To jest zapaść. Pewien profesor mówił, że jeżeli jest dwudziestu uczniów, to w klasie mogą być dwie piątki, sześć czwórek, dziesięć trójek - reszta jedynki. Wtedy wszystko jasne - "jedynkowicze" nie nauczyli się. Ale jeżeli cała dwudziestka ma jedynki, to coś jest nie tak. Tu właśnie to się stało. Tu padli wszyscy. To problem w skali kraju.


 Koniec




Palacz




 W niedzielę, kwadrans po mszy, nadciąga burza. Niebo nabrzmiewa ołowiem, wiatr wymiata z ulicy ostatnich parafian. W ceglanej szkółce kilkunastu rolników. Stoją w sieni, palą papierosy, dyskutują leniwie. Ktoś rzuca żart, zamyka drzwi przed deszczem. - Mało narodu - mówi. - Na wsi prawie sześćset osób, a przyszła garstka. Potem tłumaczy, że frekwencja odzwierciedla rozgoryczenie. Rolnicy już nie chcą rozmawiać, nie wierzą. Bo ile można mówić? Zebrani przechodzą do salki. Bogdan Boruk, sołtys: Produkcja na wsi leży. My się jeszcze łudzimy, że może się coś zmieni, że może ruszy jakaś gorzelnia, jak nie u nas, to jedna z okolicznych... Ale to już nierealne. Ta, co we wsi obok - rozszabrowana. Inne - stoją od lat. Jarek, lokator z popegeerowskiego osiedla, mówi, że nie ma pracy, że zakłady wieśniaków nie przyjmą. - Nie mamy wykształcenia. Nie znamy języków, nie potrafimy obsługiwać komputerów. Nie spełniamy podstawowych norm. Takie są realia. Nie pojedziemy do Oleśnicy, do Wrocławia. Nie mamy szans. Przez rok "kuroniówka", a potem? Żyć choć nadzieją, że dzieci się wybiją. Ale jak? Do tej pory z okolicy udało się tylko dwóm Szczypkowskim. Jeden gra w Zagłębiu Lubin, drugi w Pogoni. Ci wyszli na prostą. A inni? Co mają robić? Kółka, kluby? Gimnazjum przenieśli nam do Bierutowa - na dojazdy nie ma pieniędzy. Dzieci zostaną kiepami. Sołtys: Oglądamy reportaże z olsztyńskiego, białostockiego, tam gdzie była masa pegeerów. Widzimy co się dzieje, jak chleją. Czy tu ma być to samo? Jan Bąk podchodzi do okna. - Ludzie uciekają, wieś stara, rozlatuje się - mówi cicho. Potem wspomina rozmowę z najstarszym synem. Tym, co chodzi do szkoły rolniczej. Bąk powiedział: "Przepiszę na ciebie gospodarstwo", ten zaśmiał się mu w oczy. "Co ty, chcesz mi chomąto założyć?" Miał rację. Może choć on się wyrwie. - A ja? - pyta Bąk. - Mam szukać pracy? W tym wieku? Pozostało czekać. Byle dobić końca. Za oknem coraz ciemniej. Kilka dni temu przez wieś przejeżdżał Kulwieć. Patrzył na majątek, gorzelnię, w której kiedyś się urodził, w której mieszkał, w której pracował jego ojciec, potem matka. Kulwieć mówił: - To miejsce tętniło życiem. Tu sprzedawało się ziemniaki, tu brało wywar. Chodziły maszyny. Tam była świetlica, festyny. Teraz - wszystko przekreślone. Ja sam już na wsi nie mieszkam. Wyniosłem się do Oleśnicy. Znalazłem inną pracę. Unikam tego miejsca. Wolę nie patrzeć. Pozostał żal po czymś, co za kilka lat zniknie. Pozostanie komin. I wieś: zubożali rolnicy, którzy oglądają wieczorem telewizję, powtarzając: "To nie tak". Wiedzą, że kolorowo jest w tylko miastach, że inwestuje się w supermarkety. A prawdziwa Polska zaczyna się tutaj.






Tekst był opublikowany w całości w Tygodniku Powszechnym.



 wydanie: listopad, 2002    reportaże    strona główna

 

© dziennikarze wędrowni