archiwum

jesień'04
str. 1  



publicystyka  strona główna



Imperium Americanum jako koncepcja historyczna

philip s. golub


Po zamachach z 11 września wielu Amerykanów stawia sobie to samo pytanie: Dlaczego oni nas tak nienawidzą? Przede wszystkim telewizja i kino odzwierciedlają powszechną niepewność społeczeństwa, które samo przydzieliło sobie rolę światowego policjanta i które miota się teraz pomiędzy wzniosłymi ideałami sprawiedliwości a pragnieniem zemsty. W ostatnim czasie coraz wyraźniejsze stają się symptomy imperialnej gramatyki, której szczytem jest narodowe wyobrażenie, wedle którego - 150 lat po wybudowaniu w Waszyngtonie Kapitolu - Stany Zjednoczone miałyby być czymś w rodzaju prawowitego spadkobiercy Cesarstwa Rzymskiego.


Kolumny Kapitolu

Rok przed wydarzeniami z 11 września amerykański historyk, Arthur Schlesinger jr., sformułował tezę, według której Stany Zjednoczone mimo pokusy, jaką stanowi ich zrodzona z jednobiegunowości ogromna przewaga, nie obiorą imperialistycznego kursu, gdyż żaden naród nie jest w stanie "przejąć na siebie roli sędziego lub światowego policjanta" ani też samodzielnie sprostać wyzwaniom XXI w. w sferach polityki, demografii i naturalnego środowiska.1

Podobnie jak wielu innych intelektualistów Schlesinger wciąż jeszcze wierzy w "zdolność (amerykańskiej) demokracji do samoregulacji" oraz w racjonalizm osób podejmujących decyzje. Podobnie wypowiadał się w roku 2000 również Charles William Maynes; wśród waszyngtońskich ekspertów d/s polityki zagranicznej głos jak najbardziej wpływowy. Maynes widzi w USA "kraj posiadający imperialne możliwości, lecz pozbawiony wszelkich imperialistycznych ambicji".2

Jednakże dzisiaj nie da się już zbyć milczeniem spostrzeżenia, że pod rządami George'a W. Busha rodzi się nowa gramatyka imperialna. Z pewnych względów gramatyka ta przywodzi wspomnienie imperialnej epoki końca XIX w., kiedy to Stany Zjednoczone rzuciły się w wir kolonializacyjnego wyścigu na Karaibach, w Azji oraz w rejonie Pacyfiku, i tym samym postawiły pierwsze wielkie kroki wiodące ku światowej ekspansji.

Kraj Jeffersona i Lincolna popadł wtedy w straszliwy imperialistyczny zachwyt. Dziennikarze, biznesmeni, bankierzy i politycy prześcigali się nawzajem w pomysłach jak najlepiej podbić świat.

Wpływowi specjaliści od ekonomii łypali wówczas oczami "ku światowej dominacji przemysłowej"3, a politycy marzyli - według słynnego sformułowania Theodora Roosevelta - o "splendid little war", będącej usprawiedliwieniem międzynarodowej ekspansji Stanów Zjednoczonych.4 "Żaden dziewiętnastowieczny naród nie może nam dorównać ani w kolonialnych sukcesach, ani w naszej ekspansji [.]; nic nie może nas już powstrzymać", uważał w roku 1895 przywódca imperialistycznego obozu, senator Henry Cabot Lodge.

Dla Theodora Roosevelta, szczerego wielbiciela imperialnego poety brytyjskiego Rudyarda Kiplinga, sprawy miały się całkiem jasno: "Chcę, by Stany Zjednoczone stały się dominującą potęgą w rejonie Pacyfiku." I dodawał dalej: "Naród amerykański dokona czynów wielko-mocarstwowych."5

Pewien dziennikarz nazwiskiem Marse Henry Watterson reasumował w roku 1896 imperialistycznego ducha czasu lat 1890-tych w dumnych i godnych uwagi wieszczych słowach: "Jesteśmy wielką imperialną republiką, powołaną do tego, by wywierać decydujący wpływ na ludzkość i urządzać świat w stopniu, w jakim nie udało się to dotąd żadnej innej nacji, nawet Cesarstwu Rzymskiemu."6

Amerykańskie dziejopisarstwo tradycyjnie uznało ową imperialistyczną epokę burzy i naporu za chwilowe zboczenie z tradycyjnie prostolinijnej drogi demokracji. Stany Zjednoczone były wszak produktem antykolonialnej walki przeciw British Empire i absolutystycznym monarchiom europejskim i w niej zahartowane, zdawały się być na długo uodpornione przeciw wirusowi imperializmu.

Jednakże wiek później ogłoszona została nowa era ekspansji i formalizacji amerykańskiego Empire, i odtąd amerykańskie elity znowu wpatrują się w odległe zwierciadło antycznego Cesarstwa Rzymskiego. Po tym jak po 11 września udało im się w wyniku nadzwyczajnej mobilizacji sił zbrojnych wzmocnić zdobyte w 1991 roku szczeble dowodzenia, Stany Zjednoczone, zafascynowane własną siłą, otwarcie uznają się za potęgę imperialną. Po raz pierwszy od końca XIX w. wyraźnie formułowane są w następstwie zbrojnej kampanii imperialistyczne roszczenia.

"Jest faktem", pisze wiodący publicysta Washington Post, Charles Krauthammer, jeden z najbardziej wpływowych ideologów amerykańskiej Nowej Prawicy, "że od czasów Cesarstwa Rzymskiego żaden kraj nie potrafił w takiej mierze zająć stanowiska mocarstwowego ani w sferze kulturalnej, ani gospodarczej, ani technicznej czy militarnej."7 Już w roku 1999 Krauthammer ogłosił: "Ameryka góruje nad światem niczym kolos [.]. Od czasu, gdy Rzym zniszczył Kartaginę, żadne inne mocarstwo nie wspięło się na takie wyżyny." A Robert Kaplan, eseista i mentor George'a Busha ujął to tak: "Jak zwycięstwo Rzymu w drugiej wojnie punickiej, tak zwycięstwo Stanów Zjednoczonych w Drugiej Wojnie Światowej przypieczętowało ich światową hegemonię."8

Rzym stał się obligatoryjnym punktem odniesienia także dla autorów sytuowanych raczej w pobliżu polityki środka. Joseph S. Nye jr., rektor Kennedy School of Government przy Harvard University, a w okresie rządów Clintona sekretarz stanu w ministerstwie obrony, rozpoczyna swą najnowszą książkę zdaniem: "Od czasów rzymskich nie było nacji, która znalazłyby się tak wysoko ponad innymi narodami."9 Renomowany historyk Paul Kennedy, który w latach osiemdziesiątych wystąpił z tezą, że Stany Zjednoczone miałyby cierpieć na "imperialne naderwanie", posuwa się nawet o krok dalej: "Ani Pax Britannica [.], ani napoleońska Francja[.], ani Hiszpania Filipa II, ani królestwo Karola Wielkiego, ba, ani nawet Imperium Romanum" nie osiągnęły podobnej dominacji jak dzisiaj Stany Zjednoczone.10 Następnie Kennedy przedstawia trzeźwy bilans: W światowym systemie "nigdy jeszcze nie miała miejsca podobna rozbieżność sił".

Jednym słowem, wszystkie kręgi mniej lub bardziej wplątane w układy z państwową władzą po tamtej stronie Atlantyku są jednomyślnie zdania, że "Stany Zjednoczone są mocarstwem nieporównanie większym niż wszystkie minione potęgi, choćby nawet te największe".11 Analogie z Rzymem, jak również wszechobecność słowa "empire" w amerykańskich wydawnictwach prasowych i pismach specjalistycznych, nie są jedynie opisowe, uwierzytelniają one konstrukcję nowej imperialnej ideologii.

W swym tekście pod napuszonym tytułem "Argument za amerykańskim imperium" czołowy publicysta Wall Street Journal, Max Boot, pisze: "Nie przez przypadek Ameryka jest dzisiaj militarnie zaangażowana w wielu krajach, w których działały całe generacje brytyjskich żołnierzy kolonialnych [.], gdzie zachodnie armie musiały interweniować, aby zapanować nad tamtejszym nieporządkiem." Według Maxa Boota "Afganistan i inne dręczone społecznymi niepokojami kraje błagają (Zachód) o stworzenie racjonalnej zagranicznej administracji, dokładnie takiej, jaką sprawowali ongiś pewni siebie Anglicy - w swych bryczesach i kolonialnych hełmach".12 Inny z kolei ideolog prawicy, Dinesh D'Souza, prowadzący badania w Hoover Institution, dał o sobie przed kilkoma laty słyszeć w związku ze swą tezą o "naturalnej" niższości Afroamerykanów. Niedawno opublikował on artykuł pod wiele mówiącym tytułem "Pochwała amerykańskiego imperium", w którym przekonywał, że Amerykanie winni wreszcie przyjąć do wiadomości, że ich kraj "stał się imperium [.], najszlachetniejszym, jakie świat kiedykolwiek widział"13.

Do publicystycznych podkładaczy ognia Nowej Prawicy przyłączają się też nauczyciele uniwersyteccy jak np. Peter Rosen. Z niekłamaną szczerością naukowca dyrektor harvardzkiego Olin Institute for Strategic Studies pisze: "Jednostka polityczna, która dysponuje miażdżącą siłą militarną i stosuje tę siłę, aby wpłynąć na postępowanie innych państw, musi jak najbardziej zostać określona jako imperium [.]." I dalej: "Naszym celem nie jest pokonanie jakiegoś przeciwnika - takowy nie istnieje - lecz utrzymanie naszej imperialnej pozycji oraz zachowanie imperialnego porządku."14 Mowa jest tutaj, jak krytycznie zauważa Michael Ignatieff, o porządku, który służy wyłącznie "imperialnym celom Ameryki", przy czym "imperium zgadza się jedynie z tymi elementami międzynarodowego porządku prawnego, które mu akurat pasują (jak np. WTO - Światowa Organizacja Handlu), wszystkie inne są jednak ignorowane lub sabotowane (Protokół Klimatyczny z Kioto, Międzynarodowy Stały Trybunał Karny lub traktat ABM)"15


Hegemonia łagodnego imperialisty

To że idea imperium jest radykalnie sprzeczna z klasycznym tocqueville'owskim postrzeganiem samych siebie, a także obnaża kłamliwe wyobrażenie, jakoby Ameryka stanowiła demokratyczny wyjątek wśród nowoczesnych narodów, najwidoczniej nie przedstawia dla Amerykanów żadnego większego problemu. Kto ma jeszcze wątpliwości - a takich jest coraz mniej - stawia przed słowami "imperium" i "hegemonia" po prostu przymiotnik "życzliwa" lub "łagodna". I tak Robert Kagan z Carnegie Endowment pisze: "Prawdą jest, że życzliwa hegemonia Stanów Zjednoczonych jest czymś dobrym dla szerokich kręgów światowej społeczności. Jest ona bez wątpienia lepszym układem aniżeli wszystkie realne alternatywy."16)

Theodore Roosevelt użył przed stu laty prawie tych samych słów. Odrzucał on każdą próbę porównania Stanów Zjednoczonych do europejskich krwiożerczych kolonializmów i mówił: "Jest zwyczajną prawdą, że nasza polityka ekspansjonistyczna, centralny element amerykańskiej historii (...), w żadnym razie nie jest równa imperializmowi(...) Do dzisiejszego dnia nie natrafiłem w naszym kraju na ani jednego imperialistę"17.

Inaczej Sebastian Mallaby; otwarcie określa on siebie jako "wahającego się imperialistę". Mallaby pisuje wiodące artykuły dla Washington Post, który to dziennik wsławił się relacją o skandalu Watergate i - choć późno - oponował przeciw wojnie w Wietnamie. Od 11 września dziennik ten jawi się jednak jako prężny organ imperialny. W kwietniu tego roku Mallaby uznał w swej publikacji dla jak najbardziej poważnego pisma Foreign Affairs, że obecny światowy nieporządek wprost wymaga od Stanów Zjednoczonych prowadzenia polityki imperialnej. Apokaliptyczny obraz, jaki maluje on w nawiązaniu do sytuacji w krajach Trzeciego Świata - bankrutujące państwa, niekontrolowany przyrost populacji, endemiczna przemoc, rozpadające się środowiska społeczne - uzasadnia ocenę, że jedyną racjonalną alternatywą jest ponowny imperializm. Bez zbędnych upiększeń formułuje on tezę: Kraje Trzeciego Świata, bezpośrednio zagrażające bezpieczeństwu Zachodu, winny znaleźć się pod zachodnią kuratelą. "Ponieważ nieimperialistyczne opcje nie przyniosły efektów (...), logika neoimperialistyczna jest zbyt silna, by administracja Busha mogła się jej oprzeć."18

W rzeczy samej nie wydaje się, aby Bush stawiał neoimperialnej logice zbyt wielki opór. Wprawdzie niechętnie inwestuje on dolary w odbudowę failed states (upadających państw), lub przeznacza je na współuczestnictwo swego kraju w interwencjach humanitarnych, to jednak nie zwleka ani chwili w kwestiach wysyłania sił zbrojnych USA we wszystkie strony świata, by zwalczały "wrogów cywilizacji" i miażdżyły "siły zła". Ponadto cała jego semantyka - to nieustanne mówienie o walce między "cywilizacją" i "barbarzyństwem", o "upokojowieniu" barbarzyńców - zdradza owo klasyczne imperialne myślenie.

Na pytanie, co George W. Bush wyniósł z renomowanych uniwersytetów w Yale i Harvard, nie da się oczywiście zbyt łatwo odpowiedzieć, lecz jednak to, że od 11 września uważa się on za nowego Cezara imperialnego obozu, nie ulega wątpliwości. Według Cycerona Cezar "odniósł całkowite zwycięstwa nad wojowniczymi nacjami" i udało mu się narody te "zastraszyć, cofnąć w rozwoju, ujarzmić i nauczyć posłuszeństwa wobec narodu rzymskiego".19 Zupełnie podobnie Bush i nowa amerykańska prawica wydają się być zdecydowani umocnić bezpieczeństwo i zamożność imperium przy użyciu środków militarnych i tak: podporządkować sobie oporne kraje Trzeciego Świata, zniszczyć "kraje szubrawcze" i w końcu ustanowić amerykańską kuratelę nad "słabnącymi gwałtownie" krajami postkolonialnymi.

Amerykanie mają nadzieję na stworzenie bezpiecznych układów nie na drodze politycznej współpracy, lecz poprzez użycie broni i tworzenie koalicji-ad-hoc, przy czym ich unilateralizm orientuje się podług wąsko pojętych interesów narodowych. Zamiast zwalczać przyczyny gospodarczych i społecznych problemów, które są w południowych krajach powodem nieustającej przemocy, Amerykanie, poprzez wysyłanie w te regiony własnych sił zbrojnych, dodatkowo przyczyniają się do destabilizacji tych krajów. To że celem podobnych interwencji nie jest bezpośredni podbój terytoriów, lecz uzyskanie nad nimi pośredniej kontroli, nie zmienia zasadniczego ukierunkowania: również "życzliwi" albo "wahający się" imperialiści pozostają imperialistami.

Tak więc podczas gdy kraje Trzeciego Świata jeden po drugim kapitulują i po raz kolejny będą musiały pogodzić się ze swym kolonialnym lub pół-suwerennym statusem, Europa, znajdująca się wewnątrz tego imperialistycznego systemu, będzie musiała zadowolić się zajęciem pozycji podwładnego. W jednobiegunowym widzeniu świata, jakie wykrystalizowało się wśród US-Amerykanów po roku 1991 i utrwaliło po 11 września, Europa figuruje nie jako samodzielna siła strategiczna, lecz jako zależna strefa, która "nie posiada ani woli, ani zdolności, by bronić swego raju". Jej bezpieczeństwo uzależnione jest od amerykańskiej gotowości do prowadzenia wojen.20 W tym nowym wertykalnym systemie strategicznego podziału pracy, jak twierdzi Michael Ignatieff, "Amerykanie toczą wojny, podczas gdy Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy strzegą granic, zaś Holendrzy, Szwajcarzy i Skandynawowie udzielają humanitarnej pomocy". W chwili obecnej Amerykanie mają tak mało zaufania do swych sojuszników (...), że, za wyjątkiem Brytyjczyków, wykluczają ich z wszelkich czynności wykraczających poza najzwyklejsze zadania policyjne".21 Zbigniew Brzeziński, twórca antysowieckiego "dżihad" w Afganistanie, formułował podobne myśli już wiele lat temu. Celem Stanów Zjednoczonych musi być "utrzymywanie naszych wasali w stanie zależności, zapewnienie uległości oddających nam trybut i dbanie o ich bezpieczeństwo, oraz niedopuszczenie do zjednoczenia się barbarzyńców".22 Charles Krauthammer sekunduje temu stanowisku we właściwej mu rubasznej manierze: "Ameryka wygrała zimną wojnę, ma w kieszeni Polskę i Czechy, sproszkowała Serbię i Afganistan i zupełnie przy okazji wykazała, że Europa jest niczym."23 Dla wielu obserwatorów właśnie ta pogarda jest jednym z powodów silnego napięcia, ciążącego od 11 września na stosunkach transatlantyckich.

Niezależnie od tego, jak długo miałaby trwać epoka amerykańskiej hegemonii, opcja imperialna zmusza Stany Zjednoczone do poświęcenia swoich wszystkich sił na wznoszenie murów wokół zachodniej cytadeli. Jak wszystkie dotychczasowe światowe mocarstwa, także Ameryką, owym dosłownym "dalekim zachodem", zawładnęła ta sama myśl, którą południowo-afrykański pisarz, J. M. Coetzee ujął w te słowa: "Co czynić, by zapobiec końcowi; co czynić, aby nie umrzeć; co czynić, aby przedłużyć własną erę."24




*




przekład na podstawie niemieckiego wydania -le monde diplomatique/taz-, październik 2003: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)



JESIEŃ 2004  strona główna




PRZYPISY



   1 Arthur Schlesinger jr., "Unilateralism in Historic Perspective", in: "Understanding Unilateralism in US Foreign Policy", London (RIIA) 2000, S. 18-28.


   2 Charles William Maynes, "Two blasts against unilateralism", por. Fn. 1, S. 30-48.


   3 Cyt. wg. William Appleman Williams, "The Tragedy of American Diplomacy", New York (Dell) 1962, S. 26.


   4 Cyt. wg. Howard K. Beale, "Theodore Roosevelt and the Rise of America to World Power", Baltimore and London (John Hopkins University Press) 1989, Kap. 1.


   5 Howard K. Beale, por. Fn. 4, S. 38f., 70-78.


   6 Cyt. wg. David Healy, "US Expansionism, the Imperialist Urge in the 1980's", Madison Wisconsin (The University of Wisconsin Press) 1970, S. 46.


   7 Ukazane w: "It Takes an Empire Say Several US Thinkers", New York Times, 1. April 2002. Cytat z roku 1999 pochodzi z "The Second American Century", Time Magazine, 27. December 1999. S. C. Krauthammer, "The Unipolar Moment", Foreign Affairs, New York 1990.


   8 Cyt. wg. "It takes an empire", por. Fn. 7.


   9 Joseph S. Nye jr., "The Paradox of American Power", New York (Oxford University Press) 2002, S. 1.


   10 Paul Kennedy, "The Greatest Superpower Ever", New Perspectives Quarterly, Washington, JESIEŃ 2002.


   11 Henry Kissinger, "Does America Need a Foreign Policy?", New York (Simon & Schuster) 2001. S. 19.


   12 Max Boot, "The Case for an American Empire", Weekly Standard 7 (5), Washington, D. C., 15. October 2001.


   13 Christian Science Monitor, Boston, 26. April 2002. W swej pracy z 1995 roku "The End of Racism" D'Souza mówi o narzuconej przez naturę hierarchii ”rasowych predyspozycji", która wyjaśnia też problem przestępczości w afroamerykańskim społeczeństwie Stanów Zjednoczonych.


   14 "The Future of War and the American Military", Harvard Review 104 (5), Mai/Juni 2002, S. 29.


   15 Michael Ignatieff, "Barbarians at the Gate?", New York Review of Books, 28. February 2002, S. 4. Ponadto Pierre Conesa u. Olivier Lepick, "USA: Washington verschrottet Abrüstungsabkommen", Le Monde diplomatique, Juli 2002.


   16 Robert Kagan, "The Benevolent Empire", Foreign Policy, Washington D.C., Sommer 1998.


   17 Howard K. Beale, por. Fn. 4.


   18 Sabestan Mallaby, "The Reluctant Imperialist, Terrorism, Failed States, and the Case for American Empire", Foreign Affairs, New York, März/April 2002, S. 2-7.


   19 Cicero, "O prowincjach konsularnych", XIII, 32-35 und passim.


   20 Robert Kagan, "Power and Weakness: Why Europe and the US see the world differently", Policy Review 113, Washington, Juni/Juli 2002.


   21 Michael Ignatieff, S. 4, por. Fn. 15.


   22 Cyt. wg. Charles William Maynes, S. 46, por. Fn. 2.


   23 Patrz Washington Post z 20. lutego 2002.


   24 W swej głośnej książce "Czekając na barbarzyńców".

JESIEŃ 2004  str. 1


publicystyka  strona główna 

wędrowiec © dziennikarze wędrowni