archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



fabuła  strona główna



zuzanna   morawiecka,  fikcja  literacka  jako  obraz  świata  realnego


Miejsce dla jednego

jan sebastian rabie


rys. zuzanna morawiecka
  rycina, zuzanna morawiecka

   (Miasto, które być może miało więcej matek, niż ojców.) Miasto-matka 1: wyspa na wyspie kwadratowych bloków betonu wokół której jej rzęsa unosi się kolorowym strumieniem i igra jak przeciwne wiatry. Jest ciężka godzina południa. Z dołu, z ulicy Adderley (od tej strony, gdzie wspaniałe aparaty ortodontyczne dźwigów wgryzają się w korzenie morza), autobus za autobusem jest wciągany pod górę na drutach niepokojąco zasupłanych wzdłuż i w poprzek, zawieszonych pomiędzy ulicą a górą.

   Na przystanku przy Groote Kerk 2 na miejsce w po brzegi wypełnionym autobusie czeka kolejka obywateli i kolorowych. Powoli w kolejce przesuwa się Kolorowy, obok niego na szaro ubrany pan regularnie prezentujący rzutem oka błysk zegarka pod śnieżnobiałym mankietem. Kolejny autobus pękający w szwach. Odjeżdża. Jednocześnie pan i Kolorowy zrywają się, lecą dwa, trzy kroki i wskakując z rozbiegu wciskają się na tylną platformę, gdzie niewątpliwie zostało jeszcze jedno miejsce stojące.

   Krwistoczerwony, spocony konduktor potrząsa unieruchomionymi w ścisku rękami i krzyczy: "Won! Won! Nie widzicie, że autobus jest pełny?". Hamulce piszczą. Pielgrzymka przechodniów przetacza się w poprzek ulicy. Pan czepia się prawą ręką uchwytu przy dachu, a Kolorowy łapie obojgiem nabrzmiałych dłoni lśniący drążek platformy. Widząc, że żaden z nich się nie ruszy, konduktor całą swą złość kieruje na Kolorowego: "Ty, won!" Kiedy Kolorowy udaje głupiego i spogląda gdzieś w dal, naciska wściekle na guzik. W tym samym czasie czerwone światło zmienia się na zielone i cała orkiestra dęta klaksonów odbiera rozdrażniony głos konduktorowi. Kości policzkowe Kolorowego uwydatniają się z uporu, a jego dłonie zaciskają się tak mocno, że na brązowej skórze pojawiają się białe plamki. "Czy przez wzgląd na samego siebie chcesz wszystkich zatrzymywać? Rozkazuję ci: wyskakuj, a jak nie...!" Konduktor macha na pana ubranego na szaro. "Proszę mi pomóc usunąć tego śmiecia!..." Pan odwraca wzrok, spogląda w górę i dalej (w stronę gdzie szlachetna wysokość Góry Stołowej, podgryzana przez dachy i schwytana w zasupłaną sieć drutów, z widokiem nienaruszonym opowiada o dali). Czerwona z wściekłości twarz konduktora zwraca się ku innym twarzom z tyłu, szuka w zapamiętaniu porządnego obywatela gotowego wypełnić swój obowiązek.

   Nagle dwie nabrzmiałe dłonie same puszczają drążek, Kolorowy wyskakuje i spokojnie się oddala. Nagłym ruchem, który świadczy bardziej o zakłopotaniu i niespodziewanym zmieszaniu, niż o oburzeniu, na chodnik zeskakuje także pan.

   Znowu stoi na przystanku obok Kolorowego i czeka na autobus, teraz tak niecierpliwie lub wręcz nawet samousprwiedliwiająco, że niemalże bezustannie podnosi i opuszcza nadgarstek otoczony białym mankietem. Znów kolejka przesuwa ich do przodu. Pan obojętnie spogląda z ukosa na kostki biało zaciśnięte wokół słupka przystanku. Jest świadomy ukradkowego spojrzenia Kolorowego i stara się swoją mimiką nie wyrażać nic. Ostrożnie patrzy. Zastanawia się (i przypomina sobie nagle woń uryny w "męskim" z wydzieloną częścią dla białych i kolorowych, kiedy opuszkami palców uroczyście kierował swój strumyczek, a brązowa twarz spojrzała na niego z przeciwnej strony i z radosnym szyderstwem wycedziła przez brązowe zęby: "Fajnie nam się sika, co nie?"), czy przebiegły uśmieszek nie igra wokół zdecydowanie zbyt szerokich nozdrzy.

   Autobus rusza tuż zanim przychodzi ich kolej. Jest tam prawdopodobnie miejsce dla jednego, ale zarówno Kolorowy, jak i pan, stoją w miejscu. Niespodziewanie Kolorowy rusza z kopyta, biegnie i w biegu wskakuje na tył.

   Przez pół sekundy pan stoi spokojnie; nagle również wyrywa naprzód, pędzi dziko pięć, dziesięć kroków za przyspieszającym autobusem, chwyta drążek platformy i podciąga się na nim dysząc ciężko. Kolorowy stoi obok. Czy się uśmiecha? W panu wzbiera oburzenie, spogląda na niego, gdy daje się słyszeć zdenerwowany głos konduktora: "miejsce jest tylko dla jednego..." i razem z Kolorowym wybucha wtedy śmiechem, przemęczonym, lecz na tę chwilę zadowalającym.



*




     1   afr. 'moederstad' - dosłownie miasto-matka, lecz także może być rozumiane jako miasto ojczyste

     2   afr. Groote Kerk - Duży Kościół



opowiadanie z tomu "Dwadzieścia jeden"

tłumaczenie z języka afrikaans: zuzanna morawiecka

© rabie, jan:
"Versamelverhale", Human & Rousseau, Kaapstad - Pretoria - Johannesburg, 1980


zuzanna   morawiecka,  fikcja  literacka  jako  obraz  świata  realnego  LATO 2004  str. 1   str. 2


fabuła  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni