archiwum

zima'03/04
str. 1   str. 2



reportaże  strona główna



Za całe życie

artur kumaszyński


  Gdy miałem siedemnaście lat, chciałem wiedzieć. Najlepiej wszystko, najlepiej od razu. Pewnego dnia wybrałem się więc do parku, gdzie każdego dnia można było spotkać starych ludzi. Poszedłem, aby pytać. Przecież oni, uginający się pod ciężarem lat, muszą wiedzieć - myślałem. Znalazłszy się pośród nich, zacząłem im się uważnie przyglądać, jak siedząc na ławkach marzyli, wspominali albo przysypiali w pierwszym cieple wiosennego słońca. W mojej głowie zaczęło coś świtać. Naszły mnie wątpliwości: ot tak, podejść i zapytać? O co zapytać?

  W końcu jednak przemogłem się. Podszedłem do ławki, na której siedziała szczupła, mocno zgarbiona, siwiuteńka kobieta: czy mogę się przysiąść? Zwróciła ku mnie otuloną w chustkę głowę i na krótką chwilę zawiesiła wzrok na moich oczach. Więcej nic.

  Zacząłem pytać o jej dzieciństwo, młode lata, o wojnę, o czas, o teraz...

  Milczała. I podczas gdy ona milczała, ja zdałem nagle sobie sprawę z tego, że... paplam. Nie rozumiałem skąd wzięła się ta myśl. Przeszedł mnie dreszcz. Zamilkłem - zawstydzony.

  Po długim czasie bez słów kobieta znowu odwróciła twarz w moją stronę - twarz mokrą od łez. Coś chyba musiało do mnie dotrzeć, skoro natychmiast zapragnąłem zapaść się pod ziemię.

  I oto dzisiaj znów siedzę obok obcej kobiety, dla której czas płynie szybko jak górski potok. Kobieta z parku, która uchyliła mi rąbka tajemnicy mądrości, co zrozumiałem dopiero znacznie później, była ode mnie starsza prawdopodobnie czterokrotnie. Musiała mieć zatem około siedemdziesięciu lat. Kobieta z którą teraz siedzę przy stole ma lat prawie osiemdziesiąt i jest ode mnie już tylko bez mała dwukrotnie starsza.

  Zdarzenia oddzielone są od siebie zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Ludzie mówią tutaj innym językiem, ale ich łzy... mają ten sam smak.



*




Z pamiętnika Eryki Ude

Fragment pierwszy - Granice


  Wszystko zaczęło się nagle, zupełnie nieoczekiwanie. Jest rok 1945, właśnie skończyła się okropna światowa wojna. Nasze małe miasteczko przetrwało ten czas bez żadnych prawie zniszczeń. Kilka ostatnich dni przed nadejściem frontu spędziliśmy w piwnicy. Odważyliśmy się wyjść z niej dopiero wtedy, gdy ustał łoskot przejeżdżających ulicami czołgów. Teraz, jak krety, ostrożnie wydostaliśmy się na powierzchnię ziemi: moja mama, mój ojciec, moja siostra i ja. Żyliśmy. Na zewnątrz byli już oni - nasi "wrogowie". Moje uczucia uległy jakiemuś zawirowaniu; na ulicy stali w cienu budzących się kasztanowców mężczyźni w oliwkowo-zielonych mundurach, było wśród nich wielu czarnych, siedzieli na czołgach, niektórzy smażyli na ich rozgrzanych żelaznych cielskach jakieś placki. Czarnoskórych ludzi widziałam dotąd jedynie na fotografiach. Sami byliśmy, latami wbijano nam to do głowy, "aryjczykami", rasą ludzi o śnieżnobiałym kolorze skóry. Z ciekawością wpatrywałam się w czarne twarze, przyjazne twarze, pomału zaczął opuszczać mnie strach, a gdy żołnierze zaczęli do mnie zagadywać po angielsku, a głosy ich były spokojne i przyjazne, przestałam bać się zupełnie.

  Tak się to wszystko zaczęło. Przynajmniej dla mnie, młodej dziewczyny z małego miasteczka w północnych Niemczech.

  Niedługo później nadszedł mój własny dzień X. Dzień, który ustalił bieg moich myśli - od tamtej chwili w roku 1945 aż do dzisiaj.

  W moim życiu pojawił się Stefan.

  Pewne drzwi, do których zapukano mocno i stanowczo, otworzyły się jak książka - jak furtka do serca. Nagle i nieoczekiwanie stanął w nich żołnierz polskiej armii okupacyjnej. A we mnie w tej samej chwili zamieszkała miłość - na zawsze.



foto, pryw.
  Ale cóż kiedy samo jego imię było   muzyką dla duszy.


  Od tamtej chwili minęły nie wiedzieć kiedy 54 lata. Mój czas, który chciałabym zatrzymać, albo choćby nadać mu lekkie kontury, czas, o którym chcę teraz napisać, o którym muszę teraz napisać... dla siebie... dla moich dzieci... dla ciebie...

  Było piękne letnie popołudnie. Siedziałam u Wilhelminy, mojej matczynej, bo znacznie ode mnie starszej, przyjaciółki, krawcowej. W tamtych trudnych czasach bywała ona często moim "kołem ratunkowym". Po wojnie brakowało dosłownie wszystkiego, a przecież jak każda inna młoda dziewczyna, również i ja chciałam jakoś wyglądać. Moja Wilhelmina posiadała wspaniały dar: z resztek materiałów, ze starej pościeli i obrusów potrafiła wyczarowywać najwspanialsze sukienki. Nazywałyśmy to wtedy "coś z niczego". I to właśnie u Wilhelminy, w jej małej pracowni, która była jednocześnie jej salonem, kuchnią i sypialnią, rozpoczyna się moja wielka i smutna niemiecko-polska historia o miłości. Ot tak, po prostu, od głośnego pukania do drzwi.

  Miłość od pierwszego wejrzenia? Tak, to zdarza się naprawdę. A przynajmniej mnie się przydarzyło.

  Stefan. Wysoki, szeroki, ze zmierzwionymi jasnymi włosami i wesoło roześmianą twarzą. Wypełniający sobą framugę drzwi pracowni Wilhelminy. Ten obraz widzę jeszcze teraz zupełnie wyraźnie, i zachowam go już na zawsze.

  Żołnierz. Polak. W mudnurze. A zatem - wróg? Dlaczego więc dla mnie stał się on najukochańszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam?

  Naturalnie miałam wcześniej także niemieckich przyjaciół, ale zanim przychylność albo oczarowanie zdołały przerodzić się w miłość, wszystko się kończyło. Ginęli za Wielkie Niemcy we Francji, w Rosji, zestrzeleni nad Atlantykiem, Conny, Helmut, Ingo ... również ich nigdy nie zapomnę, w jakimś kąciku mojego serca mają i oni swoje ciepłe miejsce.

  A teraz wkroczył nagle w moje życie jakiś Stefan. Ale cóż, gdy nawet samo jego imię, raczej niespotykane wtedy w naszych stronach, było muzyką dla mojej duszy.

  Szeroko uśmiechnięty stoi w otwartych drzwiach. Po kilku chwilach odzywa się do mnie swoim spokojnym i ciepłym głosem. Mówi po niemiecku, i jest to bardzo dobry niemiecki, chciałoby się rzec - zdobny w ten charakterystyczny polski akcent. Zresztą wtedy i tak zrozumielibyśmy się prawdopodobnie choćby i bez jednego nawet słowa.

  W pracowni Wilhelminy wywiązała się jednak rozmowa, długa rozmowa o wojnie i pokoju, o Bogu i o świecie. Nie wiem kiedy zorientowałam się, że zbliża się godzina policyjna, nie wiedziałam co robić, o dziewiątej wieczorem miałam być w domu. "Ależ Eryka, w mojej obecności nic pani przecież nie grozi". Kilka minut później maszerowałam z "wrogim żołnierzem" ulicami mojego miasteczka.



... ale zaraz chciał mi je znowu odebrać...


  Mieszkaliśmy wówczas w dwóch małych pomieszczeniach biurowych miejscowej Kasy Oszczędności, gdzie dotąd pracowałam. Nasz dom został zajęty przez polskich oficerów.

  Ze Stefanem spotykałam się coraz częściej - JAWNIE. Dla młodej kobiety wiązało się to wtedy z dużym ryzykiem. Wojna dopiero co się skończyła i "takie" dziewczyny były silnie napiętnowane, gardzono nimi i obrzucano najgorszymi epitetami, zdarzało się, że obcinano im włosy. Także ja otrzymałam kilka obelżywych listów z pogróżkami.

  Nic sobie z tego jednak nie robiłam. Nie brałam tego ludziom za złe, starałam się zrozumieć. Niemniej byłam jednak absolutnie zdecydowana: nie pozwolę odebrać sobie mojego szczęścia. I byłam szczęśliwa, bardzo szczęśliwa.

  Od jakiegoś czasu spotykałam się ze Stefanem codziennie. Pewnego dnia postanowiłam przedstawić go mamie, wykazała się wielką wyrozumiałością i tolerancją, choć przecież zaledwie kilka dni wcześniej to właśnie Stefan przyszedł do nas, aby zaaresztować jej męża, mojego ojca. Odtąd Stefan bardzo często bywał naszym gościem i za każdym razem był u nas serdecznie witany, również przez innych ludzi, z którymi dzieliliśmy w tamtych dniach wspólny dach. Po jakimś czasie zaczęto go nawet traktować jak swojego. Jego i jego psa, Norę.

  Był to wspaniały czas, przedsiębraliśmy wtedy tak wiele, wycieczki rowerowe... kiedyś odwiedziliśmy nawet moich krewnych w Harz. Wszyscy musieli poznać mojego Stefana. Byłam z niego taka dumna.

  Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na rozmowach, ale i tak nigdy nie udawało nam się dokończyć podjętych tematów. Dwa lata trwało już nasze szczęście i myśleliśmy, że pozostanie ono przy nas na zawsze. Żadnemu z nas nie przyszła ani na chwilę do głowy myśl, że mogłoby ono nas kiedykolwiek opuścić.

  Ale nadszedł czas, gdy zwycięskie wojska były coraz liczniej wycofywane. W nasze szczęście zaczął wdzierać się najpierw niepokój, a później, gdy Stefan dostał tak długo oczekiwny list od rodziców, nastąpił szok. Przynajmniej ja doznałam szoku, będącego rezultatem nieoczekiwanego zderzenia z bardziej niż chcieliśmy w to wierzyć skomplikowaną rzeczywistością. Było rzeczą jak najbardziej zrozumiałą, że Stefan chciał pojechać do Polski. Ale co dalej? Czy będzie mógł tutaj wrócić? I co ze mną? Do Polski nie mógł mnie wtedy ze sobą zabrać. Wtedy jeszcze nie. On, gdyby nawet został w Niemczech, nie miałby tutaj jako Polak prawie żadnych szans. Na wyjazd do Anglii albo USA zabrakło nam odwagi. Tylko z ogromną trudnością mogłam sobie wyobrazić, że miałabym, być może na zawsze, opuścić rodzinne strony.

  Pożegnanie utonęło w łzach; do dzisiaj palą mnie od nich policzki.

  Stefan wrócił do Polski. Zostałam sama. Rozchorwałam się. Jak banalnie by to teraz nie zabrzmiało: rozchorowałam się z tęsknoty. Byłam w środku zupełnie pusta.

  Nareszcie nadszedł list. Bardzo, bardzo długo oczekiwany, ale był przepiękny. I tak to się teraz toczyło: listy, listy, listy. Listy miłujące. Listy pytające. Co dalej? Kiedy znowu usłyszymy swoje głosy? Kiedy się wreszcie zobaczymy?

  Nie było żadnych szans. Dzieliła nas granica - zimna, nieludzka, polityczna granica. Ani Stefanowi, ani mnie nie wolno było jej przekroczyć. A więc nadal listy, listy, listy... Ale w końcu i te stawały się z biegiem czasu coraz rzadsze. Po pięciu latach poddaliśmy się.

  Stefan ożenił się z Polką, ja wyszłam za Niemca. Stefan stał się ojcem dwojga dzieci, dwóch synów. Także ja mam dwoje dzieci, syna i córkę. Dzieci, których pragnęłam i które bardzo kocham.

  Kontakt między Stefanem a mną nie został jednak nigdy zerwany do końca. Wciąż zajmował on w moim sercu i myślach wiele miejsca, sporadycznie pisaliśmy też do siebie, nieraz rzucałam w powietrze pytania w rodzaju: "No, Stefan, jak ci leci. Jak tam rodzina?" Kto wie, może przychylny wiatr przemycał moje słowa pomiędzy budkami granicznej straży i wplatał je w jego codzienne myśli.

  Leży przede mną mała książeczka z cytatami Goethego: "Bóg rozdaje orzechy, ale ich nie rozłupuje", przeobraziłam jej kartki na swój własny dzienniczek. Zawsze, gdy miałam kłopot albo byłam zwyczajnie smutna, zaczynałam z nim rozmawiać. Wpisywałam tam kojące różności... "I oto znowu drogi Stefanie jestem całkiem sama. 14.06.73", "Stefan, myślę o Tobie. 4.03.69", "Dlaczego nie zostałam przy tobie? Dlaczego? 6.01.70" "Czuję się taka samotna - każdego dnia, każdej nocy. 17.01.68", "Stefan, tak bardzo chciałabym Ciebie znowu zobaczyć. W sierpniu 1972". Od września roku 1999 na tej samej stronie widnieje następujący wpis: "Teraz się Twoje życzenie spełniło. Stefan."



Paradowali w gazikach po ulicach Bersenbrueck... cieszyli się zwycięstwem.


  I wpis jak dotąd ostatni: "Październik, 1999. To jest jak jakiś cud, jak sen, Stefan był u mnie. Dwanaście dni. Po pięćdziesięciu dwóch lat znowu zobaczyliśmy się, rozmawialiśmy, śmialiśmy się i... płakali. Chodziliśmy po mieście trzymając się za ręce, jak wtedy. Włosy są siwe, oczy potrzebują okularów, ale to jedyne, co mogłoby wskazywać na tak długą rozłąkę. Nie staliśmy się sobie w żaden sposób obcy. I również teraz nie byliśmy w stanie wyczerpać rozpoczętych tematów. Rozmawialiśmy o naszych dzieciach i wnukach. Był to wspaniały czas i jestem szczęśliwa, że moje pragnienie zdążyło się jeszcze spełnić. Dziękuję Ci, Ty, tam w górze. Przez krótki czas byłam znowu bardzo szczęśliwa... szczęśliwa jestem nadal.

  A jak będzie dalej? Cóż, będziemy znowu pisali listy - z Polski do Niemiec, z Niemiec do Polski. No i jest jeszcze przecież telefon: "Halo, Stefan? No, co tam u ciebie?"

  I co najważniejsze: nie ma już tej okropnej, hermetycznej granicy.



*




   Eryka spisała swoją historię w roku 1999. Dzisiaj, w październiku 2003, w dniu, kiedy widzę ją po raz pierwszy, siedzi wtulona w krzesło, wkulona w siebie. Drżącymi rękoma podaje mi zdjęcia: tak wyglądał, jak zobaczyłam go pierwszy raz... a to zdjęcie zrobiłam na balkonie naszego domu... niebo było takie czyste, upalny dzień... a tutaj... w cieniu drzew, przed posterunkiem, gdzie pracował... a tu w gaziku... polscy i angielscy żołnierze paradowali nimi po wszystkich ulicach... zwycięstwem się cieszyli... końcem tej straszliwej wojny... a na tej ławce, ta młoda panna po lewej, to ja... i moja siostra. Tutaj jestem też z lewej, z przyjaciółką... idziemy popływać... a to jest pierwsze zdjęcie, jakie Stefan mi podarował... i zaraz chciał znowu zabrać, dlatego takie pogniecione, walczyłam o nie... a teraz...

  Kobieta przestaje mówić, słowa grzęzną gdzieś w głębi ciała - w głębi duszy - zanim mogą zafalować w powietrzu. Z żalem i jakby nadzieją spogląda na stojący obok telefon. Oczy czerwone od łez - i podkrążone; kredowobiała twarz. Z drżących ust z trudem wydostają się słowa: "Dzisiaj rano zadzwoniła Paulina, akurat zaklejałam list do Stefana", zamglonym wzrokiem wskazuje na leżącą obok zdjęć kopertę. "Cieszyłam się, że wraca do zdrowia... przecież... tak było..."

  Cisza.

  "Paulina uczy się w szkole niemieckiego, ale dopiero niedługo... potrafiła mi tylko powiedzieć, że dziadek umarł, dzisiaj rano... pół do dziewiątej." Odwraca głowę, zbiera resztki sił. Sabina patrzy troskliwie na matkę. Nie może jej w tej chwili pomóc. Niepewnym ruchem podaje mi karteczkę z numerem telefonu. Może chce ukryć w tym w geście swoją bezradność, albo pragnie może skrócić czas matczynego bólu. Eryka patrzy na mnie przepraszającym wzrokiem, mówi: "Proszę mi wybaczyć, chciałam tylko, żeby pan... choć troszkę wiedział, zanim zacznie pan rozmawiać z Damianem." Damian to syn, jego syn. Kobieta mówi jeszcze kilka słów o tym, jak to Stefan przybył z I. Brygadą Spadochronową do Bersenbrueck jako żołnierz zwycięskiej armii... polskiej armii okupacyjnej. Mówi jak go poznała i natychmiast pokochała. Miłość od pierwszego wejrzenia? Tak, to zdarza się naprawdę.

  Wybieram numer. Rozmawiam... Damian mówi, że sam był bardzo zaskoczony śmiercią ojca. Tak, zmarł dzisiaj rano, po powtórnej operacji, nie zna jeszcze szczegółów, nie rozmawiał z lekarzem. To wszystko, co może teraz powiedzieć. Nie, nie ma nic przeciw temu, żeby za kilka dni znowu zadzwonić.

  Opowiadam matce i córce, czego się dowiedziałem. Ale jakże to niewiele. Za dwa dni zadzwonimy znowu.

  Eryka mówi o taksówkarzu, który przywiózł ją dzisiaj do córki: "On zobaczył... moją rozpacz... i współczuł mi... miał ciemny kolor skóry. Ludzie przecież dzisiaj nie widzą siebie nawzajem, jeśli nie dotyczy to bezpośrednio ich samych. To przykre. Ale ten taksówkarz... współczuł."

  Podnosimy się. Eryka dziękuje mi i jeszcze raz przeprasza, że obarczyła mnie swoim smutkiem. Przytulam ją do siebie - i przypominam sobie kobietę z wrocławskiego parku, i tamte łzy sprzed dwudziestu kilku lat. Znowu coś do mnie dociera, ale tym razem przyjmuję to z ulgą... i pewnym zadziwieniem.... i jakby poza czasem.

  Eryka sięga do torebki. Wyjmuje białą, zaklejoną i zaadresowaną już kopertę: "Ten list. Przecież już do Stefana nie dojdzie. Proszę go wziąć... może pan będzie wiedział, co z nim zrobić."



*




   Któregoś z kolejnych dni Eryka zaprosiła nas, Tereskę i mnie, do siebie. Dom w Bersenbrueck sprzedała już kilka lat temu. Wykupiła dla siebie małe mieszkanie w budynku przeznaczonym dla seniorów. Automatycznie otwierane szerokie drzwi, żeby można było łatwo przejechać wózkiem; czyściutkie korytarze. W mieszkaniu jest ciepło i przytulnie. Ponad stołem, na którym ustawione są zdjęcia Stefana, Sabiny, Michaela i wnuczków, unosi się woń parującej herbaty, my zaś ulatujemy w przeszłość na słowach przemieniających się stopniowo w dni i lata.

  W czas demontażu faszystowskiej maszynerii, która zmiażdżyła życie milionów niewinnych ludzi w wielu krajach świata, w czas tragicznego przebudzenia narodu, który uległ propagandzie polityczno-gospodarczych demagogów i pozwolił wmanewrować się w największą i najbrutalniejszą wojnę dwudziestego stulecia.

  W tle:

  ... miasteczko, które w roku 1939 liczyło zaledwie 1453 mieszkańców. Ilu z nich popierało, ba, uwielbiało wtedy Hitlera i jego doradców? Nie da się tego już dzisiaj powiedzieć, ale było ich wielu. W całych Niemczech było ich nawet bardzo wielu, była ich znakomita większość. Biedni, zwyczajni ludzie, którym politycy tak bardzo potrafili namieszać w głowach, że w końcu ich cele uznali za swoje własne. Wojenny przemysł pobudził gospodarkę, gwarantował pracę. Ludziom zaczęło dziać się lepiej. Cóż, że coraz częściej mówiło się o wojnie, wszak to nie oni będą jej ofiarami. Niemiecka armia jest silna i nowoczesna. Papież Pius XI zawarł z nimi konkordat. Na klamrach pasów żołnierzy wehrmachtu pojawiło się zbawcze: Gott mit uns ...

  ... dla spryciarzy nadchodziły złote czasy. Kokosy zaczęły zbijać m. in. takie firmy jak Krupp, Thyssen, Flick, Deutsche i Dresdner Bank, Messerschmitt, Degussa - ta ostatnia nie zarabia już dzisiaj na produkcji cyklonu B, lecz powiększa swój kapitał przy budowie berlińskiego pomnika pomordowanych w II wojnie światowej Żydów Europy.

  ... ale byli przecież i inni Niemcy, którzy od początku przeczuwali ogrom nadchodzącej katastrofy i starali się jej za wszelką cenę zapobiec... zamęczony na śmierć przez faszystów w obozie w Oranienburgu pisarz Erich Muehsam, pomordowani aktywiści z kręgu monachijskiej "białej róży" (Weisse Rose): rodzeństwo Scholl, Kurt Huber, Alexander Schmorell, Christoph Probst, Willy Graf. I wielu, wielu innych, którzy z narażeniem życia występowali przeciwko zaborczej i morderczej polityce Hitlera i jego sponsorów. Większość Niemców, którzy pozostali w kraju i aktywnie występowali przeciwko nazistom, nie przeżyło tamtej wojny, trafili do obozów, zostali śmiertelnie pobici, rozstrzelani, zamęczeni. Jakże nie wspomnieć w tym miejscu laureata pokojowej Nagrody Nobla, Carla von Ossietzky'ego, który zmarł niedługo po tym, jak w 1938 roku pod naciskiem światowej opinii publicznej zwolniony został z obozu w Esterwegen. Naród sprawców? Czy podobne uogólnienia mogą mieć rację bytu? ...

  ... teraz cały ten naród zostaje siłą wyrwany z imperialnego snu o tysiącletniej rzeszy. Naród, który za swą naiwność, niewiedzę i arogancję ukarany został wewnętrznym reżimem partyjnych funkcjonariuszy, "bohaterską" frontową śmiercią zwerbowanych synów, braci i ojców, brytyjskimi bombami spadającymi nań w Hamburgu, Kolonii, Essen, Duesseldorfie - a w lutym roku czterdziestego piątego w Dreźnie - i wreszcie historyczną pamięcią pokoleń ...

  ... także i tę wojnę przegrał łatwowierny lud. Ba, pojedynczy ludzie... ojcowie, matki, słabi... uczciwi... i ci najbardziej niewinni - dzieci, a nawet ci, co dopiero mieli się narodzić. No i kilka ofiarnych kozłów... czasem ściąganych nawet z najwyższych wyżyn ...

  Herbata na stole stygnie, rozgrzewa się krew.

  Linearyzm czasu znowu okazuje się być zwykłą iluzją, patrzymy na wydarzenia jak na gwiazdy na niebie, każda z nich ukazuje nam swój własny czas ... a jednak widzimy je wszystkie razem:

  ... przemykamy wraz z młodziutkimi niemieckimi dezerterami przez nocne lasy; żeby tylko dotrzeć do swojej wioski, żeby nie dać się schwytać ani zwycięskim wojskom, ani "łańcuchowym psom" (tak uciekinierzy nazywają niemiecką żandarmerię wojskową) ...

  ... nagle zupełnie nieoczekiwanie widzę przed sobą czternasto- piętnastoletnie dzieci, rzucane na ofiarny stos boga wojny w obronie ostatniej niemieckiej "twierdzy", Breslau ...

  I dalej już nie wiem, które wydarzenia otworzyła przede mną Eryka, które inni świadkowie, które z nich dotarły do mnie z kart książek, pamiętników, innych dokumentów ...

  ... jest kwiecień 1945. Goebbels przekonuje naród niemiecki, że nigdy jeszcze wódz nie był tak bardzo pewien ostatecznego zwycięstwa jak teraz ...

  ... jesteśmy przy Stefanie, młodym kapralu polskiej brygady spadochronowej walczącej na froncie zachodnim o niepodległość Polski. Jeszcze nie wie, że wywalczył podległą PRL ...

  ... wraz ze Stefanem i jego niezależną brygadą opuszczamy Anglię i przez Holandię docieramy do Bersenbrueck ...

  ... Eryka z siostrą na balkonie ...

  ... i na balkonie Stefan patrzący w bezchmurne (niemieckie? polskie? amerykańskie?) niebo ...

  ... 19 marca, 1947, Aschendorf, godzina dwudziesta: grupa polskich żołnierzy, na ich czele kapral Żurek, rzuca się z pięściami na miejscowych cywili i na interweniujących policjantów ...

  ... kilka godzin wcześniej: młodzi Niemcy dopadają polskiego żołnierza, biją ile wlezie ...

  ... trzy dni wcześniej, wieczór: polscy żołnierze demonstracyjnie i wyzywająco spacerują ze swymi niemieckimi partnerkami po ulicach Aschendorfu ...

  ... kilka godzin wcześniej: ludzie z kręgów miejscowego kościoła (tak sądzi szef lokalnej policji) wywieszają plakat z nazwiskami trzydziestu sześciu Niemek, utrzymujących intymny związek z polskimi żołnierzami ...

  ... polska policja wojskowa ścigająca polskich szabrowników, odbijających sobie w ten sposób lata niewoli i przymusowej pracy ...

  ... niemieccy oficerowie, biznesmeni i wysocy partyjni funkcjonariusze starający się w obliczu nieuchronnej klęski III Rzeszy wyprać na czas sponiewierane albo odzyskać odebrane im, albo po prostu przehandlowane człowieczeństwo - często tylko na pokaz, aby uniknąć kary. Kary zasłużonej? ...



  W piwnicy tego domu znajdował się
  tymczasowy areszt dla internowanych.


  ... tylko nieliczni z tych, którzy pociągali za sznurki, stoją teraz przed sądem wojennym w Norymberdze, żaden z nich nie wykazuje się poczuciem winy, we własnych oczach także oni są ofiarami... systemu. Pytają: Czy można zostać ukaranym za posłuszeństwo wobec państwa? Za solidne spełnianie obowiązku? ...

  ... jest rok 1997, pierwsza w Niemczech wystawa obszernie dokumentująca zbrodnie wehrmachtu, rozproszony zostaje kolejny mit; ta wystawa jest następnym ciosem, ale i przestrogą dla utrzymywanego przez całe dziesięciolecia w niewiedzy (było, minęło - po co komu ta zgryzota) narodu - i dla narodów innych ...

  ... ale oto spotykamy tych, co żałują, bo zrozumieli popełniony błąd, kardynalny błąd, śmiertelny błąd swojego życia. Z pokorą przyznają się do winy - chociaż to właśnie ich rola była najczęściej bardzo podrzędna ...

  ... znowu Eryka, chuda i wyrośnięta ponad wiek dziewczynka, czarne włosy i jej nazwisko skłaniają zindoktrynowane w porę dzieciaki z ulicy do wołania za nią: ude-jude, ude-jude ...

  ... przełom lipca i sierpnia 1943, z trzech tysięcy brytyjskich samolotów pod dowództwem marszałka Harrisa spadają na Hamburg bomby o łącznej wadze dziesięciu tysięcy ton, życie traci 50 tys. ludzi, prawie milion rozpaczliwie szuka drogi ratunku ...

  ... naloty trwają, dworzec kolejowy w Luneburgu, akurat wjechał szpitalny pociąg niemieckiej marynarki wojennej, przywiózł rannych. Sanitariusze kładą na peronie nagie ciało zmarłej kobiety. Zawiadowca stacji, Dietrich Ellmers, mówi do marynarzy: przykryjcie ją chociaż jakimś kocem. "Nie da rady, nasze koce są wyliczone co do sztuki. Niechby zabrakło choćby jednego ...

  ... z pociągu wysiada kobieta z wiklinowym koszykiem. W koszyku śpi jej martwe dziecko. Ellmers chce pokazać jej drogę do Czerwonego Krzyża. Ze zdeformowanych bólem ust kobiety wyrywają się jękliwe słowa protestu: Nie, tylko nie to! Nie dam odebrać sobie dziecka. Jest moje. Mogę z nim robić, co chcę ...

  ... idziemy ze Stefanem, aby zaaresztować ojca Eryki. W tym czasie nie są sobie jeszcze oficjalnie przedstawieni i pan Ude nie wie, że to przyjaciel jego córki odprowadza go do tymczasowego aresztu, skąd później zostanie przewieziony do obozu internowanych w Fallingbostel. On też był jednym z ogniw systemu, wprawdzie tylko cywilnym, ale był. Dlaczego? Eryka nie zna odpowiedzi: "Może dał się omamić? Może uwierzył? A może się bał? Z troski o rodzinę? Nie wiem", młodziutka Eryka uśmiecha się do nas smutnie. Ojciec jest inżynierem, w czasie wojny był kierownikiem urzędu d/s modernizacji rolnictwa. Pracował w Poznaniu i Obornikach, skąd Polacy pomogli mu uciec, gdy miasteczko zostało otoczone przez rosyjskie wojska. Dzięki temu uniknął niewoli - rosyjskiej niewoli ...

  ... Eryka na poddaszu, mokra od łez i idący w kierunku dworca kolejowego, wracający do kraju Stefan ...

  ... do młodego dezertera nazwiskiem Hampeter podchodzi sąsiad Eryki, niejaki pan Dress, pyta go, czy nie wstydzi się w taki sposób wracać do domu; jego "syn wciąż jeszcze nadstawia karku za honor ojczyzny." Eryka zaprzecza: nie, nie, pan Dress nie jest nazistą... te jego strachliwe powiedzonka... zawsze skierowane przeciw Hitlerowi. Pytam: A może w ten sposób prowokował? Eryka znowu zaprzecza, nie, on nie jest nazistą... on nie... jeśli o to chodzi, to pamiętam innych... naprawdę zagorzałych. Nazwiska? Cóż, prawie wszyscy ci ludzie już nie żyją... a nazwiska pozostały ...

  ... pomagamy rodzinie Ude ustawiać w piwnicy pionowe belki, wzmacniamy strop. Przygotowujemy się na nadejście frontu ...

  ... rok 1979, niemiecka telewizja pokazuje oparty na faktach film fabularny: Holocaust. Dopiero teraz większość zwykłych obywateli zdaje sobie sprawę z dokonanej przez faszystów (okropnych postaci z innej bajki?) zbrodni ludobójstwa ...

  ... towarzyszymy Eryce i Stefanowi w podróży przez powojenne Niemcy, w podróży do Harz, do Eryki krewnych. Przesiadka na dworcu w Hannoverze. Na zatłoczonym peronie podchodzi do nich kobieta z dzieckiem. Polski orzeł na brytyjskim mundurze Stefana zdaje się wzbudzać zaufanie. Kobieta zwraca się do Eryki z prośbą o zaopiekowanie się w podróży jej córeczką: Zostanie odebrana przez ciotkę... na stacji Kreiensen. Z przyjemnością patrzę na nich, jak uśmiechając się do siebie biorą dziewczynkę za ręce i pomagają jej wsiąść do pociągu ...

  Jesteśmy jeszcze w wielu innych miejscach, okolicznościach, spotykamy wielu ludzi, wysłuchujemy ich opowieści, usprawiedliwień, wyjaśnień... ale teraz Eryka nagle milknie, a jej milczenie ściąga nas powoli w teraźniejsze teraz... w czas wystygłej herbaty.

  Jej oczy znowu wilgotne - czy to się nigdy nie skończy? Kobieta patrzy na nas przez dłuższą chwilę zmęczonym wzrokiem i postanawia otworzyć się do końca, sięga po zapisane równym, czystym pismem zeszyty.

  Zaczyna czytać... ściska powieki... czyta kolejne dwa zdania... słowa znowu zalegają... serce... rosną... nie mogą przecisnąć się przez gardło... znowu ulegają transformacji... również i tym razem przemieniają się w łzy... Czyta... przerywa... opuszcza głowę. Nie daje rady. Przeprasza.

  Kilka dni później odwiedziliśmy Erykę znowu. Również tym razem czytanie przychodzi jej ciężko. Wielokrotnie przerywa, ociera łzy ...



*




Z pamiętnika Eryki Ude

Fragment drugi - Telefon do nieba


  Piętnasty października. Straszny dzień. Jest godzina dziesiąta. Pogrzeb Stefana. W jego małym miasteczku na pewno biją dzwony, jakbym je słyszała. Widzę trumnę, świece, kwiaty, Damiana i jego rodzinę. I wielu innych ludzi. Miała być orkiestra, żołnierze; jakbym ich widziała. Jest ksiądz i ministraci. Może nawet niebo jest tak samo czyste jak u nas, i nad trumną Stefana jasno świeci słońce.

  A ja siedzę przy biurku, przy którym i on już siedział, i w cichej samotności próbuję się z nim rozstać, pożegnać go.

  Od czasu do czasu spoglądam w stronę okna, widzę małe, białe chmurki i zastanawiam się czy także on je teraz widzi, czy coś czuje. A może tam NIC już nie ma? Nie potrafię sobie wyobrazić, że Stefan umarł naprawdę, że leży tam w trumnie, może właśnie w tej chwili opuszczanej na linach w ziemię. Najchętniej krzyknęłabym: Nie! Nie róbcie tego! On przecież żyje!

  Ludzie modlą się, śpiewają. Ja nie mogę się modlić, także we mnie wszystko jest umarłe i puste, oczy bolą od płaczu.

  Białe chmurki odpłynęły, niebo jest promieniście niebieskie. Moj wzrok dosięga jego twarzy, tak często za życia zdobnej w lekki uśmiech, teraz wyciszonej, spokojnej. Jego ręce, dotąd ciepłe i pracowite, leżą teraz złożone razem na piersi. Nigdy nie usłyszę już jego głosu, nie dostanę listu z Polski, nigdy...

  Nagle zmienił się cały świat.

  A może jestem nazbyt egoistyczna? Mam przecież dzieci, które mnie pocieszają, na które zawsze mogę liczyć. I wnuczki, które sprawiają mi sobą tak wiele radości. Dlaczego nie potrafię się teraz nimi cieszyć?

  I dlaczego ten ból jest taki wielki? Żegnałam już przecież tylu ludzi.

  Jest już jedenasta. Jak długo trwa polski pogrzeb? Czy trumna jest już całkiem przysypana ziemią? teraz niewidoczną, bo pokrytą wieńcami, kwiatami. Na pewno popłynęło wiele łez. Aleksandra i Paulina musiały za dziadkiem bardzo płakać. Często o nich opowiadał.

  Czy Stefan bardzo cierpiał przed śmiercią, czy czuł, że umiera? Czy choćby przez chwilę o mnie pomyślał? Nigdy się tego nie dowiem. A może... może powie mi to, gdy i ja znajdę się tam... w górze, gdzie niebo jest takie błękitne, słońce takie jasne. Do widzenia, drogi Stefanie. Proszę, odpowiedz... jak zawsze: pa, pa.

  Właściwie i ja mogłabym już odejść. Tak, któregoś dnia moje dzieci i ich dzieci - Lukas, Jonas, Johanna, Stefan i Franziska będą tak samo smutne, jak ja teraz. A słońce będzie sobie nadal świecić, jakby nic nie stało się.

  Piękne niebo, drzewa pokryte najpiękniejszymi kolorami jesieni.

  Kolorami, których teraz już nie widać, bo słońce kuli się za horyzontem, zrobiło się zimno. Jest już szósta wieczorem. Minęło osiem godzin. Stefan jest już osiem godzin na cmentarzu. Może Damian raz jeszcze przyszedł z rodziną na grób? Od dzisiaj na wspólny grób: matki i ojca. Już od ośmiu godzin są znowu razem, a ja od ośmiu godzin siedzę przy biurku, i nigdy jeszcze nie czułam się tak samotna jak teraz. Zewnątrz wdarło się do wewnątrz i otuliło mnie niesamowitym chłodem.

  Po raz nie wiedzieć który spoglądam na jego fotografię, na wiele fotografii. Wciąż nie mogę uwierzyć, że leży tam, pod ziemią. Przecież uśmiecha się do mnie - jak zawsze przez ostatnich kilkadziesiąt lat. Zawsze odwzajemniałam ten uśmiech. Teraz nie umiem. Czuję się tak, jakby przydepnięto moje serce i odebrano mi powietrze. Chciałam jeszcze tak wiele powiedzieć, o tak wiele zapytać.

  Próbuję myśleć o czymś innym, staram się rozbudzić zamiar wyjścia na spacer... wszystko na nic.

  Pół do ósmej. Na zewnątrz jest już zupełnie ciemno i bardzo zimno. Obok fotografii Stefana postawiłam bukiet kwiatów... ten jego uśmiech. Jak to jest, gdy się już umrze?

  Chcę, żeby wiedział, że o nim myślę, żeby wiedział, że wraz z nim na cmentarzu małego miasteczka w północnej Polsce pogrzebane zostały wszystkie moje sny i pragnienia. Niechby szepnął do nich czasem jakieś miłe słówko.

  Rozmazane cyfry na blacie telefonu... Halo, Stefan, widzisz... udało mi się zdobyć numer do nieba... co u ciebie... jak leci? Kiedy byłeś u mnie ostatnio, zostawiłeś swój dezodorant, tylko się nie śmiej, nieraz nasycam nim powietrze w mieszkaniu..., słyszysz? To nic, że nie możesz odpowiedzieć... wiem, że się uśmiechasz, że mrużysz oczy, że jesteś blisko...

  Czyżbym zwariowała? Czy to możliwe? Czy pragnienia mogą być silniejsze i bardziej rzeczywiste od rzeczywistości? Napawa mnie to strachem, jest niezwyczajne... nieznane... obce.

  Zamknęłam okno - abyś nie uleciał? Abyś nie wleciał? Nie wiem.

  Zaczyna kręcić się w głowie, brakować powietrza... jak wtedy... gdy po rozmowie aż do późnej nocy położyliśmy się spać - ty na rozkładanym fotelu w małym pokoju, ja na sofie w gościnnym... a na drugi dzień nie mogłam sobie niczego przypomnieć... z rozmowy do której tęskniłam przez dziesiątki lat. To samo odurzenie - wtedy w szczęściu. Teraz w nieszczęściu.

  Mija czas, tydzień od pogrzebu, a ja jestem jak ślimak ciągnący za sobą swój dom. Mój dom zbudowany ze wspomnień - płonie.

  Dzisiaj była Sabina, i Betty, czarno biały kundel, już od czternastu lat są razem. Pies siada przy moich nogach, kładzie głowę na kolanach, zanurzam dłonie w jego kudłach. Także Betty jest moim lekarstwem. Ale przede wszystkim moja córka, Sabina, bardzo mi pomaga, słucha uważnie... i rozumie. Wie wszystko o Stefanie i o mnie. Bardzo się cieszę, że mogła go poznać. Polubili się. Stefan powiedział wtedy: dotąd miałem dwóch synów, teraz mam też jeszcze córkę.

  Nie wiem jak wygląda cmentarz, na którym spoczywa Stefan, nie wiem jak wygląda jego grób, ale w mojej głowie istnieje pewne wyobrażenie - moje wspomienia muszą przecież odnaleźć swój port.

  Minęły dwa tygodnie od kiedy Stefan umarł. W niedzielę rano, o ósmej trzydzieści. Odszedł bez pożegnania. I ostatecznie.

  Wtedy, w czterdziestym siódmym, patrzyłam z okna na poddaszu jak powolnym krokiem odchodził w stronę stacji kolejowej. Nie wiedział, że za nim patrzę, nie obejrzał się. Później, dużo później wyznał, że płakał.

  Teraz leży w grobie obok swojej żony... obok kobiety, która podarowała mu swój czas i która urodziła mu dwóch synów - mówił o nich zawsze z ojcowską dumą.

  Ale przecież i ja podarowałam mu całe swoje życie - dwa lata... i dwanaście dni.



*




ważniejsze źródła pisane:

1. Jan Rydel
- Polska okupacja w północno-zach. Niemczech 1945-1948
Księgarnia Akademicka Sp.z o.o. rok wyd. 2000 (m. in. konflikt w Aschendorfie)

2. Aus jenen Tagen, Band 2., Kriegs und Nachkriegszeit in Bersenbruck
Wyd. Volkshochschule Osnabrucker Land (m. in. spotkanie dezertera Hampetera z sąsiadem Eryki Ude, Dressem.)

3. Helmut C. Pless
- Luneburg 45, Nordost-Niedersachsen zwischen Krieg und Frieden
Wyd. Verlag der Landeszeitung, 1979 (m. in. wspomnienia zawiadowcy stacji Ellmersa, bombardowanie Hamburga)

ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


reportaże  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni