archiwum

jesień'04
str. 1  



reportaż  strona główna



O balladach ślepego Metodego

egon erwin kisch


  Nawet jeśli zabrzmi to jak opowieść z epoki romantyków, to i tak trzeba jednak zacząć od tego, że na naszym podwórku ślepy Metody śpiewał coś w rodzaju ballad. Korytarz, który w podwórzu znajduje swoje ujście jest szeroki i sklepiony, a mimo to pełen mroczności; żelazne drzwi po jego prawej i lewej stronie bronią dostępu do czterech nigdy nieprzekraczanych podziemnych lochów. Przy wejściu do piwnicy wisi żelazny pierścień z resztką tajemniczego łańcucha, a w samej piwnicy znajduje się znana nam sala rycerska z jej bocznymi pomieszczeniami, z której kiedyś dwa korytarze prowadziły do ratusza i do Kościoła Tyńskiego. Gdy będziemy już dorośli, odwalimy zalegający je od dawna gruz, przemkniemy nimi uzbrojeni i dokonamy czegoś wielkiego, to jest pewne.

  Nasze podwórze otoczone jest na wysokości pierwszego piętra szpalerem szlachetnych szesnastowiecznych kolumn. Oparte o balustradę kobiety i panny wsłuchują się w śpiew ślepego Metodego, a pomiędzy kolumnami zwieszają się lambrekiny.

  Dywany te nie są tam jednak w żadnym razie dla ozdoby, wyniesiono je z mieszkań w celu odkurzenia, zasłuchane kobiety winny je więc porządnie trzepać, wietrzyć tapicerkę i kapy z łóżek albo rozwieszać do suszenia bieliznę, a nie tylko się przysłuchiwać.

  Ale rzeczywiście, ślepy Metody śpiewa przepięknie, jego tremolo trzepocze wzdłuż sklepienia korytarza, na pewno przenika też, drwiąc sobie z żelaznych drzwi, do nigdy nieprzekraczanych lochów, do podziemnej sali rycerskiej i do przysypanych korytarzy morawskiej przeszłości i naszej przyszłości. Jednocześnie jego śpiew osiąga też wyższe regiony, bo podobnie jak z arkad pierwszego piętra również z okien drugiego i trzeciego wychylają się gospodynie i służebne dziewki.

  Jeśli sądząc po sobie wolno mi mówić za innych, to tym, co zapewnia ślepemu Metodemu audytorium, nie jest tylko jego piękny głos ani nawet melodie jego piosenek. Nie, tutaj tekst bierze górę nad dźwiękiem, literatura nad muzyką.

  Jak już powiedziano w pierwszym zdaniu, to, co śpiewa ślepy Metody, jest czymś w rodzaju ballad. Słowa stawiane na początku książki mają zazwyczaj służyć temu, by przykuć uwagę czytelnika i nie powinno brać się ich zbyt dosłownie. Ale w naszym przypadku to, że Metody śpiewa coś w rodzaju ballad, zgadza się tylko wtedy, gdy słowa te bierze się dosłownie, to znaczy, gdy balladę równoważy się ze zdarzeniem ujętym w formę wiersza. W tym sensie ślepy Metody jest tak bardzo śpiewakiem ballad, że gardzi on śpiewaniem czegokolwiek innego, jak choćby arii, pieśni miłosnych, kupletów czy bodaj któregoś z owych rzewnych szlagierowych kawałków, aczkolwiek wykorzystuje ich melodie. Nigdy nie pyta on Daisy: „Kiedy będzie wesele?”, nigdy nie domaga się od świetlika, by połyskiwał, nigdy nie przyrzeka: „całowałbym ślady twoich stóp, tobie oddałbym wszystko”. Jego repertuar składa się z wydarzeń, które mniej lub bardziej były historią, są historią albo historią się staną, a więc z ballad.

  Ktoś mógłby teraz wtrącić, że ballada oprócz wymogu treści musi też spełniać określone zasady formy i że wobec tego pieśni ślepego Metodego byłyby jedynie podwórkowymi piosenkami.

  Podobna próba sprowadzenia Metodego i jego tekstów do niższych poziomów napotyka na nasze veto. Dlaczego prymitywność, naiwność, niedostatek formy wytyka się jemu i jemu podobnym jako wadę, skoro wszystko to uznawane jest w pieśni ludowej, jeśli tylko wyraża ona uczucia, za zaletę? Dlaczego wynosi się na piedestały ballady Gottfrieda Augusta Bürgera i Edgara Allana Poe, które nie traktują ani o tym, co się wydarzyło, ani o tym, co może się wydarzyć, lecz o duchach i upiorach? Dlaczego poeta Friedrich Schiller prawi w swych balladach kazania o irracjonalności? Odpowiedź brzmi: Nawet w literaturze konkretna wypowiedź jest niebezpieczna, gdyż każda prawda zawiera w sobie potencjalną krytykę i bunt.

  My jednak sentencji: „Co się przenigdy nie wydarzyło, nigdy też nie przeminie”, przeciwstawiamy słowa: „Co zawsze i wciąż się wydarza, jako jedyne się nie starzeje”

  Oczywiście powyższa dygresja nie została uczyniona ze względu na ślepego Metodego, który słowa ballada nigdy nie słyszał i któremu jest raczej rzeczą zupełnie obojętną, czy jego repertuar zaliczony zostanie w poczet dzieł literackich.

  Niemniej, posiada on pewną próżność pieśniarza. Ponieważ nie może swej publiczności widzieć, musi na inny sposób upewniać się, że takowa się zgromadziła. „Ta zwrotka jest ładna, nieprawdaż?” pyta po zakończeniu każdej kolejnej, a damy z wyższych balkonów potwierdzają to zawołaniem, że zwrotka jest ładna, nawet bardzo ładna.

  Mnie ślepy Metody nie musi pytać, czy jestem obecny. Przez cały dzień stoję obok jego szlifierskiego koła. Oto moja mama znowu woła do mnie z góry, bym nie zbliżał się doń tak bardzo, obawia się, że iskry mogłyby wlecieć mi do oka.

  Jego imię wywołuje u mnie podziw, chociaż w Pradze wielu chłopców nosi imiona słowiańskich apostołów Cyryla i Metodego. Imponuje mi także jego wiek, jest on – przede wszystkim na początku naszej znajomości – bardzo, bardzo stary, nawet jeśli nie aż tak stary jak dorośli, których wieku w ogóle nie da się ustalić. Rozczochrana czupryna na jego głowie ma ten sam odcień żółci co kołnierzyk munduru szóstaków dragońskich, kupujących w sklepie mojego ojca.

  Ślepy Metody jest uczniem rękodzielnika Kokoschki z naszego domu, ale mieszka w instytucie dla ociemniałych i ma na sobie gruby, noszony tam przez wszystkich, ciemnoszary strój z tymi wielkimi rogowymi guzikami. Gdy idzie wieczorem do domu, maca chodnik przed sobą grubym jak ramię, długim na dwa metry bambusowym kijem, do którego przywieszony jest dzwonek. Dorożki zatrzymują się, kiedy przechodzi przez ulicę, a piesi przyglądają się mu niczym jakiemuś pływakowi na wzburzonej wodzie; do ślepego Metodego nic jednak z tej powszechnej uwagi, jaką sobą wzbudza, nie dociera. Wczesnym rankiem zamiata zakład pana Kokoschki, czyści okno wystawowe a potem staje przy swoim „welocypedzie”, aby ostrzyć ogromne ilości szerokich nożyc sukienników z uliczki Garbarskiej; czasem ostrzy też nożyki do golenia, scyzoryki i noże rzeźnickie albo nawet, ale fajnie, sierpy i kosy ze sklepu z towarami żelaznymi pana Lüftnera. Zgrzyta żelazo, pyli się kamień, śpiewa ślepy Metody, wiele osób przysłuchuje się w zachwycie, a wśród nich przyszły autor tej książki.

  Jeszcze dzisiaj znam pieśni Metodego na pamięć i chętnie zamieściłbym je tutaj w całości, gdyby tylko nie były tak bardzo zrodzone z czeskiego ducha, tak bardzo, że w tłumaczeniu straciłyby zarówno rym jak i sens. Pierwsza, którą usłyszałem, zaczynała się tak: „Śmiało do przodu pchamy, Windischgrätz, ten cielak, rzuca nam w tyłki kulki z Małej Strany.”

  My dzieciaki wierzyliśmy, że to marmurowymi kuleczkami celuje w nasze tyłki Windischgrätz, ten cielak, a my go śmiało za to popychamy. Po każdej sylabie słowa „tył-ki” ślepy Metody robi artystyczną pauzę, w którą piszczą słuchaczki a iskry spomiędzy szlifierskiego kamienia i klingi wznoszą się z trzaskiem niczym rakiety w dzień św. Nepomucena

  Aktualność tej piosenki dawno już wyblakła, pochodzi ona z czasów Rewolucji Praskiej 1848 roku, z jej ostatniego dnia, kiedy to austriacki generał, książę Windischgrätz, otworzył z dzielnicy Mała Strana ogień na mieszkańców miasta.

  Uświadomił mnie o tym – w mym pierwszym roku szkolnym – ojciec, kiedy spostrzegł, że śpiewam coś, czego wcale nie rozumiem. Windischgrätz, tak opowiadał ojciec, dokonał w Pradze wielkiego spustoszenia, i Bóg go za to ukarał. Jego żona, stojąc w głębi pokoju, została śmiertelnie trafiona przez kulę, chociaż na ulicy przed pałacem nie było ani jednego człowieka i nikt też nie usłyszał żadnego wystrzału.

„Ulica była pusta?” – pytałem nie mogąc złapać tchu, „i nikt nie słyszał wystrzału?”
„Ani nawet strażnicy przed domem”, odpowiedział mój ojciec.
„No to kto ją zastrzelił?”
Ojciec przyłożył palec do ust. „To tajemnica, bardzo wielka tajemnica.”

  Ale ponieważ nie przestawałem nalegać, zaczął opowiadać:

„Byłem wtedy małym chłopcem, tylko o cztery lata starszym, niż ty dzisiaj. Mój kolega ze szkoły Kreibich, Eduard, mieszkał na Zeltnergasse; jego ojciec miał tam sklep z modnymi towarami, dokładnie naprzeciw dowództwa wojskowego. Edi był doskonałym majsterkowiczem, był bardzo zdolny, nie taka ofiara losu jak ty. Często bawiliśmy się razem, także wtedy w czerwcu 48, kiedy wszyscy byli bardzo poruszeni z powodu żołnierzy przysłanych przeciw Pradze z Wiednia. Edi zbudował akurat coś wspaniałego: armatę.”
„Prawdziwą armatę?”
„Naturalnie nie prawdziwą, tylko zabawkę. Jej lufa była zrobiona z klucza od naszego domu i ...”

  Słuchałem rozgorączkowany i z otwartą buzią. Zastrzelona księżna – tajemnica, która została przede mną odkryta – historia z chłopakiem – armata stworzona ręką dziecka – a teraz jeszcze nawet klucz od naszego domu! Nasza brama ma takie wielkie klucze.

„Z klucza od naszego domu?” przerwałem, „skąd on miał nasz klucz?”
„Nie pytaj tak dużo”, mruknął ojciec ze złością. Czyżby powiedział więcej, niż miał zamiar? „Był to klucz od bramy i już. Edi zrobił z niego armatę i umieścił ją na lawecie, wiesz, na takiej podstawie na kółkach, żeby można było ją przemieszczać. A z mniejszego klucza odlaliśmy amunicję, to są kule, i strzelaliśmy w pokoju. Jak się już w Pradze zaczęło, Edi powiedział do mnie: «Cały dzień będę siedział przy oknie, a jak po drugiej stronie wejdzie do pokoju generał, to strzelę do niego i go zabiję.»”
„A więc to Edi zastrzelił panią Windischgrätz?”
„Tego nie wiem, nie było mnie przy tym. Ale gdy w zielonoświątkowy poniedziałek opowiadano sobie o śmierci księżnej, wielu ludzi mówiło, że to z pewnością pusta gadanina, tylko ja od razu w to uwierzyłem.”
„Tato, czy można dziecinną armatą zabić człowieka?”
„Jeśli Bóg tego chce, strzela nawet miotła.”


  Tak zakończył to mój ojciec. Dopiero długie lata później doszedłem do przekonania, że miotła nie strzela, nawet jeśli chce tego Bóg. Zastanawiałem się, dlaczego ojciec wymyślił tę historię, i tak sobie to wyjaśniłem: Mówił o tajemnicy, a wobec tego nie mógł bez utraty ojcowskiego autorytetu przyznać, że on sam tej tajemnicy nie zna.

  W każdym razie sprawca nigdy nie został wykryty, a śledztwo było tak bardzo tajne, że jego rezultaty nie zostały powierzone nawet policji, lecz przekazano je bezpośrednio do tajnego archiwum cesarsko-królewskiego namiestnictwa. Archiwum to przestało być tajne, gdy w 1918 roku c. k. namiestnictwo przestało namiestniczyć, albowiem monarchia austriacka przestała istnieć. Stare pisma powędrowały do archiwum czechosłowackiego ministerstwa spraw wewnętrznych i już nie były tajne. Podczas wizyty w tymże archiwum przypomniałem sobie o przypadku, który tak bardzo poruszył mnie w opowieści mego ojca i poprosiłem o przyniesienie teki „Śmierć księżnej Eleonory Windischgrätz”, grubej wybrzuszonej księgi.

  Przebiegłem oczami jej pierwsze karty: protokoły z przeszukań w budynku i mieszkaniach, szczególnie uwzględniające wszelką wchodzącą w rachubę broń palną, przeprowadzone w obiekcie znajdującym się naprzeciw c. k. generalnego dowództwa; przesłuchanie, aresztowanych przy drodze prowadzącej od Clementinum do barykad, dwóch kurierów Michała Bakunina, który kierował powstaniem; przesłuchanie krzyżowe technika Maura i innych podejrzanych osób cywilnych; etc. etc.

  Przez to nie da się przebrnąć. Już chciałem odłożyć ten stos papierów, gdy zauważyłem zwieszającą się z którejś ze stronic pieczęć. Wprawdzie wiszące pieczęcie nie są w archiwum niczym nadzwyczajnym, pompatyczne pieczęcie w kosztownych kapsułach dyndają na jedwabnych sznurach u każdej bulli i każdego prawa użytkowania, ale czegóż miałoby szukać takie średniowieczne sigillum w aktach odnoszących się do czasów mojego ojca?

  I oto spójrzcie, nie była to żadna pieczęć, lecz raczej drewniane kółeczko od dziecięcej zabawki, i zwisało ono jako corpus delicti z długiego na osiem stron protokołu, zapisanego 19 czerwca 1848 podczas przesłuchania Josefa Kreibicha, właściciela sklepu z modnymi towarami w domu nr. 936 – I., Praga, Zeltnergasse. W tym protokole armata małego Eduarda była opisana tak samo jak był mi ją opisał ojciec. Nowym dla mnie było jedynie to, że ojciec Kreibich według własnego zeznania uderzył swego dziesięcioletniego syna Eduarda w głowę i kopnął armatę, z której chłopak zdążył akurat wystrzelić, ta uległa przy tym zniszczeniu i została wyrzucona wraz z należącą do niej amunicją. Podczas urzędowego przeszukania znaleziono kółko, które ponad wszelką wątpliwość było częścią lawety i które niniejszym zostaje załączone do akt.

  Od czasu śmiertelnego wystrzału minęło zatem pięć pełnych tygodni, zanim podejrzenie skierowane zostało na Edi’ego. Aczkolwiek, jak wynika z przydługiego protokołu, urząd śledczy przypisywał sprawie niemałe znaczenie, nie dało się jednak niczego udowodnić. „Jeśli Bóg tego chce, strzela nawet miotła” – no dobra, mogła w to uwierzyć choćby i najwyższa zwierzchność, ale taką Boską wolę postawić przed sądem i osądzić, na to się nie odważono.

  I w ten sposób powracamy teraz do ślepego Metodego, który śpiewająco uczy nas historii świata z czasów mojego ojca. W ciągu swego życia, które trwało od 1838 do 1901 roku, ojciec przeżył z bliska tylko dwa historyczne wydarzenia, właśnie owo powstanie z 1848 i wojnę między Austrią i Prusami. Niewiele zmieniły one jego życie, zwykł był on często sławić się tym, że od czasu swej młodości sypiał wciąż w tym samym łóżku. Jego synom los nie użyczył tak niezmiennego legowiska. Jeden poległ młodo w 1914 w światowej wojnie, jeden, który marzył o przyłączeniu Austrii i o wielkich Niemczech, nie może czuć się teraz szczęśliwszy żyjąc w dystrykcie Hitlera, jeden został podczas inwazji na Czechosłowację w okrutny sposób oddzielony od swej żony i dzieci, jeden udziela się w chińskiej armii podczas bombardowań, oberwań chmur i trzęsień ziemi jako lekarz, a jeden dotarł okrężnymi drogami do Meksyku, gdzie spisuje teraz niniejsze pamiętniki z innych czasów i geograficznych szerokości.

  Ale ślepy Metody jest jeszcze w czasach ojca. Wsłuchany w jego śpiew przeżywam bitwę pod Königgrätz, nic o tym nie wiedząc, podobnie jak bohater stendhalowskiej „Pustelni Parmeńskiej”, który nie ma pojęcia, że bierze udział w bitwie i nie zna pobliskiej miejscowości zwanej Waterloo. Całymi latami słucham ślepego Metodego śpiewającego o krwi przelanej pod Sadową, o rzucających się na siebie jeźdźcach pod Stezery oraz o wielu bezimiennych drewnianych krzyżach pod Horenowes, lecz nazwy te są dla mnie jedynie morawskimi wioskami. Niemiecka Klio wbiła bowiem szpic swego cyrkla w miasteczko Königgrätz i nakreśliła okrąg, w którym zniknęły pola bitewne Horenowes i Sadowa i Stezery. I odwrotnie, francuska Klio obrała za środkowy i nazewniczy punkt wieś Sadowa i w ten sposób pozwoliła na zatopienie Königgrätz w mrocznym okręgu. Revanche de Sadowa pour Königgrätz.

  Na cześć pewnego miejscowego zbójnika rozbrzmiewa inna pieśń ślepego Metodego. Dramatycznym stopniowaniem przypomina ona lalkowy teatrzyk z bożonarodzeniowego bazaru, ale jest ona jeszcze piękniejsza, bo rymowana i śpiewana, nóż zgrzyta na toczydle i trzaskają złote iskry.

  Wielu, wielu szlachetnych mordów dopuszcza się zbójecki herszt Babinsky, zanim zostaje schwytany i musi gnić w ciemnej celi, na jego rękach i nogach lodowate łańcuchy. Oto odwiedza go pewna dama, do celi wchodzi cnotliwa jego kochanka. Zbójnik Babinsky odkrywa przed nią, że jest zbójnikiem Babinskim, co powinna była sama wiedzieć, bo jakże by mogła go inaczej odwiedzić. Jutro, dodaje, odbędzie się jego egzekucja. Ona na te słowa martwą pada, a szlifierskie koło ślepego Metodego gwałtownie zatrzymuje się w miejscu.

  Jedną ze swych pieśni, brawurowy numer, musiał ślepy Metody wiele, wiele lat później wykreślić z repertuaru. Z tej piosenki my dzieciaki nie rozumiemy zupełnie niczego i nadajemy Hannchen, małej dziewczynce z trzeciego piętra, właśnie z powodu tej piosenki przezwisko Hanka Fałsz. Tak naprawdę nazwisko Hanka nosi w tej piosence mężczyzna, i nie jest on też posądzany o fałsz, lecz wzięty wobec takiego zarzutu w obronę.

  Chodzi tutaj o urzędnika muzealnego Vaclawa Hankę, który w 1817 roku w wieży kościoła Königinhofer (dvur kralove) odkrył wczesnośredniowieczne manuskrypty. Znalezisko to wzbudziło w naukowych kręgach całego świata duże poruszenie i gorące zainteresowanie czeską kulturą, która zajęła teraz pozycję przodka kultury europejskiej. Dlatego gdy pięćdziesiąt lat później anonimowy paleograf (po kolejnych pięćdziesięciu latach zdołałem ustalić, że był nim bibliotekarz Zeidel) w praskiej niemieckiej gazecie „Tagesbote” poddał w wątpliwość prawdziwość manuskryptów, musiało to po stronie czeskiej wywołać wielkie oburzenie. Redaktor „Tagesbote”, David Kuh, musiał pogodzić się z wyrokiem za zniesławienie, jednak nie przyczyniło się to do załagodzenia konfliktu między Czechami i Niemcami, jaki rozgorzał po zakwestionowaniu prawdziwości manuskryptów z Königinhofer. „Oszczerca”, wołali jedni, „fałszerz”, krzyczeli drudzy.

  Ale oto fronty przesunęły się nagle, gdy dwóch czeskich uczonych, Gebauer i Masaryk, nie ukrywając swoich nazwisk i po przeprowadzeniu naukowych dowodów, ogłosili, że manuskrypty z Königinhofer są fałszerstwem dokonanym przez Vaclava Hankę. Przeciw Gebauerowi i Masarykowi skierowali teraz w różnych formach swoją złość ich współziomkowie, również w formie piosenki śpiewanej przez ślepego Metodego. W tej piosence mowa jest o tym, że obaj zdrajcy chcą odmówić czeskiemu ludowi prawa do jego narodowej przeszłości i tym samym do narodowej przyszłości i zaprzeczają nawet temu, że morawska dziewczyna wyłowiła ze strumienia wianek upleciony z kwiatów, jak jest zapisane w manuskryptach z Königinhofer. (Ten fragment Hankowego znaleziska przełożył pod tytułem „Das Sträusschen” na niemiecki Goethe.)

  Wszystko, co istnieje na świecie – tak szydzi refren ślepego Metodego - jest fałszerstwem Hanki, a z finałowego akordu przenika żądanie, aby obu wrogom narodu ukręcić kark. „Niech panowie to poczują / Dalej już nie masarykują / Co honorem każdego Czecha! / Bo przyniesie im to pecha / Jak to całe ich bazgranie / Co wmawia Hance fałszowanie.”

  Jednakże Masaryk w dalszym ciągu „masarykował” wszystko, co zaślepionym nacjonalistom było świętością, i dlatego musiał znieść znacznie więcej niż tylko szydercze piosenki, zanim stworzył dla swojego narodu własne państwo. W tym państwie nie wolno już było ślepemu Metodemu śpiewać tej piosenki. Ale to jest dopiero przyszłością, patrząc z punktu widzenia mojego chłopięctwa.

  Jako współczesność, jako współczesność wartą opiewania, uświadamia nam ów czas rzeka Wełtawa, która staje się nagle szalona i porywista i przemienia stały ląd starego miasta w archipelag. Kilka dni wcześniej Hannchen, zwana Hanką Fałsz, próbowała w piwnicy uświadomić nas w tajemnych sprawach miłości (założyła tę rzecz na lewą stronę), a już dzisiaj podziemna sala rycerska jest zalana, jak gdyby niebo sprowadziło na tę Sodomę i Gomorę potop. Wysoko aż do piwnicznego wejścia kołysze się woda, która wtargnęła tam rurami kanalizacyjnymi, podwórze stało się stawem, a ślepy Metody musi przenieść się wraz ze swym szlifierskim kamieniem do loży na pierwszym piętrze. W błyszczących hełmach, wśród parskających koni i z olbrzymią pompą wjeżdżają na podwórze strażacy, aby wypompować zeń wodę. Nam ta sensacja nie wystarcza, nazbyt wstrząsające wiadomości docierają z okolicy nabrzeża, dokąd aby dobiec, wystarczy dziecięcym nogom dziesięć minut. Pędzimy pod przewodnictwem Hannchen, zwanej Hanką Fałsz, najpierw do Bethlehemsplatz i na krawędź Postgasse, po której ludzie poruszają się w pozazdroszczenia godny sposób łódkami. Następnie odważamy się pójść na brzeg Wełtawy. Ten jednak wychodzi nam w połowie drogi naprzeciw. Cesarz Karol IV, który stał do tej pory na lądzie, stoi teraz w wodzie, fale igrają wokół Złotej Bulli, utrzymywanej przez jego wiszącą wzdłuż ciała rękę, i wygląda to bardzo nieprzyzwoicie, gdy z bulli tej spadają w dół krople.

  Wydając radosne okrzyki widzimy, że powódź tak połamała most Karola, jak my zwykliśmy łamać nasze zabawki, bums. Zniknęły posągi świętych.

  Czegóż to nurt nie unosi! Meble, szopki, drzewa, belki, beczki, słupy telegraficzne! A na płynącym dachu szczeka zrezygnowany biały pies.

  Zewsząd przybyły oddziały pionierów z pontonami, by ratować co jeszcze się da.

  Ledwie minęły trzy tygodnie, a ślepy Metody śpiewa, stojąc ze swym szlifierskim kołem na naszym podwórku, które znowu jest podwórkiem a nie stawem, pieśń o wielkiej praskiej powodzi. Jest to parodystyczna piosenka „o komodzie, co utonęła w wodzie” i za którą płynął pionier, o ławce, co na niej siedziała babcia. Także biały pies miał swoją zwrotkę, która z niego kpiła: szczekał na postrach podpalaczom. O świętych z mostu śpiewał, że nadaremno próbują pójść w ślady Św. Nepomucena, który swego czasu został tutaj utopiony i ukazał się ponownie w otoczeniu promieniujących gwiazd. A Karol IV przeziębia sobie brzuch razem ze swą bullą.

  My dzieci widziałyśmy wszystko, o czym opowiada piosenka, na własne oczy, przez trzy tygodnie głośno i przy pomocy wielu gestów omawialiśmy zobaczone, a teraz, teraz śpiewająco donosi nam o tym ten, który nie miał w tym wszystkim żadnego udziału. Wydaje mi się to dziwne.



*




z tomu: "Marktplatz der Sensationen"

tłumaczenie z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)

© 1967 by Aufbau-Verlag Berlin/Weimar

 m u z e u m    ż y d o w s k i e    w    w i e d n i u :  życie i twórczość e. e. kischa


JESIEŃ 2004  str. 1


reportaż  strona główna 

wędrowiec © dziennikarze wędrowni