archiwum

zima'03/04
str. 1   str.2



publicystyka  strona główna



   O orientalizmie


  Kultura wczuwania się

   edward w. said


  Dziewięć lat temu napisałem nowy epilog do swojej książki "Orientalizm". Ustosunkowałem się w nim do dyskusji, jakie książka ta wywołała od czasu swego pierwszego wydania w roku 1978 oraz dałem wyraz temu, że moje przemyślenia na temat postrzegania i przedstawiania "orientu" były coraz częściej źle rozumiane. To że dzisiaj fakt ten nastraja mnie raczej ironicznie aniżeli powoduje złość, składam na karb mego coraz bardziej podeszłego wieku. Śmierć Eqbala Ahmada i Ibrahima Abu-Lughoda1 - dwóch najważniejszych dla mnie intelektualnych, politycznych i osobistych mentorów - wywołała we mnie poczucie straty i rezygnacji, ale również uporczywą wolę dalszego działania.

  W dzienniku "Out of place" ("W niewłaściwym miejscu") opisałem dziwne i sprzeczne światy, w jakich wyrosłem, oraz próbowałem ukazać czytelnikowi, jaki wpływ wywarł na mnie okres młodości spędzonej w Palestynie, Egipcie i Libanie. Była to jednak relacja subiektywna, zamykająca się przed wojną z 1967 roku, która znakuje początek mojego politycznego zaangażowania. Książkę "Orientalizm" przenika natomiast dynamika współczesności. Jej początek stanowi zredagowany w roku 1975 opis wojny domowej w Libanie. Wojna ta zakończyła się w roku 1990, jednakże nie oznaczało to końca zbrojnych starć i przelewu krwi. Proces pokojowy z Oslo uległ załamaniu, rozpoczęła się druga intyfada, a Palestyńczycy w Zachodnim Jordanie i w strefie Gazy musieli znowu cierpieć pod ponowną okupacją.

  Obecnie stoimy wobec fenomenu samobójczych zamachów i powodowanych przez nie ogromnych zniszczeń, podobnie mrocznych i apokaliptycznych jak zamachy z 11 września 2001 oraz ich następstwa - wojny w Afganistanie i Iraku. Podczas gdy piszę te słowa, kontynuowana jest imperialna, sprzeczna z prawem narodów okupacja Iraku przez USA i Wielką Brytanię; jej konsekwencje już teraz są straszliwe. Dla wielu ludzi wszystkie te wydarzenia stanowią część "clash of civilizations" (wojny kultur). Taki pogląd uważam jednak za fałszywy.

  Bardzo chciałbym móc wysunąć przypuszczenie, że w USA panuje dzisiaj większe zrozumienie dla Bliskiego Wschodu, dla Arabów i Islamu, ale tak niestety nie jest. Z różnych względów znacznie lepsza jest pod tym względem sytuacja w Europie. Zarówno polityczni liderzy w USA jak i ich intelektualni lokaje najwyraźniej nie potrafią zrozumieć, że nie wystarczy historii po prostu wymazać (jak tego, co zostało napisane na szkolnej tablicy), aby móc następnie tym "mniej wartościowym" narodom narzucić "nasz" (US-amerykański) styl życia. Co i raz słychać z kół rządowych nie tylko w Waszyngtonie, że chodzi o to, aby zmienić mapę Bliskiego Wschodu - jak gdyby dojrzałe społeczeństwa i setki narodów można było wymieszać w puszce jak ziemne orzeszki. A przecież dokładnie to przydarzało się "orientowi", temu na wpół mitycznemu tworowi już nazbyt często - jakże wiele razy był on od czasu inwazji napoleońskiej w Egipcie w końcu XVIII w. rozwiązywany i układany na nowo. Przy czym każdorazowo zmiatane były na bok, albo po prostu ignorowne, nie tylko liczne warstwy historii, ale także zagmatwana różnorodność ludzi, języków, doświadczeń i kultur - w końcu wszystko to lądowało gdzieś na pustyni; całkiem podobnie jak wywiezione z Iraku dzieła sztuki, będące dzisiaj już tylko mało mówiącymi szczątkami.

  Historia, tworzona przez ludzi, może być spisywana przez nich ciągle od nowa, a nawet wymazywana; tak, żeby "nasz" Wschód, "nasz" Orient stały się pewnego dnia naprawdę "naszymi", czytaj: pod "naszym" panowaniem, w "naszym" posiadaniu. Ale ja, nawet jeśli nie wiem, jakim powninien być ten "prawdziwy" Orient, posiadam jednakże wysokie mniemanie o żyjących tam ludziach i ich usilnej obronie swoich własnych o sobie wyobrażeń i prawa do własnej przyszłości.

  Obecnie tak mocno atakuje się społeczeństwa arabskie i muzułmańskie z powodu ich zacofania, ich demokratycznego deficytu oraz lekceważenia praw kobiet, że zapomnieniu ulega coś bardzo zwyczajnego: pojęcia takie jak nowoczesność, oświecenie i demokracja wcale nie są naturalnymi i powszechnie akceptowanymi koncepcjami, na które musi natknąć się każdy, o ile tylko będzie podążał we właściwym kierunku. Zapierająca dech w piersiach niefrasobliwość młodych ambitnych naukowców, którzy włączają się w oficjalne dyskusje dotyczące polityki międzynarodowej, nie mając przy tym najmniejszego pojęcia o języku ludzi, na temat których się wypowiadają, przyczyniła się do tego, że USA mogą w oparciu o własną potęgę wprowadzić dzisiaj na dowolnym pasku pustyni wymienny model "wolnorynkowej demokracji". Nie trzeba tutaj wcale znać arabskiego albo perskiego, czy choćby nawet francuskiego, aby móc ex cathedra ogłosić, że świat arabski z utęsknieniem wyczekiwał pojawienia się demokratyzującego efektu domina.

  Jednak istnieje wszakże różnica pomiędzy pragnieniem zrozumienia obcej kultury w interesie koegzystencji i rozszerzania własnych horyzontów a usiłowaniem przyswojenia sobie wiedzy, mającej pomóc w przejęciu kontroli nad jakimś krajem. Z tego punktu widzenia wojna w Iraku jest z całą pewnością jedną z wielkich intelektualnych katastrof historii: imperialistyczna wojna wymyślona przez niewielką grupę (nie legitymowanych żadnym wyborem) ekspertów rządu USA, prowadzona przeciw zbankrutowanej dyktaturze kraju trzeciego świata - wszczęta z powodów czysto ideologicznych, związanych z pretensją do zawładnięcia całym światem, interesem bezpieczeństwa narodowego i niewielkimi własnymi zasobami naturalnymi.

  Wśród ludzi, którzy przyspieszyli wybuch tej wojny, usprawiedliwiali ją i kamuflowali jej prawdziwe cele, znajdują się orientaliści, którzy zdradzili naukowy etos. Tacy eksperci jak Bernard Lewis czy Fouad Ajami 2 działali w interesie Pentagonu i Rady Bezpieczeństwa Narodowego; pomagali US-amerykańskim "jastrzębiom" w wymyślaniu dziwacznych konstrukcji w rodzaju: "arabski świat wyobrażeń", albo teorii o "trwającym od stuleci rozpadzie islamu", który może zostać zahamowany jedynie przez USA.

  W naszych księgarniach natykamy się w ostatnim czasie na całe regały wypełnione marnymi traktatami o "islamie i terroryzmie", "zdemaskowaniu islamu", "arabskim niebezpieczeństwie" i "muzułmańskim zagrożeniu". Wszystkie te książki wyszły spod pióra politycznych pismaków, którzy piszą o tym tak, jak gdyby eksperci, na jakich się powołują, uzyskali wgląd w dusze tych jakże osobliwych orientalnych narodów. Fachowa literatura wojennych podżegaczy dociera do społeczeństwa dzięki stacjom telewizyjnym w rodzaju CNN i Fox TV, ale także poprzez niezliczonych religijnych i prawicowych prezenterów radiowych, całą masę brukowych gazet, a nawet na wpół poważnych czasopism, które wszystkie razem utrzymują na powierzchni te same niezbite fikcje i uogólnienia, mające służyć zmobilizowaniu Ameryki przeciw obcym diabłom.

  Bez owego systematcznie wytwarzanego wrażenia, jakoby owe odległe blisko-wschodnie narody były od "nas" zupełnie różne i równie odległe były im też "nasze" wartości - a dokładnie to właśnie stanowi jądro orientalistycznego dogmatu -, nie byłoby żadnej wojny. Doradcy Pentagonu i Białego Domu odpowiadają zatem dokładnie typowi zawodowego akademika, jakiego zatrudniali już holenderscy zdobywcy Malazji i Indonezji; albo brytyjskie wojska w Indiach, Mezopotamii, Egipcie i Zachodniej Afryce; albo armia francuska w Indochinach i Północnej Afryce. Wszyscy ci ludzie manipulowali, wtedy i obecnie, przy pomocy tych samych wzorców, tych samych pogardliwych stereotypów, tych samych uzasadnień dla stosowania gwałtu (wierni wspólnemu credo: przemoc jest jedynym językiem, jaki narody te potrafią zrozumieć). W ślad za tymi ekspertami podąża teraz do Iraku cała armia sprytnych przedsiębiorców i biznesmenów, na których spłynie gros najprzeróżniejszych kontraktów - od redakcji nowych podręczników szkolnych i ustanowienia nowej konstytucji aż do reorganizacji życia politycznego i stworzenia infrastruktury dla przemysłu naftowego.

  Każde imperium głosiło o sobie wszem i wobec, jakoby było ono całkiem inne niż wszystkie pozostałe. Mówi się więc o wyjątkowym momencie historycznym, konieczności kontynuowania misji oświecania i cywilizowania, wynikającej zresztą jedynie z pragnienia zaprowadzenia porządku i demokracji; stosowanie przemocy jest wprawdzie dozwolone, ale oczywiście jedynie jako środek ostateczny. Fakt to wielce żałosny, że w podobnych sytuacjach zawsze zbiera się chór ochotnych intelektualistów, opiewających w pięknych słowach owo dobroduszne i altruistyczne imperium.

  Dzisiaj, 25 lat po ukazaniu się mojej pracy "Orientalizm", znowu narzuca się pytanie czy nowoczesny imperializm kiedykolwiek się zakończył, czy też jest on od czasu wkroczenia przed dwustu laty Napoleona do Egiptu w dalszym ciągu troskliwie pielęgnowany. Arabowie i Muzułmanie usłyszeli oto, że poprzez ciągłe nazywanie siebie ofiarami i wieczne wskazywanie palcem na rozbójnicze imperium, usiłują jedynie odrzucić od siebie odpowiedzialność za swą teraźniejszość. "Zawiedliście, wszystko zrobiliście źle", mówi nowoczesny orientalista. Dokładnie takie przesłanie zawierają powieści V. S. Naipaul: Ofiary imperium nie przestają się uskarżać, podczas gdy ich kraje schodzą na psy.

  Przypomnijmy sobie, jaki początek miała historia kampanii napoleońskiej i jak rozwijała się ona dalej dzięki rozkwitowi Oriental Studies i podbojowi Północnej Afryki. Później pojawiły się podobne studia o Wietnamie, Egipcie i Palestynie, a na początku XX w. rozpoczęła się walka o ropę i strategiczną kontrolę w rejonie Zatoki Perskiej, w Iraku, w Syrii, Palestynie i Afganistanie. Przypomnijmy sobie teraz przebudzenie się nacjonalistycznych ruchów antykolonialnych w krótkim okresie walk niepodległościowych, wypełnionych zresztą progresywnymi treściami, po których nastąpiła era wojskowych puczów; wspomnijmy powstania i wojny domowe, religijny fanatyzm, irracjonalną, brutalną walkę przeciw ostatnim "tubylcom" w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Każda z tych faz i epok zrodziła całkowicie własne, zniekształcone postrzeganie "innego", własne uproszczenia i bezowocne debaty.

  Pisząc książkę "Orientalizm" wierzyłem, że uprawiając humanistyczną krytykę uda mi się stworzyć możliwość nowego spojrzenia na nasze dzieje, a nasze dychawicznością blokowane myślenie zastąpić dłuższym ciągiem przemyśleń i wnikliwszą analizą. To, do czego tym sposobem dążę, w dalszym ciągu nieomylnie nazywam "humanizmem" - mimo że supermądrzy postmodernistyczni krytycy żywią dla tego pojęcia jeszcze jedynie pogardę. Wymawiając słowo "humanizm" myślę najpierw o usiłowaniach Blake'a 3 pozbycia się narzuconych przez rozum więzów, w celu uczynienia go zdolnym do myślenia historycznego i reflektującego. Humanizm opiera się ponadto na poczuciu wspólnoty z innymi myślicielami, innymi społeczeństwami i innymi epokami, odosobniony humanista jest więc sprzecznością samą w sobie. W naszym świecie wszystko jest ze sobą powiązane, i nic, co następuje, nie jest w pełni wyizolowane i pozbawione wpływu obcych faktorów. Tak więc również o nieprawości i cierpieniu należy nam mówić w oparciu o głębokie historyczne, kulturowe i socjoekonomiczne współzależności. Naszym zadaniem jako intelektulalistów jest rozszerzanie horyzontów tej dyskusji.

  W ciągu ostatnich 35 lat przeznaczyłem wiele swego czasu na działania na rzecz prawa ludu palestyńskiego do narodowego samostanowienia. Niestrudzenie starałem się przy tym oddać sprawiedliwość realiom narodu żydowskiego i jego cierpieniom spowodowanym prześladowaniami i etnicznym mordem. W tym kontekście najważniejszą sprawą jest według mnie to, aby walka o równe prawa w Palestnie/Izraelu miała cel godny człowieka, mianowicie koegzystencję - a nie skupiała się na dalszej kontynuacji przemocy.

  Jako intensywnie zajmujący się literaturą humanista już przed czterdziestu laty zetknąłem się z literaturoznawstwem porównawczym, którego główne idee zrodziły się w późnym XVIII i wczesnym XIX w. w Niemczech. Najpierw należy tutaj jednak wspomnieć neapolitańskiego filozofa i filologa Giambattistę Vico, którego jak najbardziej twórczy przyczynek przewidział takich niemieckich myślicieli jak Herder i Wolf - później przyszli Goethe, Wilhelm von Humboldt, filozofowie Dilthey, Nietzsche i Gadamer i w końcu wielcy romaniści dwudziestego wieku, a więc Erich Auerbach, Leo Spitzer i Ernst Robert Curtius.

  Gdy dzisiaj młodzi ludzie słyszą pojęcie "filologia", natychmiast myślą o czymś antykwarycznym i zakurzonym, a przecież tak naprawdę filologia jest najbardziej podstawową i twórczą ze wszystkich dyscyplin interpretacyjnych. Najbardziej godnym podziwu przykładem jest tutaj sposób, w jaki Goethe zajmował się islamem w znaczeniu ogólnym i perskim poetą Hafizem 4 w szczególności. Goethe, wiedziony namiętnym zainteresowaniem właśnie do twórczości Hafiza, napisał "Dywan Zachodu i Wschodu" i później rozwinął swoje przemyślenia na temat światowej literatury - o studiowaniu wszelkiej literatury świata jako symfonicznej całości. Teoretycznie można to rozumieć jako usiłowanie oddania sprawiedliwości każdej literackiej pracy, nie tracąc przy tym jednocześnie z oczu całości.

  W paradoksalny sposób dzisiejszy zglobalizowany świat wytworzył akurat ten rodzaj homogeniczności i standaryzacji, jakiemu Goethe pragnął przeciwdziałać. Dokładnie ten wątek podkreślił w eseju "Philologie der Weltliteratur" (Filologia literatury światowej) Erich Auerbach - tekst ten ukazał się w roku 1951, w powojennym nurcie, u zarania Zimnej Wojny. Wielkie dzieło Auerbacha "Mimesis" - które powstało na emigracji w Stambule, gdzie jako romanista nauczał, ale ukazało się dopiero w 1946 roku w Bernie - było późnym hymnem na cześć różnorodności i konkretnego przedstawiania rzeczywistości w literaturze zachodniej od Homera po Virginię Woolf. Niemniej, kiedy dzisiaj czyta się ów esej z 1951 roku ponownie, wyczuwa się, że wspomniana wyżej książka była dla Auerbacha elegią czasu, gdy teksty były jeszcze interpretowane filologicznie, konkretnie, wrażliwie i intuicyjnie - i że dzięki wielkiemu oczytaniu i nienagannej znajomości kilku języków potrafił on osiągnąć zrozumienie, jakie Goethe w odniesieniu do literatury islamskiej uznawał za porządane.

  Biegła znajomość języków i wiedza historyczna były wprawdzie konieczne, ale nigdy wystarczające; podobnie jak mechaniczne zbieranie faktów nie byłoby odpowiednią metodą, aby pojąć wielkość takiego na przykład autora jak Dante. Najważniejszym warunkiem filologicznego zrozumienia, za jakim opowiadał się Auerbach i jego poprzednicy oraz jakie sami usiłowali osiągnąć, jest zdolność empatycznego i subiektywnego wniknięcia w materię tekstu i zrozumienia go z perspektywy jego czasu i osoby autora. Auerbach nazywał to zasadą wczuwania się. Stosowana w odniesieniu do literatury światowej filologia była dla niego nie do pogodzenia z obcością i wrogością wobec innego czasu i innej kultury, przeciwnie, jej założeniem był głęboki humanistyczny duch wspaniałomyślności i, jeśli wolno mi użyć tego słowa, gościnności. Literaturoznawca świadomie pozostawia zatem w swej głowie miejsce na owo obce "inne". Takie twórcze pozostawianie miejsca dla dzieł, które w innym razie pozostałyby dlań odległe i obce, jest najważniejszym wymiarem literaturo-krytycznej aktywności.

  W Niemczech, jak wiadomo, wszystko to zostało zniszczone i pogrzebane przez Socjalistyczny Nacjonalizm. Jednakże również po wojnie, co Auerbach musiał z żalem stwierdzić, warunki nie były w żadnym razie lepsze: poprzez dalszą standaryzację pomysłów i coraz większą specjalizację wiedzy wolna przestrzeń dla tego rodzaju zaangażowanej, formułującej wciąż nowe pytania filologii, jaką reprezentował Auerbach, coraz bardziej się zawężała. Ze smutkiem dostrzegamy, że od śmierci Auerbacha w roku 1957 nauki humanistyczne - zarówno teoretycznie jak i praktycznie - zaczęły coraz bardziej tracić na zasięgu. Dzisiejsi studenci najczęściej nie koncentrują się już na bezpośrednim czytaniu, ponieważ są oni wręcz zarzucani fragmentaryczną wiedzą z internetu i mass mediów.

  Jeszcze gorsze jest oczywiście to, że edukacja zagrożona jest jednowymiarowymi, nacjonalistycznymi i religijnymi dogmatami, które z reguły rozpowszechniane są przez środki masowego przekazu. Dotyczy to przede wszystkim ahistorycznych i zredukowanych do sensacji sprawozdań na temat toczących się gdzieś tam daleko elektronicznych wojen, ukazywanych niczym precyzyjne operacje chirurgiczne - nowoczesnowojenne okropności i zniszczenia są przy tym wytłumiane. Demonizując nieznanego wroga - któremu w celu rozbudzenia ludzkiego gniewu przypina się etykietkę "terrorysta" - obrazy produkowane przez media nabierają przeogromnej siły i w krytycznym momencie, jak np. po 11 września 2001, można nimi z łatwością manipulować.

  Jako ktoś, kto jest jednocześnie Amerykaninem i Arabem, muszę zwrócić się do czytelników z prośbą, aby nie niedoceniali wpływu symplifikującego obrazu świata, jaki garstka ludzi z cywilnej hierarchii Pentagonu wymyśliła jako strategię USA dotyczącą całego obszaru arabsko-islamskiego. Centralne elementy tej strategii to terror, wojna prewencyjna i wymuszone zmiany reżimów - a wszystko to z największym w historii budżetem zbrojeniowym w plecaku. Media prezentują nam aż do znużenia poglądy "ekspertów", których jedynym zadaniem jest usprawiedliwienie politycznej linii rządu. Nie chodzi tutaj więc ani o wymianę racjonalnych argumentów, ani o moralne zasady, wynikające z przekonania, że ludzie powinni móc samodzielnie kształtować własną historię. Zamiast tego coraz bardziej panoszą się abstrakcyjne idee, wychwalające amerykańską albo zachodnią wyższość, które kwestionują ważkość kontekstu i z pogardą odnoszą się do obcych kultur.

  Być może czytelnik zaprotestuje w tym miejscu, że nazbyt prędko przeszedłem od kwestii humanistycznej interpretacji do międzynarodowej polityki; nowoczesne, wiodące technologiczny prym społeczeństwo, które, obok posiadania niesłychanej władzy nad internetem, dysponuje najnowcześniejszymi myśliwcami F-16, musi być wszak kierowane przez takich techniczno-politycznych koryfeuszy jak Donald Rumsfeld i Richard Perle. Mnie jednakże chodzi głównie o to, że w efekcie obecnego rozwoju sytuacji zanika coś zupełnie decydującego: poczucie ścisłej spójności pomiędzy ludźmi, poczucie bycia-na-siebie-zdanym, które nie może zostać zredukowane do czczej formuły ani odrzucone jako nieistotne.

  Tak przedstawia się jedna strona światowej debaty. Po drugiej stronie, w krajach arabskich i muzułmańskich, sprawa nie wygląda wcale lepiej. Jak zauważa w jednym ze swoich esejów Roula Khala5, cały region wśliznął się w tani antyamerykanizm, który daleki jest od zrozumienia US-amerykańskiej rzeczywistości. Ponieważ zaś rządy tamtejszych państw nie posiadają niemal żadnego wpływu na politykę Stanów Zjednoczonych dotyczącą ich krajów, polityczną wolę kształtowania ograniczają więc do despotyzmu wobec własnych społeczeństw i prób bezwzględnego utrzymania ich pod kontrolą. Wzniecane w ten sposób resentymenty, bezradny gniew i złorzeczenia, z pewnością nie przyczyniają się do "otworzenia się" tych społeczności.

  Tym sposobem niereligijne pojmowanie historii i rozwoju ludzkości nie miały żadnej szansy wobec frustracji i beznadziejności, a także wobec islamizmu, który bazuje na mechanicznym uczeniu się i na likwidacji wszelkich konkurencyjnych form wiedzy świeckiej. To że szczególna tradycja islamskiej ijthiad (interpretacji islamskich reguł na bazie Koranu) zaczyna coraz bardziej zanikać, zaliczyć należy do wielkich kulturowych katastrof naszego czasu; w rezultacie krytyczne myślenie i indywidualne próby zrozumienia problemów współczesnego świata nie będą już wcale możliwe.

  Mówiąc to, nie twierdzę, że cywilizowany świat został zdegradowany do zbrojnego neoorientalizmu po jednej i do przyjęcia totalnej pozycji defensywej po drugiej stronie. Jest raczej tak, że na Światowym Szczycie Narodów Zjednoczonych w Johannesburgu okazało się (pomijając wszelkie ograniczenia), że istnieje szeroki zakres wspólnych globalnych zagadnień. Wskazuje to na możliwość pomyślnego rozwoju sytuacji: wydaje się, że rodzi się nowa kolektywna odpowiedzialność, która nadaje nowego znaczenia owemu często nazbyt lekkomyślnie używanemu pojęciu "jednego świata". Ale trzeba też wiedzieć, że nikt nie posiada całkowitego wglądu w jego niezwykle kompleksowe współzależności - nawet jeśli różne regiony naszej zglobalizowanej planety są w efekcie wzajemnego uzależnienia tak ściśle ze sobą splecione, że nie można już sobie wyobrazić, iż pojedyncze obszary mogłyby ulec wyizolowaniu.

  Nie wolno też pozwolić, aby potworne konflikty, w których ludzi łączy się pod fałszującymi pojęciami stada, jak "Ameryka", "Zachód" lub "Islam", i nadaje się im - pomimo ich różności - fikcyjną kolektywną tożsamość, w dalszym ciągu miały nad ludźmi tak wielką moc; należy się spod nich czym prędzej wyzwolić.

  Nie utraciliśmy jeszcze wyrosłej z tradycyjnie humanistycznej edukacji umiejętności racjonalnej interpretacji. W żadnym razie nie jest ona tylko sentymentalną rewerencją, która zaklinałaby nas do powrotu do tradycyjnych wartości i nauk naszych klasyków, lecz możliwością wzięcia aktywnego współudziału w świeckim, racjonalnym dyskursie. W świeckim świecie historia tworzona jest przez ludzi. Krytyczne myślenie nie podporządkowuje się rozkazom, które mobilizują do wymarszu przeciw jakiemuś zdeklarowanemu wrogowi. Miast godzić się na manipulowaną "wojnę kultur", winniśmy raczej jasno opowiedzieć się za wzmocnieniem współdziałania różnych kultur, które na siebie zachodzą i wywierają wzajemny wpływ i które tworzą nowe, znacznie ciekawsze konstrukcje niż te propagowane przez jakieś skrótowe i niedorzeczne zapatrywania. Wykształcenie się takiego szerszego postrzegania wymaga czasu, wymaga też badań prowadzonych z cierpliwością i sceptycyzmem, które mogłyby oprzeć się na zaufaniu w prawidłowo działającą naukową wspólnotę; ta jednak podlega w świecie znającym jedynie bezpośrednią akcję i reakcję stałemu zagrożeniu.

  W centrum humanistycznego myślenia nie znajdują się uprzedzenia ani posłuszeństwo wobec autorytetów, lecz aktywność jednostki i jej osobista intuicja. Najważniejszym punktem jest jednak to, że humanistyczne myślenie jest jedynym i według mnie ostatnim bastionem w walce przeciw nieludzkiemu działaniu i niesprawiedliwościom naszej historii. Może właśnie tutaj trzeba posłużyć się demokratyczną cyberspace, która dodaje ogromnej odwagi, gdyż jest ona otwarta dla każdego użytkownika, i to w sposób, jakiego nie mógłby sobie wyobrazić żaden wcześniejszy tyran lub dogmatyk. Ogólnoświatowe protesty przeciw wojnie w Iraku były możliwe jedynie dlatego, że wszędzie znajdują się alternatywne grupy, sięgające po alternatywne informacje i natychmiast przekazujące je dalej. Są to grupy ludzi działających z niezmąconą świadomością tego, że w kwestiach ochrony środowiska, obrony praw człowieka i realizacji libertariańskich celów ta niewielka planeta zdana jest na nasz wspólny wysiłek.



*



przekład na podstawie niemieckiego wydania Le Monde Diplomatique, wrzesień/2003: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)

© Le Monde Diplomatique



Przypisy


1 Eqbal Ahmad (ur.1893 w Indiach, zmarł w Pakistanie w roku 1999) wykładał stosunki międzynarodowe i nauki polityczne, przez czas swego życia wspierał walki niepodległościowe licznych narodów, m. in. w Algierii, Wietnamie i Palestynie.
Ibrahim Abu-Lughod (1929-2001) już za młodych lat walczył o niepodległość Palestyny. Napisał wiele naukowych pozycji politycznych m. in. "The transformation of Palestine", "Palestinian Rights: Affirmation and Denial", "Profile of the Palestinian People", "The Arab-Israeli Confrontation of Juni 1967: An Arab Perespective".

2 Bernard Lewis od lat propaguje w swych tekstach walkę przeciw "islamskiemu zagrożeniu", ale było o nim też głośno w roku 1995, kiedy to usiłował postawić pod znakiem zapytania turecki mord etniczny na Armeńczykach. Fouad Ajami stał się znany m. in. dzięki swym przemyśleniom na temat Iraku: Poprzez obalenie irackiego terrorystycznego reżymu stworzona zostanie w świecie arabskim możliwość demokratyzującego i modernizującego procesu. Rzecz polega na ustanowieniu "lepszej arabskiej tradycji politycznej".

3 William Blake (1775-1882) angielski pisarz krytykował chrześcijańską moralność. Jego humanizm był walką bazującą na imaginacji: "And all must love the human form / In heathen, turk or jew; / Where Mercy, Love and Pity dwell / There God is dwelling too."

4 Hafiz Szamsuddin Muhammad Szirazi (ok. 1325-1390) najwybitniejszy poeta perski. Naraził się fundamentalistom muzułmańskim chwaląc piękno i uroki życia.

5 The Financial Times (London), 4 września 2002

ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


publicystyka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni