archiwum

zima'03/04
str. 1   str. 2



fabuła  strona główna



Nowe piramidy

jan sebastian rabie


rys. zuzanna morawiecka
rycina, zuzanna morawiecka

  Długi pociąg z wagonami bydlęcymi wymiotuje zmęczonym orszakiem mężczyzn i kobiet z tobołami na plecach i małymi dziećmi w ramionach. Trzy tysiące par stóp sunie po żwirowych alejkach do ogromnego budynku z czerwonej cegły. Jego komin bryzga płomieniami w słońce.

  Na dziedzińcu wewnętrznym znajduje się trawnik: cztery cementowe rury ze szczelnymi pokrywami są ledwie widoczne wśród świeżej, żywozielonej trawy. Mało tu esesmanów. A przed nimi drzwi, na których napisano po niemiecku i w licznych innych językach: PRYSZNICE I DEZYNFEKCJA.

  Oświecony i niemalże radosny, długi orszak schodzi dziesięć, dwanaście cementowych stopni w dół, do podziemnego pomieszczenia.

  Jest długie na 200 kroków, pod pobielonymi, jasno oświetlonymi ścianami ławki i ponumerowane wieszaki. Wielojęzyczne informacje oznajmiają, że każdy winien starannie  powiesić  swoje ubrania, aby uniknąć zamieszania po powrocie z łaźni. Gdy tylko ostatni, kulawi maruderzy są w środku, z głośnika pada rozkaz: "Wszyscy muszą być gotowi w ciągu dziesięciu minut." Starcy i staruszki, małżeństwa i młode dziewczęta spoglądaja na siebie z przerażonym zawstydzeniem. Kolejny rozkaz: kolejne kłamstwo, by wszystko przebiegało planowo. Do środka wchodzą SK w cywilnych ubraniach - mężczyźni z twarzami tak samo posępnymi historią; podczas gdy ze sztywną rezygnacją pomagają się rozebrać najsłabszym ze swojej rasy, rysy ich twarzy stają się jeszcze ostrzejsze i kamienne, jak trawione głodem lub przemilczaną nieludzką przemianą. W ciagu dziesięciu minut wszyscy są nadzy, mężczyźni, kobiety i dzieci. Na wieszakach wiszą ich ubrania i buty powiązane sznurowadłami pod każdym numerkiem, gotowe potem bez zamieszania służyć dalej.

  Strażnik ze srebrną trupią czaszką na czarnej czapce otwiera kratę w białej ścianie pokoju. Nagi tłum przesypuje się jak w klepsydrze.

  Druga, równie ogromna i jasna sala znajduje się dokładnie pod zielonym trawnikiem na pełnym słońca dziedzińcu. Nie ma tu żadnych ławek ani wieszaków, jedynie pośrodku cztery filary: prostopadłościenne rury z blachy, perforowane jak najsprawniejsze paszcze karabinów maszynowych.

  Gdy wszyscy są już w środku i rozglądają się za prysznicami, pada ochrypły rozkaz. Drzwi się zasuwają. Światło zostaje wyłączone z zewnątrz. Z ciemnością przychodzi strach.

  W tym samym momencie na dziedzińcu staje karetka Czerwonego Krzyża. Wysiada oficer SS, za nim pełnomocnik służb sanitarnych z czterema zielonymi puszkami w rękach. Zakłada maskę gazową, unosi pokrywę cementowej rury pośrodku trawnika i wsypuje do środka puszkę drobnoziarnistego proszku. Natychmiast zamyka pokrywę, ponieważ proszek w kontakcie z powietrzem zamienia się w śmiertelnie trujący gaz. Czterokrotnie sypie śmierć. Potem czeka z oficerem SS. Pięć minut. Jeszcze pięć, dla pewności.

  Zapalają papierosy i wsiadają znowu do karetki Czerwonego Krzyża.

  Wszystko przebiega planowo.

  Nie słychać odgłosów konania tuż pod trawnikiem. Żadne ludzkie oko nie jest świadkiem trzech tysięcy równoczesnych morderstw.

  Po dwudziestu minutach słychać cichy szum: elektryczne wiatraki wywiewają gaz z sali kaźni.

  Światła zostają włączone z zewnątrz i wszystkie drzwi rozwierają się na oścież. SK, niewolnicy w cywilnych ubraniach i wielkich kaloszach, wkraczają do środka z gumowymi wężami w rękach. Maski gazowe zasłaniają ludzkie cierpienie na ich twarzach, gdy wśród ciał rozpoznają kogoś z rodziny lub przyjaciół.

  W oślepiającym białym świetle czeka odrażający spektakl.

  Piramida ciał zestertowana pod sufit.

  Nikomu nie było dane umrzeć w chwalebnej samotności. Tu panował tylko szalony strach, zwierzęca potrzeba dostania się ponad nisko unoszącą się warstwę gazu, by żyć dwie, trzy minuty dłużej wspinając się w górę i zmiatając słabszych, już umierających. W doskonałej piramidzie leżą trzy tysiące ciał piętrzących się pod sufit. Dzieci, kobiety i niemowlęta poniżej, a na samym szczycie mężczyźni, najsilniejsi. Ciała są jeszcze konwulsyjnie poskręcane i ciasno ze sobą posplatane, niebieskie, nabrzmiałe twarze ciągle jeszcze krwawią z nosów i ust. I to: każde ciało jest skalane, mimowolne śmiertelne odchody wyciekają śluzem wraz z krwią.

  SK unoszą swoje gumowe węże i silnymi, czystymi strumieniami wody do czysta zmywają z ciał wszelkie osobiste dążenia. Żadnego rozdzierającego serce respektu dla nich. Żadnego zapomnienia dla nich. Tylko współwina jako cena za własne życie. Ten feniks zrzuca na nich skałę, codziennie. Codziennie dźwigają zdradę całego wszechświata do wind unoszących pięciokroć trzy tysiące anonimowych ciał do spalenia. W czerwonym blasku piętnastu ryczących pieców każdy złoty ząb zostaje wyrwany z każdej martwej szczęki, zanim ciało wyląduje w płomieniach.

  Nic się nie marnuje. Na dziedzińcu inni niewolnicy pakują ciężarówki ubrań i porządnie pozwiązywanych par butów. Esesmani spacerują po żwirowych alejkach wokół ładnego trawnika z papierosami w czystych rękach. Co dzieje się dzisiaj, działo się wczoraj i stanie się jutro. Wszyscy tylko wykonują rozkazy. Rozkazy przychodzą z góry. Rozkazy przychodzą od kogoś innego, zawsze wyżej. Rozkazy są piramidą, niewidzialną, doskonałą jak maszyna do wymazywania odpowiedzialności, doskonała w pogardzie dla człowieka.

  Komin bryzga gęstymi, duszącymi chmurami. Ciężarówki codziennie wywożą popiół dwie mile dalej do Wisły.

  Za rok, za dwa lata, za liczbę produkcyjną powyżej sześciu zer zabitych, krematorium, hańba i drut kolczasty, ta hańba i okrucieństwo mordu pod trawnikiem zostaną starte z powierzchni ziemi.

  Kiedyś, pięć tysięcy lat temu, ludzie także budowali piramidy. Piramidy, aby życie czcić nawet w śmierci. Kamień, który trwa.



*




opowiadanie z tomu "Dwadzieścia jeden"

tłumaczenie z języka afrikaans: zuzanna morawiecka

© rabie, jan: "Versamelverhale", Human & Rousseau, Kaapstad - Pretoria - Johannesburg, 1980, pp.42-44

ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


fabuła  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni