zima'04
str. 1



szkice  strona główna


Lwów

anna dorota morawiecka


Zasłonką pełną falbanek i frędzelków przykrywamy koślawe litery na wysłużonym drogowskazie. Na jedynym znaku prowadzącym do domu. Wypełnione wstydem pragnienie ukrycia prawdy tak dalece determinuje naszą ocenę sytuacji, że nie jesteśmy w stanie dostrzec wartości prawdziwego obrazu.

Kiedyś moje jedno krótkie spojrzenie zadało ból. Nawet nie próbowałam się bronić przed oskarżeniem. Zwłaszcza, że zarzut nie został wyartykułowany. Wszystkie moje argumenty wydawałyby się naciągane, wymyślone naprędce i niewiarygodne. A przecież byłam bez winy. Nie chciałam zranić mojej biednej, umierającej Matki. Siedziała naprzeciw mnie w białej pościeli, malutka, pomarszczona i prawie przezroczysta. Pajęczyna siwych włosów zmieniła się w świetle nocnej lampki w ledwie widzialny strzęp anielskiego skrzydła. Olśniona tym widokiem patrzyłam tak, jak patrzy się na błyskawicę rozdzierającą niebo. Myślałam o obrazie, który kiedyś namaluję. Nie wiem, co wyrażała moja twarz. Nie wymieniłyśmy ani słowa, ale ja wiedziałam, co pomyślała Mama. Była przecież nie umalowana, zapomniała nakręcić włosy na wałki, od wielu miesięcy nie zaglądała do lustra. Tymczasem dla mnie była olśniewająco piękna. Pragnęłam zapamiętać na zawsze tę chwilę. Przestała mnie martwić jej bladość i szczupłość - sygnały wróżące rychłe odejście; skóra zmięta jak żagiel okrętu, który zakończył podróż; dogasający ogień w zmęczonych źrenicach; stopy splecione w powietrzu jakby już nigdy nie miały zamiaru dotknąć ziemi. Była aniołem z ikony Rublowa - dla mnie - ale sama dla siebie była straceńcem wędrującym na szafot. Krępowało ją moje spojrzenie. Miała mi za złe, że widzę ją w tak upokarzającej sytuacji. Sądziła, że przegrywa. Miała na imię Regina. Królowa nie powinna okazywać słabości. To wszystko trwało ułamek sekundy dawno temu. Przypomniało mi się we Lwowie, kiedy rysowałam na ulicy i poczułam na sobie to samo pełne wyrzutu spojrzenie. "Dlaczego wy, cudzoziemcy, ekscytujecie się naszą nędzą? Idźcie tam, gdzie udało się na wasz użytek odmalować fasady. Patrzcie na te kobiety, które założyły wysokie obcasy i ufryzowały włosy - u nas takie też są. Czemu mnie rysujesz kiedy pcham ten przeklęty wózek? Potem przy wytwornym drinku będziecie się litować nad naszą biedą i powiecie: całe szczęście, że to Europa, a nie Ukraina."

W Tygodniku Powszechnym ukazało się zdjęcie z Nieszawy. Płaszczyzny koloru pozostające w idealnej równowadze; wiele dynamicznych napięć między tym, co blisko oczu i tym, co ukrywa się za kolejną warstwą rozświetlanych słońcem barwnych prostokątów, rombów, trójkątów. Radosny zachwyt światłem - harmonia odnaleziona w szarym zaułku małego, biednego miasteczka - tam gdzie suszą się na sznurach ubrania. Między innymi gacie pana Grzesia. Z powodu tych właśnie gaci wybuchła awantura. Mieszkańcy miasteczka rozpoznali bieliznę i poczuli się dotknięci. "Dlaczego, turysto uzbrojony w aparat, upubliczniasz nasze brudy? Gdzie jest nasza pięknie odnowiona Nieszawa? Chciałeś z nas zakpić i nas upokorzyć."

Nic bardziej fałszywego. W ciepłym, serdecznym spojrzeniu fotoreportera życie w Nieszawie toczy się wolnym rytmem. Wbrew kruchości i przemijalności świata materii wstaje co rano wytrwała codzienność. Dobry Bóg z ubogich rekwizytów układa harmonijną melodię. Zdjęcie Filipa Łepkowicza nie jest wścibskim donosem tylko psalmem pochwalnym dla świata. Tymczasem album podarowany bohaterom zdjęć wywołał płacz i rozczarowanie. "Jak ja mogłam takich ludzi wpuścić pod mój dach? Czarno-białe zdjęcia, na których wyglądamy na smutnych i nieszczęśliwych, a nasze domy na dużo biedniejsze niż są." Trzeba było długo tłumaczyć, przekonywać. Gorycz pozostała.

A zdjęcia Mieszka Budzyńskiego? Fotoreportaż ze Lwowa: boczne uliczki, podwórka, płaszczyzny nasyconych kolorem wielowarstwowych ścian z zaciekami wilgoci, ranami popękanych tynków; na ich tle sylwetki starych ludzi zgiętych jak sosny na nadmorskich wydmach; tak jak one uparcie zakorzenionych we wrogiej teraźniejszości. "Takich zdjęć nie można pokazać Lwowiakom bo będzie im tylko przykro. Gdzie jest ten piękny Lwów, który widzieliśmy na wycieczce: kapiąca od złota opera, renesansowe fasady, monumentalne lwy?"

Piękno ma związek z prawdą. Nasz sposób patrzenia jest zależny od dystansu. Świat oszalał w zapamiętaniu usuwając dowody przemijania. W naiwnej zmowie umierająca cywilizacja nie przyznaje się do starości i upływu czasu. Zabytki, choćby nie wiem jak stare, mają lśnić świeżym tynkiem. Ludzie, choćby nie wiem jak wiekowi, mają mieć pełne uzębienie, kolorowe włosy i energię dwudziestolatków, jesienią czym prędzej trzeba usuwać liście żeby nikomu nie przyszło do głowy, że mogą stać się metaforą ludzkiego życia. Tymczasem wszędzie tam, gdzie materia ujawnia swoją prowizoryczną konstrukcję: w odpadającym tynku, omszałych zaciekach, pękających kamiennych schodach, zapomnianych bocznych uliczkach, sylwetce człowieka dźwigającego ciężką paczkę, twarzy bez makijażu, starym, nigdy nie przycinanym drzewie jest prawda o istnieniu.


f
o
t
o

*

m
i
e
s
z
k
o

b
u
d
z
y
ń
s
k
i


Mamo, wtedy Ty stałaś się dla mnie znakiem - księgą, w której mogłam czytać święte runy zapisane przez proroków. We Lwowie każdy zaułek starego miasta również jest znakiem. Człowiek siedzący na drewnianym krześle w mrocznej, wąskiej bramie staje się przydrożną kapliczką, przed którą przyklękają myśli przechodniów. W tej scenerii pędzący tłum nie jest anonimową masą, ale korowodem pielgrzymów. Wszystko urasta do rangi symbolu i jest wypełnione po brzegi duchem. Prawdziwe, niezakłócone fałszywą kreacją przejawy życia są znakami pomagającymi odnaleźć sens istnienia. Umiejętność czytania znaków wiąże się z odpowiedzialnością. Odpowiedzialność wcale nie ułatwia wędrówki - zmusza czasem do niewygodnych wyborów. Kiedy źrenica żebraka staje się lustrem dla mojego życia dziękuję Bogu za to spotkanie. Z punktu widzenia żebraka jestem pewnie tylko turystką. Nietrudno rozpoznać turystów. Odcinają się od zastanej scenerii kostiumem, maską i manifestowaniem swojej obcości. Jest jednak zawsze nadzieja, że uda się przełamać stereotyp i zostać rozpoznanym jako wędrowiec, dla którego czeka nakrycie na wigilijnym stole i który przybył po to, aby przełamać się opłatkiem.

ZIMA 2004  str. 1


szkic strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni