archiwum

jesień'04
str. 1  



szkice  strona główna



Ryba

magda skawińska - tekst 
maciej skawiński - zdjęcia 



  Nic nie zapowiadało tej eskapady. Owszem część ekipy myśli o wyprawie, ale innym ciążą zobowiązania, praca. Jasiek ma rozpocząć zdjęcia do filmu, Artur zabrać Julitę i Karolinę do Wrocławia, Astra zastąpić mamę przy sprzedaży okien, o Wojtka upominała się praca magisterska... Nas wiążą wydatki, służbowy wyjazd Maćka, masa przygotowań, naprawy motoryzacyjne...

  Budzi mnie delikatny szum zbierających się do odjazdu gości. Narastający, trzeźwiący smutek walczy z chęcią, by spać dalej i odrzucić na potem zmartwienia. Wchodzi Maciek i pyta: czy nie miałabym ochoty pojechać nad morze? „Oczywiście, że miałabym, ale nie teraz, nie dzisiaj, potem, jak wszystko załatwimy, jak zaplanujemy...” – zaczynam się miotać i nagle moje: „A właściwie czemu nie dzisiaj?” – trzeźwi mnie zupełnie. Co prawda, gdzieś błąka się myśl, że oni mogą mieć nas dosyć, że chcą odpocząć, wyciszyć się...

  Ruszamy w dwa samochody. Leciutko nadszarpniętą przez czas i rdzę nysą, oraz prawie luksusowym, "wypasionym" mitsubishi. Zachodni wóz mknie do przodu, my bujamy się obładowaną, przypominającą hipisowskie czasy furgonetką. Coś stuka w kole. Defekt – krzywą felgę – diagnozuje wiejski mechanik. Zjeżdżamy na okazały szrot: rzędy samochodów, co chwila ktoś podjeżdża by poszukać brakującej części. Maciek z Jędrkiem idą szukać koła, a my zaczynamy powoli, pojedynczo wysypywać się z nyski. Boso z piwkiem w ręku.

  Na dworze ciepło, przyjemnie, można rozprostować ściśnięte wcześniej między plecakami kości. I tylko mrowiące gdzieś w karku uczucie, że ktoś mi się przygląda. Bo, gdy wymieniliśmy koło, a zapas znalazł się "na pace", przyszło odjeżdżać. Cała obsługa szrotu zgromadzona przy parkanie. Szare ubrania robocze, brudne od smaru ręce i tylko te iskry w oczach, że oni by też do tej zatłoczonej nyski, z dziewczynami, z piwem, byle gdzie, byle z nami.

  Dawno nie byłam w kurorcie w środku lata. Łeba po północy wcale nie jest cicha. Wszystkie restauracje otwarte, gdzieś dalej dyskoteka, wokół nas pełno podchmielonych młodych ludzi. Nikt nikogo nie zaczepia, słychać tylko przekleństwa, piosenki, amory.

  Zimno. Nie decyduję się na zdjęcie butów. Żałuję, że nie mam czapki. Schodzimy na plażę. Z wielkiego namiotu dobiega głośna muzyka. Jakieś skulone postaci przy stoliku z dystrybutorem piwa. Dużo ludzi. Głośno. Odchodzimy w stronę portu. Coraz zimniej. Artur gra na organkach. Morze wali falami w piasek. Jacy my wszyscy mali. Ono wielkie.

  Lubię spotykać się z Wielkim. Z morzem, z górą. Maciek mówi, że pustynia też jest taka. "Siedzisz i patrzysz, a przed tobą tylko piasek, aż po horyzont. Można tak siedzieć godzinami." Nie widziałam nigdy pustyni. Moje spotkania z Wielkim to spotkania z morzem. Lubię kiedy jest zimne, szare, bez stada plażowiczów, kolorów, krzyków. Lubię siedzieć na zimnym piasku, kiedy wiatr wdziera się za kołnierz. Jak śmieszne się wydają wtedy ambicje, cele, plany, że osiągnę, pokażę, zdobędę... Wielki nie mówiąc nic, ustala proporcje.



  Idziemy. Na Arturowych organkach wiatr gra swoją dziwną melodię. Maciek postanowił zadzwonić do Kasi i Filipa. Jest po trzeciej, pewnie śpią, pewnie się zdenerwują, ale Maciek się upiera, chce żeby posłuchali wiatru. Dochodzimy do portu. Przemarznięci. Trochę głodni. A może ryba, o której rozmawialiśmy wcześniej tak świdruje umysły. Zjeść rybę. Świeżą, morską, pachnącą. Restauracje kuszą neonami, otwartymi drzwiami. Odrzucają drożyzną. Mimo zimnego lipca, mimo niewielkiej liczby wczasowiczów restauratorzy nie opuszczają cen. Nie wiem czy to oni, czy wynajęci przez nich ludzie kiwają się przy barach i stolikach w oczekiwaniu na klientów, którzy pewnie tej nocy już nie nadejdą. Czy to pazerność? Czy władze miejskie ustaliły wysokie czynsze? A może trzeba w sezonie wycisnąć z turystów ile się da, żeby przeżyć resztę roku? Tuż przed skrętem na nasze pole stoi biały namiot. Lodówka z piwem. Gazowa kuchnia z dwoma garami. Bób i grochówka. Zmarznięty, starszy pan zapala pod bobem, podaje piwo. "Butelki będzie można zwrócić jutro, oczywiście" - mówi. Jego nie będzie, szkło przyjmie żona. Dochodzi czwarta.

  Port. Przy nabrzeżu przycumowane kutry. Przed jednym plastykowe skrzynie tworzą jakby stoisko. Kręci się tam dwóch młodych ludzi. Sprzedają flądry. Bierzemy 4 kilo po 5 złotych. Chłopak waży i pyta czy oprawić. "Ale oprawienie kosztuje piwo" - uśmiecha się i już wie, że od nas "wyciągnął".

  Właścicieli firmy jest dwóch. Ci młodzi tylko u nich pracują. Jak długo? Mówi się o ograniczeniach połowów, o tym, że rybacy dostaną odszkodowania za złomowanie kutrów. Są tacy, którzy przestawiają się z połowów na bogatych turystów. Wypływają z nimi na morze rekreacyjnie, a miastowi łowią na wędki. Wiadomo przygoda. Wiadomo biznes. Jak się potoczy los tej jednostki?

  Znów plaża. Teraz z rybami, rusztem, piwem. Wieje silny wiatr. Stawiamy parawan. Zuza i Marysia okopują dół piaskiem. Trzeba osłonić ogień. Przyprawione flądry, owinięte w folię lądują na ruszcie. Papieros wypala się w ciągu dwóch minut, ale na rybę trzeba zaczekać. Artur pisze na piasku adres DW. Śmiejemy się, że lepiej napisać na mokrym. Tu zaraz zasypie. Tak szybko jak nikną litery w duszę wkrada się tęsknota. Już i tak nie jesteśmy wszyscy razem. A ta garść, która się wybrała nad morze, zaraz się rozpierzchnie do Wrocławia, Hamburga, pod Mławę...Pozostaną maile, telefony i żal, że nie można prowadzić dyskusji do rana, kłócić się, przekonywać, śmiać, tańczyć, popijać...



  To najlepsza ryba, jaką jadłam w życiu. Dopijamy piwo. Zimny wiatr wygania część ekipy z plaży. Czas ucieka. Trzeba odebrać dowody z recepcji, zapłacić. Dostajemy zniżkę. Kobieta wpisująca na białe kartoniki nazwiska dziwi się. Jedno powtarza się sześć razy. „To jakiś klan” – śmieje się i zaprasza, żebyśmy skorzystali z upustu w przyszłym roku. „W przyszłym roku jedziemy na Krym” – odpowiadamy. „Gdzie jest Krym mamusiu?”- pyta mała dziewczynka. „W Związku Radzieckim” – pada odpowiedź.

  Artur, Jasiek i dziewczyny muszą wyjeżdżać. Ustawiamy się wzdłuż drogi. Na melodię „1492” Vangelisa śpiewamy pa, pa, pa. Machamy. „Stare konie” żegnające się jak dzieci budzą zainteresowanie.

  Za kilka godzin, kiedy będziemy już w autobusie do Warszawy, machać nam będą Ania z Jaśminą, Zuza, Marysia i Asia z Jędrkiem. Nie lubię wyjazdów, pożegnań. Przez część podróży, zanim nie zasnę obmyślam plan. Ile nys pojedzie? Kto kogo weźmie? Ile dni upłynie zanim dotrzemy na Krym? Czy uda się zahaczyć o Odessę? Podobno na Ukrainie jedzą suszoną rybę. Ciekawe jak smakuje?

JESIEŃ 2004  str. 1


szkice  strona główna 

wędrowiec © dziennikarze wędrowni