zima'04
str. 1



szkice  strona główna


Świat nie runie

joanna morawiecka


Wracam z miasta do domu na wieś. Wiśniowa łada siódemka zdążyła się już porządnie podgrzać. Włączenie ogrzewania „na full” na szczęście pomogło i nie zagotowała się, jak to było ostatnio. W Radwanicach wreszcie wychodzę z korka i mogę przyspieszyć. Mijam teraz spokojnie szeregi podmiejskich domów i bilbordów. Zaczynam się zastanawiać, dlaczego na nie zerkam, skoro od miesiąca znam ich kolorową treść na pamięć. Czytam o promocyjnych kredytach na święta, komórkach najlepszych w prezencie dla najbliższych. W samochodzie cisza, a w uszach natarczywie brzmią reklamy - radiowe wersje tych przydrożnych. I choć obiecałam sobie poprawę, powoli zaczynam narzekać. Wygrażam specjalistom od marketingu, że wymyślili promocję gwiazdkową od 11 do 25 listopada, że każą mi patrzeć na świąteczne wystawy już od Zaduszek, a na ulicach goni mnie rubaszny śmiech Mikołajów, którzy ze świętym nie mają nic wspólnego. Wygrażam i sobie. Maszyna nie nakręca się sama, ja też w tym uczestniczę.

  Życie zasadniczo się zmieniło, od kiedy większość ludzi stała się zależna nie od ziemi, ale od sklepów. Nie chcę wracać do czasów, kiedy rytm życia wyznaczały wyłącznie pory roku. Jestem dzieckiem cywilizacji, korzystam z prądu, komputera, pralki automatycznej, lubię prowadzić samochód.

Chciałabym tylko normalności. Żeby nikt nie manipulował moimi potrzebami, nie wmawiał, że jedynie kawa nada rangę rodzinnemu spotkaniu. Chciałabym zachować świadomość, że kiedyś żyło się inaczej, że znalezione w sianie jabłko w styczniu było smakołykiem, a miód odświętnym rarytasem. Chciałabym zachować szacunek dla przeszłości i tradycji.

Wreszcie dojeżdżam. Jestem sama. Jak tu się mówi – „mój” akurat wyjechał, w domu zimno, muszę się więc zabrać za rąbanie drewna i rozpalanie w kominku.

Kiedy za szybą już tańczy miłe ciepło, z herbatą w dłoni staram się sobie przypomnieć, co ja w zasadzie wiem o wspomnianej tradycji.

Jest adwent. To czas, żeby zakończyć wszelkie prace w polu i w obejściu. Jedynymi zwiastunami Bożego Narodzenia był dawniej dzień Św. Mikołaja, patrona pasterzy, ale też wilków i innych drapieżców, oraz 13 grudnia – Św. Łucji – specjalistki od wróżb pogodowych.

Do Bożego Narodzenia należało ukończyć wszystkie cięższe prace, wysprzątać dom, omieść powałę, zakończyć tkanie, przędzenie, szycie. To, co stare i zepsute wymienić na nowe. Przygotować dom do Wigilii.

  A Wigilia to czas niezwyczajny. To granica między czasem świeckim i świętym. O niezwykłości tego dnia mówią między innymi przygotowywane na wieczerzę potrawy. Niemal każdy ze składników miał swój symboliczny wymiar.

  Na przykład grzyby; pochodzą z lasu, a las to obszar nieoswojony, obcy. Wyprawa na grzyby wiązała się z niebezpieczeństwem, ryzykiem spotkania istot nie z tego świata pomieszkujących na leśnych mokradłach.

Miód natomiast to owoc pracy pszczół, te zaś uważano za święte. Kto zabił pszczołę – jakby człowieka zabił.

Odurzające działanie maku znano już dawno. Nie przez przypadek dodaje się go do wigilijnej kutii. Mak wprowadza w zaświaty.

Kolacja rozpoczynała się w momencie znaczącym - na przełomie dnia i nocy, wraz z zabłyśnięciem pierwszej gwiazdy (wiadomo, tak jest do dziś).

Gospodarz otwierał okno, by przywołać gości: dusze bliskich zmarłych a także wilka z lasu, i w ogóle zwierzęta żyjące poza ekumeną, co miało na celu przywołanie świętości. Puste pozostawione przy stole miejsce mógł zająć zarówno wędrowiec, pielgrzym, jak i jakaś duszyczka właśnie. Należało uważać, by takiej duszyczki nie skrzywdzić. Dlatego przy siadaniu trzeba było lekko ją zepchnąć.

Tego dnia pojawiały się również inne dziwne postaci – kolędnicy. Do drzwi pukała śmierć, turoń, anioł, diabeł. I kolędowało się nie do, ale od Świąt.

Wieczerza wigilijna to dar. Bezinteresowny dar dla tamtego świata, bez oczekiwania rewanżu. Zabiegano natomiast o przychylność i błogosławieństwo na następny rok. To także dar człowieka dla człowieka, dar materialny i dar słowa. Nie należało nikomu złorzeczyć, a dobrze życzyć; słowa tego dnia miały sprawczą moc. Zresztą cały okres od Bożego Narodzenia do Trzech Króli miał wymiar wróżebny (na przykład ze źdźbeł siana pod obrusem kawalerowie i panny wyciągali znaki, czy w nadchodzącym roku zmienią swój stan). Te 12 dni, które nazywano godami, to jak 12 miesięcy roku, w tym Wigilia to początek. Początek Nowego, dzień w którym rodzi się Słońce.

Wieś to od wieków „przechowalnia” tradycji. Obyczaje, rzecz jasna, się zmieniają. Pozostaje jednak pamięć i świadomość. A w tradycji ludowej zachowywanie zwyczajów i obrzędów jest bezwzględnym warunkiem trwania świata. Należy wierzyć, że mimo zmiany pokoleń, biegu czasu, telewizji, bilbordów, krasnalowych Mikołajów świat zachowa swój prawowity porządek.

Dopijam herbatę. Czas dorzucić do ognia.



r
y
c
i
n
a

*
z
u
z
a
n
n
a

m
o
r
a
w
i
e
c
k
a


ZIMA 2004  str. 1


szkice strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni