dziennikarze wędrowni



 archiwum

maj, 2002



roczniki    strona główna  






"Schizophrénia - Une maledie soviétique"



- Dlaczego jesteście w klinice?
- Nie wiem.
- Czy mogłoby mieć to coś wspólnego z waszymi wypowiedziami?
- Z jakimi?
- O naszym społeczeństwie na przykład.
- Nie wiem. Nie wypowiadałem się wobec żadnej oficjalne instytucji.
- A wobec nieoficjalnej?
- Nie przypominam sobie.
- Zostaliście wydaleni ze Związku Młodzieży Komunistycznej.
- Nie zostałem wydalony. Sam wystąpiłem.
- Czy ma to jakiś związek z waszymi przekonaniami?
- Dla psychiatrii jest to bez znaczenia.
- Tak, ale dlaczego jesteście w tej klinice już po raz czwarty? Komórka opieki społecznej, która was do nas przysłała, podjęła tę decyzję po otrzymaniu telefonu na temat waszych poglądów.
- Moje poglądy nie mają dla psychiatrii żadnego znaczenia.
- Gdyby wasze poglądy nie były niebezpieczne dla społeczeństwa, nie przywieziono by was do tej kliniki po raz czwarty. Dlaczego to robicie?

 Podobną rozmową między pacjentem i lekarzem- przełożonym, przeprowadzoną w Klinice Psychiatrycznej Kaszczenko w Moskwie, w roku 1974, rozpoczyna się reportaż filmowy "Schizophrénia - Une maledie soviétique" (reż. Vita Zelakeviciute) pokazany na początku kwietnia 2002 przez telewizję ARTE. Dokument ten zrealizowany został w czerwcu 2001 przy współpracy ARTE France i TV Polonia 1.
Film opowiada o ludziach, u których w latach 70-tych i 80-tych minionego stulecia postawiono diagnozę "odkrytej" przez radzieckich naukowców tzw. nietypowej schizofrenii, mającej objawiać się reformatorskimi zapędami wobec niepodzielnie panującego systemu oraz "religijnym zaślepieniem ". Były pacjent Sergej Potylicyn: "W mojej karcie chorobowej napisane było, że cierpię na antysowieckie tendencje". Byli pacjenci opowiadają o prawdziwych powodach izolowania ich  w zakładach psychiatrycznych, o swoich obawach, rozterkach, cierpieniach, woli przetrwania i zachowania zdrowych zmysłów. Wypowiadają się lekarze, którzy do dzisiaj są dyrektorami szpitali, i do dzisiaj nie widzą w swym ówczesnym postępowaniu niczego zdrożnego - Yakov Landau, nazywany przez pacjentów "carem gnębicielem", od roku 1962 szef czwartego oddziału w Instytucie Serbskim w Moskwie, mówi o ciężarze narzuconej psychiatrom odpowiedzialności, o tym jak powierzano im przypadki, w których miało rozchodzić się o przestępstwa wobec Kaju Rad, dotyczące zatem bezpieczeństwa państwa. Z ust lekarzy padają na  usprawiedliwienie słowa o rzekomym wybawieniu wielu politycznych pacjentów od groźby więzienia, niektórzy zasłaniają się obywatelskim obowiązkiem lojalności wobec kierującej Związkiem Radzieckim KPZR.
Dochodzą jednak do głosu także lekarze, którzy warunki panujące w klinikach psychiatrycznych porównują do tych panujących w więzieniach; lekarze, którym względy sumienia i etyka lekarska nie pozwalały na przetrzymywanie w zakładach psychiatrycznych ludzi zdrowych; lekarze, którzy odważyli sprzeciwić się woli partyjnych bosów i często płacili za to cenę kar więzienia i wieloletnich zsyłek na Sybir, - jak choćby w przypadku doktora Gluzmana, którego diagnozie zawdzięczał zwolnienie z Kliniki Psychiatrycznej gen. Grigorenko. Następstwem "niesubordynacji" Siemiona Gluzmana było jego aresztowanie i skazanie na kilka lat obozu poprawczego i trzy lata Sybiru.
Dokumentację zamyka ocena Niezależnego Związku Psychiatrów Rosji, według której w latach 1967-87 w zakładach psychiatrycznych ZSRR zostało bezpodstawnie osadzonych ok. dwóch milionów ludzi.

Autorzy reportażu "A wolność czym dla pana jest" podążają innymi ścieżkami i spoglądają na problem centralistycznych manipulacji oraz nadużyć w powojennej polskiej psychiatrii z innej perspektywy.
Większość społecznych problemów ma z natury swej rzeczy  ścisły związek z człowiekiem, z jego postępowaniem w mniej lub bardziej określonych sytuacjach. Każdy z nas inaczej agituje i reaguje na powstającą wokół nas wciąż od nowa, acz niekoniecznie zawsze zupełnie nową, rzeczywistość. Tak to już jest - chciałoby się rzec. Tak, tak to już jest - lecz takie stwierdzenie wydaje się nie tyle łączyć ze sobą obie wyżej wspomniane i opowiedziane przez różnych ludzi historie, ale w kontekście zawartych w nich faktów skłania do refleksji nad rolą wartości etycznych w życiu jednostki i ich wpływie na mentalność organizmów społecznych, a tym samym także na ich jakość.



(ak)



A wolność czym dla pana jest?

jan morawiecki, jędrzej morawiecki, tekst
filip łepkowicz, zdjęcia



- Od jak dawna pan tu jest?
- Od początku jak szpital nastał.
- Który to był mniej więcej rok?
- Pięćdziesiąty siódmy.
- A jak pan tutaj trafił?
- Przenieśli mnie transportem. Z innego szpitala.
- Pamięta pan coś z tego...
- Ja wszystko pamiętam.
- Może pan opowiedzieć? Jak wyglądał sam transport...
- Salowy powiedział, że jedziemy do sianokosów, na Zachód. Nikt nie mówił, że to na stałe. Pozbierali nas i... Pociągiem my przyjechali. W jednym wagonie cały oddział był. Z lubelskiego.  Jak wyjechaliśmy o czwartej po południu, to dojechaliśmy na szóstą rano. Później z Wrocławia przywieźli nas samochodem. W piżamach. Dojechałem, poczułem wielki smutek. Gorsze jak obóz, bo taki dziwny wygląd był. Nie mogłem tego przeżyć. Pacjenci nieprzytomnie straszni. Ale poszedłem do pracy i szybko mi przeszło.
- Jak widzieliście państwo, jest zupełnie przytomny, w takim kontakcie jakimś rzeczowym. On cały czas jest taki jak teraz... Ja nie widziałam go... Być może on jest po prostu zdrowy. Ale on nic innego już nie ma, tylko ten szpital.  On nie jest chyba nawet w stanie sobie wyobrazić jak wiele szans stracił, jak mógł żyć. To dla niego cały świat.
Takich jak on, ludzi z transportów jest tu więcej. Myśmy tutaj mieli taką mapę, w której powbijaliśmy sobie takie chorągiewki: skąd który pacjent jest na tym oddziale. No więc z całej Polski byli.
Szpital psychiatryczny w Lubiążu, wiosna 2001. Rozmawiali: pan Marian - pacjent z transportów i pani psycholog.
Zaczynają się roczne przeszło poszukiwania. Próba odkrycia przeszłości szpitalnej, przemilczanych transportów, archiwa, biblioteki, rozmowy z dyrektorami, personelem, budowanie z wyrywkowych wspomnień spójnego obrazu psychiatrycznych szpitali lat 50. i 60., miejsc, gdzie skrzyżowało się życie stłoczonych pacjentów, upakowanych w wagonach, sanach i warszawach, personelu z ogłoszenia, z przymusu, lekarzy przyjeżdżających za chlebem, z nakazu, z ciekawości. Historia o strachu, rozpaczy, młodzieńczym wyzwaniu, pasji eksperymentów, nudzie prowincji i apatii po neuroleptykach, o "rządzeniu" i "byciu rządzonym", o szronie na ścianach, pacjentach co 2padali jak muchy", lekarzach "na zesłaniu". O tych, co nie mają już gdzie iść i o tych, dla których tamten epizod nie wart jest wspomnienia.

II.

 Najpierw kilka słów o Lubiążu. Tu rozegra się spora część historii. Mała dolnośląska wieś nad rzeką, koło Wołowa, przykryta lasem, wzgórzami, uśpieniem. Lubiąż żyje polami, pękiem sklepów i przede wszystkim - psychiatrycznym szpitalem. Pod bramą kompleksu rozkładają się wschodnie stragany, asfaltową drogą idzie co dzień z bloków personel. Historia lecznictwa psychiatrycznego rozpoczęła się tu już w 1830 roku w klasztorze cystersów. Tam po raz pierwszy powstał profesjonalny zakład lecznictwa i pielęgnacji... W 1940 szpital w klasztorze przestał istnieć. Ordynator szpitala w Lubiążu, Jacek Kacalak: "Do dzisiaj zagadką pozostaje co stało się z pacjentami z tamtego okresu, biorąc pod uwagę postępowanie Rzeszy Niemieckiej w stosunku do chorych psychicznie. Jeszcze do maja 1945 roku szpitalem zarządzał niemiecki dyrektor. W szpitalu przez pewien okres stacjonowały wojska radzieckie, które prowadząc rabunkową eksploatację obiektu, opuściły go w 1949 roku. Wtedy całą przestrzeń szpitala przejął ówczesny resort rolnictwa, który zorganizował tu Ośrodek Szkolenia Kadr Mechanizacji i Rolnictwa. W 1956 roku ośrodek został rozwiązany - pozostawiając po sobie kolejną dewastację obiektu. W kwietniu 1957 roku, do opuszczonego obiektu przybył pierwszy transport chorych psychicznie z przepełnionych szpitali psychiatrycznych z całej Polski. Jednak oficjalne otwarcie szpitala psychiatrycznego w Lubiążu nastąpiło dopiero 25 maja 1958 roku. To bardzo ważne - otwarcie nastąpiło po roku od przywiezienia tych pacjentów. Po przejęciu obiektu przez lecznictwo psychiatryczne, po wojnie, nie dokonywano remontów i modernizacji obiektu. Nie zapewniano funkcjonującego ogrzewania, oświetlenia, zaopatrzenia w wodę i fachowego przygotowania personelu. Do tego ogromne przepełnienie. Stąd pierwsza kontrola z pionu lecznictwa psychiatrycznego w 1968 roku wykazała skandaliczne warunki przebywania chorych psychicznie". >>>



Głośnocicho

jędrzej morawiecki - tekst
maciej skawiński - zdjęcia

 Najpierw był list. Czytelnik pisał: "W Nieszawie - miasteczku nad Wisłą, między Toruniem a Włocławkiem - odbyły się w grudniu rekolekcje adwentowe. Kapłani je przygotowujący - ks. proboszcz Wojciech Sowa oraz ks. dr Zdzisław Pawłowski - wybrali sakrament pokuty i pojednania jako ich temat przewodni. Ks. Pawłowski (...) wypowiedział znamienne zdanie, które tłumaczy nasze trudności z prawdziwą skruchą: <<Niewielu ludzi potrafi okazać szczerą skruchę, która daje możliwość pojednania, gdyż mało kto jest w swoim życiu tylko skrzywdzonym lub tylko krzywdzicielem. Zazwyczaj każdy z nas doznał krzywdy i w późniejszym czasie krzywdząc drugiego uważa to za sprawiedliwą odpłatę za swoje przeżycia>>. (...) Tuż po wojnie, jesienią 1945, mieszkańcy Nieszawy pochodzenia niemieckiego zostali (...) aresztowani. Całe rodziny przetrzymywano w miejscu odosobnienia. (...) Pewnej nocy, po zakrapianej libacji, grupa mieszkańców Nieszawy - być może wraz z milicjantami - udała się do pozostałych jeszcze uwięzionych, wyprowadziła ich nad Wisłę i w bestialski sposób potopiła. Wśród kilkudziesięciu ofiar były kobiety i dzieci. Winnych nigdy, o ile wiem, nie osądzono, a całą sprawę okrywa zmowa milczenia".

 Wizyta w Toruniu. Herbata, keks, jazz w tle, Rafał Biernacki, autor listu, opowiadał: "W Nieszawie wszyscy wpadli w jakąś dziurę, to przechodzi z ojca na syna. Małe miasteczko, dwa i pół tysiąca ludzi, wszyscy się znają, większość bez pracy. Atmosfera złej senności. O mordzie do tej pory milczeli. Sprawa wypłynęła dopiero na rekolekcjach. Ale po mszy wielu mówiło: <<Co to za pomysły, co to za wydziwianie, co za przepraszanie!>>. Nie ma żadnych dokumentów na to, co się stało. Dzisiaj kolega mówił mi przez telefon o Solcu Kujawskim, o formalnym obozie. Znajomy z pracy wspomniał o czymś spontanicznym w Brodnicy. Nieszawa może być wierzchołkiem góry lodowej"... >>>


WARIACI I PSYCHOPACI

aleksandra bielska
(1961-1987)

Stawiam Wam pomnik, obelisk, monument.
Wam - ludziom bezbronnym i otumanionym.
Oddaję wam hołd za czystość myśli.
Wam, których pozamykano w izbach
bez klamek. Których inni
ośmiewają lub unikają pełni bojaźni.
Jesteście jedynymi normalnymi
ludźmi. Macie poczucie wolności
z granicami żyjącymi w Was.
Odrzuciliście rzeczywistość. Jestem z Wami WARIACI.

1979/80

dziunia z parasolem, foto: filip łepkowicz

foto: filip łepkowicz



roczniki    strona główna  



© dziennikarze wędrowni