archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



publicystyka  strona główna



Samotność Noama Chomskiego

arundhati roy

 

"I will never apologise for the United States of America - I don't care what the facts are."

President George Bush Sr.



   Siedzę w swym domu w New Delhi, patrzę jak amerykański telewizyjny "news channel" reklamuje sam siebie ("We report. You decide."). Wyobrażam sobie jak ubawiłoby to Noama Chomskiego; ten jego szeroki uśmiech, ukazujący nadłamany ząb.

   Wszyscy wiedzą, że autorytarne reżymy, niezależnie od ideologii, wykorzystują środki masowego przekazu dla celów propagandy. Jak ma się jednak sprawa z demokratycznie wybranymi reżymami w "wolnym świecie"?

   Dzisiaj, dzięki Noamowi Chomskiemu i jego kolegom, specjalistom od analizy mediów, stało się dla tysięcy, a być może milionów z nas nieomal aksjomatem, że w "wolnorynkowej" demokracji opinię publiczną fabrykuje się w podobny sposób jak inne masowe produkty - mydło, wyłączniki do prądu, czy chleb tostowy. Wiemy, że podczas gdy legalnie i konstytucjonalnie dana jest nam wolność słowa, odbiera się nam jednocześnie przestrzeń, w której z tej wolności moglibyśmy korzystać, oddaje się ją tym, którzy wylicytują najwyższe ceny. Neoliberalny kapitalizm polega nie tylko na akumulacji kapitału (u niewielu), lecz także na akumulacji siły (wśród niewielu) i na akumulacji wolności (dla niewielu). Z drugiej strony, dla reszty świata, dla ludzi wykluczonych z rządzących neoliberalnych kręgów, polega on na erozji ich kapitału, na erozji ich siły, na erozji ich wolności. Na "wolnym" rynku wolność wypowiedzi stała się towarem, podobnie jak wszystko inne - sprawiedliwość, prawa człowieka, woda pitna, czyste powietrze. Jest ona dostępna tym, których na nią stać. No i naturalnie, ci, których na nią stać, wykorzystują wolność wypowiedzi do fabrykowania takiego rodzaju produktów, preparowania takiej opinii publicznej, jaka najlepiej pomoże im w osiągnięciu ich własnych celów. (News they can use/wiadomości użytkowe) To właśnie to, jak to robią, było przedmiotem wielu politycznych tekstów Noama Chomskiego.

   Premier Silvio Berlusconi, na przykład, kontroluje większość włoskich gazet, czasopism, kanałów telewizyjnych i wydawnictw. "Premier w rezultacie kontroluje około 90 procent włoskich telewidzów," donosi Financial Times. Ile kosztuje wolność wypowiedzi? Dla kogo wolność wypowiedzi? Przyznaję, Berlusconi jest przykładem ekstremalnym. W innych demokracjach - na przykład w Stanach Zjednoczonych - baronowie medialni, różne potężne lobby i przedstawiciele rządu są ze sobą powiązani w sposób bardziej złożony, ale mniej oczywisty. (Układy Georga Busha jr. z lobby naftowym, z przemysłem zbrojeniowym, z Enronem i z enronowską infiltracją rządowych instytucji oraz mass-mediów - dzisiaj jest to powszechnie wiadome.)

   Po jedenastym września, 2001, atakach terrorystycznych w Nowym Jorku i Waszyngtonie, media głównego nurtu w rażący sposób odegrały rolę rzecznika rządu USA; poprzez swój mściwy patriotyzm, swą gotowość prezentowania notek prasowych Pentagonu jako "news", i wyraźną cenzurę wobec innych poglądów stały się one obiektem kilku pięknych dowcipów z gatunku czarnego humoru.

   A potem załamała się nowojorska giełda, bankrutujące linie lotnicze apelowały do rządu o finansowe wsparcie; poza tym mówiło się też o obejściu prawa patentowego w celu wyprodukowania leków generycznych w związku z zagrożeniem wąglikiem (co jest oczywiście znacznie bardziej ważne i pilne aniżeli zwalczanie AIDS w Afryce). I oto nagle można było odnieść wrażenie, jakby dwa mity - Wolności Wypowiedzi i Wolnego Rynku zawaliły się wraz z dwiema wieżami World Trade Center.

   Tak się jednak oczywiście nie stało. Oba mity nadal żyją.

   Niemniej, establishment z większą ochotą dorzuca energii i pieniędzy do puli, z której inwestuje się w przemysł opiniotwórczy, co zresztą sugeruje bardzo realny strach przed opinią społeczeństwa; sugeruje bezustanne i uzasadnione zmartwienie, że gdyby ludzie odkryli (i w pełni zrozumieli) prawdziwą naturę działań, jakie przeprowadza się w ich imieniu, wówczas oni sami mogliby zacząć działać w sposób adekwatny do swej wiedzy. Potężni ludzie wiedzą, że zwyczajni ludzie nie zawsze są bezwzględni lub samolubni. (Kiedy zwykli ludzie ważą zyski i straty, coś takiego jak zaniepokojone sumienie może łatwo przeważyć szalę.) Z tego powodu trzeba ich chronić przed rzeczywistością, hodować w kontrolowanym klimacie, w przystosowanej rzeczywistości, jak brojlery albo świniaki w kojcu.

   My, którym udało się przed takim losem uciec i którzy dziobią na podwórku, przestaliśmy wierzyć we wszystko, o czym pisze się w gazetach i co widzimy w telewizji. Przykładamy uszy do ziemi i szukamy innych dróg odnalezienia sensu tego świata. Szukamy niedopowiedzianej historii, mimochodem wspomnianego militarnego puczu, pominiętej relacji o etnicznym mordzie, wojny domowej w afrykańskim kraju, o jakiej donosi jednokolumnowa informacja zamieszczona obok wielkiej na całą stronę reklamy koronkowej bielizny.

   Nie zawsze pamiętamy, a wielu nawet o tym nie wie, że taki sposób myślenia, taka zwyczajna ostrość widzenia, taka instynktowna nieufność wobec mass-mediów, że wszystko to byłoby w najlepszym razie polityczną intuicją, w najgorszym zaś jedynie niespójnym zarzutem, gdyby nie wynikało z nieustającej i bezwzględnej analizy mediów przeprowadzonej przez jeden z najznakomitszych umysłów świata. A jest to przecież tylko jeden ze sposobów, w jaki Noam Chomsky radykalnie odmienił nasze rozumienie społeczeństw, w których żyjemy. Czy może powinnam raczej powiedzieć, nasze rozumienie spreparowanych reguł w tym obłąkańczym psychiatrycznym szpitalu, którego wszyscy jesteśmy dobrowolnymi pacjentami?

   Mówiąc o atakach w Nowym Jorku i Waszyngtonie prezydent George W. Bush nazwał wrogów Stanów Zjednoczonych "wrogami wolności". "Amerykanie pytają, dlaczego oni nas nienawidzą?" mówił. "Oni nienawidzą naszych wolności, naszej wolności religijnej, naszej wolności wypowiedzi, naszej wolności głosowania i zgromadzeń oraz wolności niezgadzania się z innymi poglądami."

   Jeśli ludzie w Stanach Zjednoczonych pragną prawdziwej odpowiedzi na to pytanie (innej niż z Anty-Amerykanizm - Przewodnik dla Idiotów, np: "Bo oni nam zazdroszczą," "Bo oni nienawidzą wolności," "Bo oni są nieudacznikami," "Bo my jesteśmy dobrzy a oni źli"), powiedziałabym, czytajcie Chomskiego. Czytajcie, co Chomsky pisał o US-amerykańskich interwencjach militarnych w Indochinach, Ameryce Łacińskiej, Iraku, Bośni, byłej Jugosławii, Afganistanie, i na Środkowym Wschodzie. Gdyby zwykli ludzie w Stanach Zjednoczonych czytali Chomskiego, być może ich pytania byłyby sformułowane inaczej, może tak: "Dlaczego nie nienawidzą nas jeszcze bardziej?" albo "Czy to nie dziwne, że 11 września nie zdarzył się wcześniej?"

   Niestety, w dzisiejszych nacjonalistycznych czasach, sięga się z łatwością do takich słów jak "my" i "oni". Linia przebiegająca pomiędzy obywatelami a państwem jest celowo i z powodzeniem zamazywana, nie tylko przez rządy, lecz także przez terrorystów. Leżąca u źródeł terrorystycznych zamachów logika, jak również "odwetowe" wojny przeciw rządom "wspomagającym terroryzm", jest ta sama: ukaranie obywateli za działania ich rządów.

   (Krótka dygresja: jestem świadoma, że Noamowi Chomskiemu jako obywatelowi USA bardziej przystoi krytyka jego własnego rządu aniżeli mnie, obywatelce Indii. Ja sama nie jestem patriotką, i zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że przekupstwo, brutalność i hipokryzja są odciśnięte na ołowianej duszy każdego państwa. Lecz kiedy kraj przestaje być tylko krajem i staje się imperium, wówczas skala jego operacji dramatycznie się zmienia. Wolno mi zatem wyjaśnić, że mówię jako poddana imperium amerykańskiego. Mówię jako niewolnik, który waży się krytykować swego króla.)

   Gdyby poproszono mnie o wybranie tylko jednej z zasług Noama Chomskiego dla świata, byłby to zapewne fakt, że zdemaskował on wstrętny, manipulacyjny, bezwzględny wszechświat, skrywający się za pięknym, słonecznym słowem "wolność". Uczynił to w sposób racjonalny i empiryczny. Ciężar dowodów jakie zebrał, by udokumentować swe badania, jest ogromny. Mówiąc dokładniej: przerażający. Przesłanka wyjściowa metody Chomskiego nie jest natury ideologicznej, ale jest ona głęboko polityczna. Ustala on kurs swych badań z anarchistyczną, instynktowną nieufnością wobec władzy. Zabiera nas w podróż przez bagno amerykańskiego establishmentu, i prowadzi przez przyprawiający o zawrót głowy labirynt korytarzy łączących ze sobą rząd, wielki biznes, i przemysł kształtowania opinii publicznej.

   Chomsky pokazuje nam jak niewiele wspólnego z wolnością, jeśli w ogóle, mają frazy w rodzaju "wolność wypowiedzi", "wolny rynek" czy "wolny świat". Pokazuje nam on, że wśród miriad wolności, do jakich rości sobie pretensje rząd USA znajdują się też takie, jak wolność mordowania, unicestwiania i dominacji. Wolność finansowania i sponsorowania despotów oraz dyktatorów na całym świecie. Wolność szkolenia, uzbrajania i chronienia terrorystów. Wolność obalania wybranych w demokratycznych wyborach rządów. Wolność gromadzenia i używania broni masowej zagłady - chemicznej, biologicznej i nuklerarnej. Wolność wypowiadania wojny każdemu krajowi, którego rząd ma odmienne zapatrywania. Oraz, najstraszniejsza z wszystkich, wolność dopuszczania się tych zbrodni przeciw ludzkości w imię "sprawiedliwości", w imię "prawości", w imię "wolności".

   Minister sprawiedliwości i prokurator generalny John Ashcroft oświadczył, że amerykańskie wolności "nie są ustalane przez jakiś rząd albo dokument, lecz... są darem od Boga". Tak więc, zasadniczo, konfrontowani jesteśmy z krajem uzbrojonym w mandat z nieba. Być może wyjaśnia to, dlaczego rząd USA nie osądza siebie według tych samych moralnych standardów, jakie stosuje wobec innych. (Każda próba czynienia tego zostaje zakrzyczana jako "moralne równoważenie".) Technicznie polega to na przyjęciu pozycji przychylnego giganta, którego dobre uczynki w obcych krajach przeklinane są przez tamtejszych intryganckich tubylców, których rynki próbuje on uwolnić, których społeczeństwa próbuje on unowocześnić, których kobiety próbuje on wyzwolić, których dusze próbuje on zbawić.

   Być może ta wiara we własną boskość wyjaśnia także, dlaczego rząd USA przyznał sobie prawo i wolność do mordowania i eksterminowania ludzi "dla ich własnego dobra".

   Oznajmiając początek nalotów lotniczych na Afganistan, prezydent Bush jr. powiedział, "Jesteśmy narodem pokojowym." I mówił dalej, "To jest nasze powołanie. Powołanie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Najbardziej wolnego narodu świata. Narodu, który opiera się na fundamentalnych wartościach, który odrzuca nienawiść, odrzuca przemoc, morderstwa i zło. Nie ustąpimy."

   Amerykańskie imperium stoi na makabrycznym fundamencie: masakra milionów rdzennych mieszkańców, zabór ich ziem, a później jeszcze to: uprowadzenie i zniewolenie milionów czarnych ludzi z Afryki i zmuszanie ich do pracy na tychże ziemiach. Tysiące z nich straciło życie na morzach, podczas międzykontynentalnego frachtu, w klatkach niczym bydło. "Stolen from Africa, brought tu America" - w "Buffalo Soldier" Boba Marleya zawarte jest całe uniwersum niewypowiedzianego smutku. Mówi o utracie godności, utracie pustyni, utracie wolności, o ległej w gruzach ludzkiej dumie. Ludobójstwo i niewolnictwo stanowią socjalne i ekonomiczne zaplecze narodu, którego fundamentalne wartości odrzucają nienawiść, morderstwa i zło.

   Spójrzmy, co pisze Noam Chomsky w swym eseju "The Manufacture of Consent" na temat założenia Stanów Zjednoczonych Ameryki:

   "Kilka tygodni temu, w dniu Święta Dziękczynienia, poszedłem z kilkoma przyjaciółmi i rodziną na spacer do parku narodowego. Przechodziliśmy obok kamienia nagrobkowego, na którym znajdowała się następująca inskrypcja: ‘Tutaj leży Indianka, Wampanoag, której rodzina i plemię oddały siebie i swą ziemię, by ten wielki naród mógł powstać i rosnąć.’"

   Oczywiście, niezbyt to precyzyjne mówić, że rdzenna populacja oddała siebie i swą ziemię na ten szlachetny cel. Trzeba by raczej powiedzieć, że dokonano na nich rzezi, zdziesiątkowano ich i rozproszono w trakcie jednego z największych mordów etnicznych w ludzkiej historii..., który celebrujemy co roku w październiku, kiedy to podczas Columbus Day okazujemy cześć Kolumbowi - też godnemu uwagi masowemu mordercy.

   Setki amerykańskich obywateli, dobrze-chcących i przyzwoitych ludzi, regularnie gromadzi się przy tym kamieniu i czyta inskrypcję, najwyraźniej bez żadnej reakcji; za wyjątkiem, może, poczucia satysfakcji, że w końcu wykazujemy oto choć trochę uznania dla poświęcenia rodowitej ludności... Mogliby oni zareagować inaczej, gdyby odwiedzili Oświęcim albo Dachau i znaleźli tam kamień z napisem: ‘Tutaj leży kobieta, Żydówka, której rodzina i rodacy oddali siebie i swój dobytek, by ten wielki naród mógł rosnąć i prosperować.’"

   W jaki sposób Stany Zjednoczone przezwyciężyły swą straszliwą historię i wyłoniły się z niej tak słodko pachnące? Nie poprzez przyznanie się do niej, nie poprzez zadośćuczynienie, nie poprzez przeproszenie czarnych czy rdzennych Amerykanów, i oczywiście też nie poprzez zmianę postawy (teraz eksportują swoje okrucieństwa). Podobnie jak większość innych państw, Stany Zjednoczone spisały swoją historię na nowo. Jednakże tym, co odróżnia USA od innych państw i daje im nad nimi przewagę jest fakt, że korzystają one z usług najpotężniejszej, najefektywniejszej propagandowej firmy na świecie: Hollywood. W najlepiej sprzedającej się wersji popularnego mitu jako historii, amerykańska "dobroć" osiągnęła szczyt podczas II Wojny Światowej (zwanej też Amerykańską Wojną Przeciw Faszyzmowi). Wśród głośnych dźwięków trąb i anielskich śpiewów zagubił się fakt, że kiedy faszyzm święcił w Europie największe tryumfy, rząd USA odwracał wzrok w inną stronę. Kiedy Hitler przeprowadzał ludobójczy pogrom Żydów, przedstawiciele USA odmawiali schronienia żydowskim uchodźcom z Niemiec. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny dopiero gdy Japończycy zbombardowali Pearl Harbor. Głośnymi hosannami zagłuszony został ich najbardziej barbarzyński czyn, czyn doprawdy jedyny w swoim rodzaju i najbrutalniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek ujrzał świat: zrzucenie bomby atomowej na cywilną ludność w Hiroszimie i Nagasaki. Wojna miała się ku końcowi. Setki tysięcy zabitych i niezliczone rzesze okaleczonych, a następnie pokolenia chorych na raka Japończyków - oni nie zagrażali światowemu pokojowi. Byli CYWILAMI. Dokładnie tak samo jak ofiary zamachów na World Trade Center i Pentagon. Dokładnie tak samo jak setki tysięcy ludzi, którzy zmarli w Iraku w efekcie sankcji nałożonych przez USA. Bomby na Hiroszimę i Nagasaki były chłodnym, wyrachowanym eksperymentem, którego celem była demonstracja amerykańskiej potęgi. Prezydent Truman określił to wówczas mianem ""the greatest thing in history".

   Druga Wojna Światowa, mówiliśmy, była "wojną o pokój". Bomba atomowa była "bronią pokoju". Mamy uwierzyć, że nuklerarne zagrożenie zapobiegło wybuchowi III Wojny Światowej. (Tak było zanim pojawił się prezydent George Bush jr. ze swą "doktryną wojny prewencyjnej".) Lecz czy po II Wojnie Światowej nastąpił wybuch pokoju? Zapewne, w Europie i Ameryce zapanował (względny) pokój - ale czy można nazwać go światowym pokojem? Tylko wtedy, gdy nie weźmiemy pod uwagę zastępczych, barbarzyńskich wojen toczonych w krajach zaludnionych przez kolorowe rasy (chinks, niggers, dinks, wogs, gooks). [chińczaków, czarnuchów, żółtków, wietnamców, brudasów]

   Od II Wojny Światowej Stany Zjednoczone zaatakowały w koalicji z innymi, albo prowadziły na własną rękę wojny z Koreą, Gwatemalą, Kubą, Laosem, Wietnamem, Kambodżą, Grenadą, Libią, Salwadorem, Nikaraguą, Panamą, Irakiem, Somalią, Sudanem, Jugosławią i Afganistanem. Ponadto lista ta winna zawierać też tajne operacje rządów USA w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej, zaaranżowane pucze i nazwiska dyktatorów, których zbroiły i wspomagały. Winna ona zawierać także akceptowaną przez USA izraelską wojnę z Libanem, w której zamordowano tysiące ludzi. Winna ona zawierać wzmiankę o kluczowej roli, jaką Ameryka odegrała w konflikcie na Środkowym Wschodzie, podczas którego tysiące ludzi straciło życie w walce przeciw izraleskiej okupacji palestyńskich terytoriów. Winna ona zawierać informację o amerykańskiej roli w wojnie domowej w Afganistanie w latach 1980-tych, w której zabitych zostało ponad milion ludzi. Winna ona zawierać embarga i sankcje, które bezpośrednio lub pośrednio doprowadziły do śmierci setek tysięcy osób, co widać najwyraźniej w przypadku Iraku.

   Biorąc to wszystko pod uwagę, trudno nie przyjąć, że Trzecia Wojna Światowa jednak się odbyła i że rząd USA był (albo jest) jej głównym protagonistą. Większość esejów Chomskiego w For Reasons of State traktuje o amerykańskiej agresji na Południowy Wietnam, Północny Wietnam, Laos i Kambodżę. Wojna ta trwała ponad 12 lat. Straciło w niej życie pięćdziesiąt osiem tysięcy Amerykanów i około dwóch milionów obywateli Wietnamu, Kambodży, Laosu. Wzięło w niej udział pół miliona amerykańskich jednostek naziemnych, a z amerykańskich samolotów zrzucono ponad sześć milionów ton bomb. I Ameryka, w co nie można uwierzyć po obejrzeniu większości wyprodukowanych w Hollywood filmów, wojnę tę przegrała.

   Tamta wojna zaczęła się w Południowym Wietnamie i rozprzestrzeniła się następnie na Północny Wietnam, Laos i Kambodżę. Po osadzeniu w Sajgonie podległego sobie reżymu, rząd USA sam się wprosił do walki z komunistycznymi rebeliantami - partyzantami Vietcongu działającymi w wiejskich regionach Południowego Wietnamu, gdzie miejscowa ludność udzielała im schronienia. Był to dokładnie ten sam model, jakim posłużyła się później, w 1979 roku, Rosja, wysyłając swoje wojska do Afganistanu. Nikt w "wolnym świecie" nie ma wątpliwości co do faktu, że Rosja zaatakowała Afganistan. Po nastaniu glasnosti, nawet sowiecki minister spraw zagranicznych nazwał radziecką inwazję na Afganistan "nielegalną i niemoralną". Podobna introspekcja nigdy nie miała jednak miejsca w przypadku Stanów Zjednoczonych. W roku 1984 Chomsky opublikował oszałamiającą rewelację:

   "W ciągu ostatnich 22 lat dokładałem starań, by znaleźć w dziennikarstwie głównego nurtu lub w szkolnych podręcznikach jakieś wzmianki na temat inwazji na Południowy Wietnam w roku 1962 (lub w innym czasie), czy też amerykańskiej agresji w Indochinach - bez sukcesu. Tych wydarzeń nie ma w historii. Jest tam natomiast mowa o amerykańskiej obronie Południowego Wietnamu przed terrorystami wspomaganymi z zewnątrz (zwłaszcza z Wietnamu Północnego)."

   Tych wydarzeń nie ma w historii!

   W roku 1962 amerykańskie lotnictwo rozpoczęło bombardowanie rolniczych obszarów Południowego Wietnamu, na których żyje 80 procent populacji tego kraju. Naloty trwały przez ponad dziesięć lat. Tysiące ludzi zostało zabitych. Pomysł polegał na bombardowaniu na wystarczająco wielką skalę, by wywołać paniczną migrację z wiosek do miast, gdzie ludzi można by przetrzymywać w obozach dla uchodźców. Samuel Huntington wspomina ten fakt jako proces "urbanizacji". (Uczyłam się na temat urabanizacji studiując architekturę w Indiach. Jednak nie przypominam sobie, żeby w programie zajęć znajdowały się bombardowania.) Huntington - sławny dzisiaj dzięki swej książce "The Clash of Civilizations" - był wówczas przewodniczącym Council on Vietnamese Studies przy Southeast Asia Development Advisory Group. Chomsky cytuje jego opis Vietkongu jako "potężnej siły, która nie może zostać oderwana od swego zaplecza, dopóki istnieją jej poplecznicy". Huntington doradzał dalej "bezpośrednie zastosowanie mechanicznej i konwencjonalnej siły" - innymi słowy, zakończyć wojnę z narodem, poprzez jego eliminację. (A może, by uaktualnić tę tezę - zapobiec zderzeniu cywilizacji poprzez unicestwienie cywilizacji.) Oto jak wypowiada się na temat granic amerykańskiej potęgi mechanicznej jeden z obserwatorów ówczesnych wydarzeń: "Problem polega na tym, że amerykańskie maszyny nie są w stanie sprostać zadaniu zabijania komunistycznych żołnierzy, bez zastosowania modelu spalonej ziemi, kiedy to zniszczeniu ulega również wszystko dookoła." Teraz problem ten został rozwiązany. Nie poprzez mniej destrukcyjne bomby, lecz dzięki bardziej imaginacyjnemu językowi. Znaleziono bardziej elegancki sposób na stwierdzenie faktu, że "zniszczeniu ulega również wszystko dookoła". Jest nim fraza "szkody kolateralne".

   A teraz relacja z pierwszej ręki o tym, co potrafią amerykańskie "maszyny" (Huntington nazwał je "instrumentami modernizacji", a wyżsi urzędnicy Pentagonu zwą je "bomb-o-grams"). T.D. Allman po przelocie nad obszarem Jars w Laosie:

   "Nawet jeśli wojna w Laosie jutro się zakończy, przywrócenie równowagi ekologicznej może potrwać kilka lat. Tyle samo czasu może zająć rekonstrukcja całkowicie zniszczonych miast i wiosek. Lecz nawet jeśli by się udało tego dokonać, to i tak ze względu na setki tysięcy niewypałów i min obszar ten nie będzie nadawał się do zamieszkania przez ludzi.

   Ostatni przelot nad regionem Jars unaocznił, co mogą zrobić z rolniczego regionu, nawet jeśli wcześniej ewakuowano ludność, trwające mniej niż trzy lata bombardowania. Na wielkich obszarach podstawowy kolor tropiku - jasnozielony - ustąpił miejsca abstrakcyjnemu wzorowi z czerni i kolorów jasno-metalicznych. Wiele z pozostałego listowia skarłowaciało wskutek zrzuconych środków chemicznych.

   Na wschodnich i północnych połaciach dominuje dzisiaj czerń. Aby spalić trawę i krzewy zakrywające powierzchnię ziemi oraz liczne wąskie wąwozy, zrzucano regularnie napalm. Ogień zdaje się płonąć nieustannie, pozostawiając po sobie jedynie czarne prostokąty. Podczas lotu można było widzieć słupy dymu unoszące się nad dopiero co zbombardowanymi obszarami.

   Główne drogi prowadzące ku równinie z terenów opanowanych przez komunistów są bezlitośnie bombardowane, jak się zdaje non-stop. Tam, oraz wzdłuż brzegów równiny, kolorem dominującym jest żółty. Wszelka wegetacja została zniszczona. Kraterów nie da się policzyć... Obszar ten był bombardowany do tego stopnia, że ziemia przypomina tam ospowatą, zawirowaną pustynię w burzowych regionach Północnej Afryki.

   Dalej na południowy-wschód, Xieng Khouangville - kiedyś najgęściej zaludnione miasto w komunistycznym Laosie - leży bezludne, zniszczone. W północnej części równiny mała miejscowość wypoczynkowa, Khang Khay, także zniszczona.

   Wokół lądowiska u podnóża bazy King Kong, przeważają kolory żółty (wskutek rozgrzebanej ziemi) i czarny (wskutek napalmu), poprzeplatane czerwonymi i niebieskimi łatami: spadochrony wykorzystane do zrzutów zaopatrzenia.

   Ostatnich tubylców ewakuowano transportem powietrznym. Opuszczone ogrody warzywne, z których już nikt nie zbierze plonów wyrastają obok pustych domów, gdzie na stołach są jeszcze talerze, a na ścianach wiszą kalendarze."

   (W "kosztach" wojny nigdy nie pojawiają się zabite ptaki, ryby, zwęglone zwierzęta, spalone owady, skażone źródła, zniszczona wegetacja. Rzadko mówi się o ludzkiej arogancji wobec innych istot, z którymi człowiek dzieli tę planetę. Nie pamięta się o nich w wirze walki o rynki i ideologie. Arogancja ta będzie prawdopodobnie ostatnim, zgubnym błędem naszego ludzkiego rodzaju.)

   Centralną pozycją For Reasons of State jest esej zatytułowany "The Mentality of the Backroom Boys", w którym Chomsky prezentuje nadzwyczaj biegłą, wyczerpującą analizę dokumentów Pentagonu, o których mówi on, że "dostarczają udokumentowanego dowodu na spiskowy charakter użycia siły w relacjach międzynarodowych przy naruszeniu prawa" ("provide documentary evidence of a conspiracy to use force in international affairs in violation of law".) Tam też Chomsky notuje fakt, że podczas gdy bombardowanie Północnego Wietnamu jest w dokumentach Pentagonu dość obszernie dyskutowane, to inwazja na Południowy Wietnam zasługuje zaledwie na wzmiankę.

   Dokumenty Pentagonu magnetyzują, nie jako dokumentacja historii amerykańskiej wojny w Indochinach, lecz jako wgląd w umysły ludzi, którzy ją planowali i przeprowadzali. To fascynujące być wtajemniczonym w zrodzone wtedy pomysły, czynione sugestie, wysuwane propozycje, za którymi podążano. W rozdziale pod tytułem "The Asian Mind - the American Mind", Chomski bada przebieg dyskusji na temat mentalności wroga, który "ze stoickim spokojem przyjmuje destrukcję bogactwa i utratę życia", podczas gdy "my chcemy żyć, być szczęśliwi, bogaci, potężni", i dla nas "śmierć i cierpienie są wyborem irracjonalnym, jeśli istnieją alternatywy". Dowiadujemy się więc, że azjatyccy biedacy, przypuszczalnie dlatego, że nie potrafią zrozumieć znaczenia szczęścia, bogactwa i potęgi, zachęcają Amerykę do przeprowadzenia swej "strategicznej logiki aż do końca, czyli ludobójstwa". Lecz, w następstwie, "my" wzdragamy się przed tym, bowiem "ludobójstwo jest ciężarem straszliwym do udźwignięcia". (Koniec końców, a jakże, "my" idziemy jednak naprzód i dopuszczamy się ludobójstwa, a później udajemy, jakoby w rzeczywistości nigdy nic takiego się nie wydarzyło.)

   W rzeczy samej, dokumenty Pentagonu zawierają też propozycje umiarkowane.

   "Ataki na zamieszkałe cele (per se) wywołałyby nie tylko odwrotną od zamierzonej falę głębokiego oburzenia zarówno w kraju jak i za granicą, lecz także znacznie zwiększyłyby ryzyko włączenia się w tę wojnę Chin i Związku Sowieckiego. Zniszczenie śluz i wałów przeciwpowodziowych mogłoby natomiast - jeśli dobrze się do tego zabrać - być... bardziej obiecujące. Powinniśmy nad tym pomyśleć. Takie zniszczenia nie zabiją i nie zatopią ludzi. Gdy pola ryżowe znajdą się pod wodą, doprowadzi to z czasem do klęski głodowej (więcej niż milion zagłodzonych?), przynajmniej dopóki nie zostanie dostarczona żywność - co moglibyśmy zaproponować ‘przy konferencyjnym stole’"

   Warstwa za warstwą Chomsky obnaża proces podejmowania decyzji przez przedstawicieli rządu USA, by w jego sednie ukazać bezlitosne serce amerykańskiej machiny wojennej, kompletnie odizolowane od realiów wojny, ideologicznie zaślepione i gotowe unicestwić miliony ludzkich istnień, cywilów, żołnierzy, kobiety, dzieci, wioski, całe miasta, całe ekologiczne systemy - naukowo wyostrzonymi metodami brutalności. Amerykański pilot o radościach jakie daje napalm:

   "No jasne, że byliśmy zadowoleni z chłopaków pracujących w zbrojeniowych laboratoriach. Oryginalny produkt nie był tak gorący - jeśli gooks (obraźliwe określenie Wietnamczyków) byli szybcy, mogli go zdrapać. Tak więc nasi chłopcy zaczęli dodawać polistyren - teraz przyklejało się to jak gówno do koca. Ale gdy gooks wskakiwali do wody, przestawało się to palić, tak więc zaczęto dodawać Willie Peter (biały fosfor) żeby lepiej się paliło. Będzie się teraz palić nawet pod wodą. I wystarczy jedna kropla żeby przeszło przez skórę aż do samych kości, tak że i tak muszą umrzeć z powodu zatrucia fosforem."

   W ten oto sposób szczęśliwi gooks zostali unicestwieni dla ich własnego dobra. Lepiej być martwym niż czerwonym.

   Dzięki uwodzicielskiemu urokowi Hollywood i nieodpartym powabom amerykańskich mass-mediów, całe lata później świat postrzega tę wojnę jako "American story". Indochiny dostarczyły bujnego, tropikalnego tła, na którym Stany Zjednoczone odgrywały swe fantazje przemocy, testowały najnowsze technologie, forsowały własną ideologię, badały swoje sumienie, męczyły się w moralnym dylemacie, sprzeczały o winę (albo to udawały). Ludzie w Wietnamie, Kambodży i Laosie byli jedynie podporą scenariusza. Bezimienni, beztwarzowi, skośnookie hominidy. Byli po prostu ludźmi, którzy umierali. Gooks.

   Jedyna prawdziwa lekcja, jaką zrozumiał rząd USA w związku z inwazją w Indochinach mówi o tym, jak prowadzić wojnę nie wystawiając na niebezpieczeństwo amerykańskich oddziałów i nie ryzykując życia Amerykanów. Tak więc w dzisiejszych wojnach korzysta się z rakiet dalekiego zasięgu, helikopterów Black Hawks, "bunker busters". Są to wojny, w których "alianci" tracą więcej dziennikarzy niż żołnierzy.

   Jako dziecko dorastające w stanie Kerala, w Południowych Indiach - gdzie w 1959 roku, w roku mojego urodzenia, objął władzę pierwszy na świecie wybrany w demokratycznych wyborach komunistyczny rząd - bardzo martwiło mnie to, że byłam gook. Kerala leży zaledwie parę tysięcy mil na zachód od Wietnamu. Mieliśmy tam dżunglę i rzeki i ryżowe pola, i także komunistów. Wyobrażałam sobie moją matkę, mojego brata i siebie samą, jak wyrzuca nas z krzaków w powietrze wybuch granatu, albo jak, niczym gooks w filmach, zostajemy skoszeni przez amerykańskiego "marine" o muskularnych ramionach i żującego gumę. W snach byłam ową płonącą dziewczynką ze słynnej fotografii zrobionej na drodze z Trang Bang.

   Jako ktoś, kto wyrósł w szczytowym okresie propagandy zarówno amerykańskiej jak i sowieckiej (które się nawzajem mniej lub bardziej neutralizowały), kiedy po raz pierwszy czytałam Noama Chomskiego, jego sposób zbierania dowodów, ich objętość, ich nieustępliwość, wydały mi się trochę - jak by to powiedzieć? - szalone. Przekonałaby mnie już jedna czwarta zebranych przez niego dowodów. Dziwiło mnie, że wkłada w to tyle pracy. Teraz jednak rozumiem, że rozmiar i intensywność pracy Chomskiego jest barometrem rozmiaru, zasięgu i nieustępliwości propagandowej machiny, z którą walczy. Jest on jak kornik żyjący w trzecim segmencie mojego regału na książki. Słyszę, jak dzień i noc chrupie drewno, miele je na drobniusieńki pył. To jest tak, jakby nie zgadzał się on ze znajdującą się tam literaturą i usiłował zniszczyć dźwigającą ją strukturę. Nazywam go - Chomsky.

   Być Amerykaninem pracującym w Ameryce i piszącym w celu przekonania Amerykanów do swojego punktu widzenia jest faktycznie czymś podobnym do drążenia tunelu w twardym drewnie. Chomsky jest jednym z małej grupy jednostek walczących z całym przemysłem. A to sprawia, że jest nie tylko znakomity, lecz bohaterski.

   Kilka lat temu, w przejmującym wywiadzie z Jamesem Peckiem, Chomsky mówił o tym, jak utkwił w jego pamięci dzień, w którym zbombardowano Hiroszimę. Miał wtedy 16 lat:

   "Pamiętam, że dosłownie nie byłem w stanie z nikim rozmawiać. Nie było z kim. Oddaliłem się samotnie. Byłem w tym czasie na obozie letnim, i kiedy o tym usłyszałem, poszedłem do lasu i pozostałem tam przez parę godzin zupełnie sam. Nie mogłem o tym rozmawiać z innymi i nigdy nie rozumiałem też ich reakcji. Popadłem w kompletną izolację."

   Ta izolacja stworzyła jednego z największych i najbardziej radykalnych społecznych myślicieli naszych czasów. Gdy nad amerykańskim imperium zajdzie słońce, co nastąpi, dorobek Chomskiego ocaleje.

   Chłodnym i oskarżającym palcem będzie wskazywać na bezlitosne, machiawelistyczne imperium, tak samo okrutne, w sobie zadufane i obłudne jak tamto, którego miejsce zajęło. (Jedyna różnica polega na tym, że jest ono uzbrojone w technologię, która może spowodować w świecie zniszczenia, jakich nie zna historia i jakim nie jest w stanie sprostać ludzka wyobraźnia.)

   Jako ktoś, kto mógł być gookiem, a kto wie, może i nim będzie, rzadko przyłapuję się na tym, że, kiedy mija kolejny dzień, nie pomyślałam - z tego czy innego powodu - "Chomsky Zindabad". (Niech żyje Chomsky.)



*




artykuł ukazał się 1 września 2003 w Zmagazin

z angielskiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)

© arundhati roy

LATO 2004  str. 1   str. 2


publicystyka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni