archiwum

zima'03/04
str. 1   str. 2



reportaże  strona główna



Reporter zostaje żołnierzem

egon erwin kisch


  Dziennikarstwo, tak się mówi, kiedy się je porzuci, może prowadzić do wszystkiego. Ja porzuciłem dziennikarstwo w 1914 roku, aby zostać żołnierzem, i do czego mnie to doprowadziło?

  Na początku światowej wojny, zaraz z pierwszymi oddziałami, poszedłem jako kapral armii austro-węgierskiej do tyraliery. Utrudniano mi to bardziej niż tym, co się na front nie pchali, a to dlatego, że dowodzące szczeble w kraju i na tyłach wolałyby zatrzymać mnie przy sobie jako historiografa (jak brzmi eufemizm dla szefa od reklamy).

  Mnie jednak paliło do wielkiej przygody; toteż leżałem, strzelałem i uciekałem przed wrogiem. A wrogiem było najpierw Królestwo Serbii.

  Obrałem nowy, choć tylko tymczasowy, zawód żołnierza. Po raz pierwszy widziałem od podszewki zdarzenia ważniejsze od tych wszystkich, o których donosiła prasa. To że nie te ważne, tylko błahe epizody trafiały do gazet, było dla mnie nawet pośród niepojętej zgrozy faktem godnym zastanowienia.

  Moja kompania przeprowadziła szturm na prowadzącą przez groblę drogę do Kolubary. Te sto pięćdziesiąt kroków musieliśmy opłacić więcej niż połową naszych ludzi, chłopaków, wśród których przebywałem dzień i noc, znałem ich każdą myśl i każde uczucie. Z niektórymi z nich zawarłem przyjaźń aż do śmierci. Dzisiaj ten termin minął.

  Zluzowała nas kompania landwery. Znowu leżymy, zredukowani, w naszej starej placówce, która teraz nie jest już przednią linią, tylko rezerwą regimentu. Wroga artyleria wciąż jeszcze bombarduje szerokie na sto pięćdziesiąt kroków pole kukurydzy, za które zapłaciliśmy jakże wielką cenę.

  Razem z żywnością dotarła do nas poczta, ja dostałem gazetę. Chcę ją właśnie otworzyć, gdy widzę niesionego na noszach podchorążego Franka, dostał w brzuch. Podchodzę do niego. "Pozdrów ode mnie Pragę." - "Ja nie dojdę już do Pragi", wystękuje.

  Zaglądam do gazety. "Komunikat Wojskowy - Scena Północnych Działań Wojennych" ... "Scena Południowych Działań Wojennych" ... Artykuł wiodący: "Przeciw ucieczce w wartości materialne".

  Prowadzę patrol do stacjonującej na lewo od nas sąsiedniej kompanii i pytam napotkanego tam st. szeregowca o stanowisko dowodzenia. Pokazuje mi ręką kierunek.

  W tej samej niemal chwili skiby ziemi wylatują w górę, jej grudki wlatują mi do ust, do oczu. Gdy mogę znowu widzieć, dostrzegam na ziemi tułów szeregowca, z szyji tryska wysoko krew. Granat przeleciał przez jego głowę i wbił się w ziemię, jakiś zabłąkany pocisk.

  Jestem znowu w swojej ziemiance, wciąż jeszcze jestem cały roztrzęsiony, dopiero teraz widzę, że moje spodnie spryskane są krwią. Szybko gazeta, byleby zapomnieć, pomyśleć o czymś innym.

  "W spuściznie barona Wladimira Schlichtnera znalazła się przyozdobiona śmiałym obrazkiem Fragonarda tabakiera, która zgodnie z oczekiwaniami osiągnęła na wczorajszej aukcji..." - "Niedzielny mecz turniejowy pomiędzy Braćmi Sportu a Niemieckim Klubem Piłkarskim, które to drużyny osiągnęły w ostatnim spotkaniu remis, oczekiwany jest z tym większym napięciem, że ..."

  Sanitariusze niosą leżącego w polowym kocu rannego, kładą go przed naszym schronem, aby odetchnąć. Patrzę w jego twarz: jest blada. Dotykam jego dłoni: jest zimna. Zabiera się jego kapsułkę identyfikacyjną, opróżnia kieszenie i niesie za śliwkowe drzewo, gdzie leżą zabici.

  W felietonie: "Wokół grzbietów dachów światło księżyca rozciągnęło srebrno-niebieskie migotanie i przemieniło pejzaż w fata morganę, podobną tej, która mami tęskniącego w jego gorących snach czuwania."

  Goniec z 12. kompanii domaga się sanitariuszy i żołnierzy do przeniesienia piętnastu zabitych i osiemdziesięciu pięciu rannych; tyraliera jest zbyt mocno osłabiona, aby można było odciągnąć stamtąd ludzi.

  "Szóste ciągnienie 2. Austriackiej Loterii Klasowej. Po 200 koron wygrały następujące losy..."

  Żołnierz krwawiący z ust prosi o wodę. Na szczęście jest jeszcze w manierce trochę kawy. Pije, lekko się chwiejąc, ścieramy z szyjki manierki jego krew.

  "Cukier z Javy, twardy, 23,6 zapłacono; Srebro: 24,62; Rotterdam (oleje i tłuszcze) obrót 6500." - Z sali sądowej: "Dwudziestoczteroletnia Martha Planer z Komotau zdaje się być wzorem grzecznej córki..."

  Zapach ciał staje się nieznośny; Bóg wie, kiedy przyjdą saperzy, aby je pogrzebać.

  "Wiadomością, która z pewnością niezwykle ucieszy gromadę miłośników Pauliny Ulrich, chlubnie znanej także u nas aktorki Drezdeńskiego Teatru Dramatycznego, jest przyznanie jej ..." - "Jutro po raz 75, doprawdy rzadki to jubileusz, odbędzie się przedstawienie operetki Dziewczyna Muzykanta ..." - "W pannie Helenie Winterfeld, dotąd Breslau, znaleźliśmy jak się zdaje nareszcie altystkę, która wypełni smutną lukę ..."

  Ssss-wum - granat wybucha przy placu manewrowym, ssss-wum - drugi już bliżej nas, ssss-wum - trzeci likwiduje naszą latrynę. Czekamy na czwarty.

  "Kreuzherrenplatz. Dama o blond włosach, ubrana w szary kostium, jest pilnie proszona przez pana, który za nią szedł i który zwrócił na siebie jej uwagę, ..."

  Tam, po lewej, ktoś wyczołgiwuje się spośród kolb kukurydzy, ładuję karabin. Poznaję, że jest to trębacz z 3. batalionu. Jego mundur mokry jest od krwi. Wczesnym rankiem został trafiony kulą w plecy, stracił przytomność, obudził się około południa, przez wiele godzin czołgał się powoli do przodu, częściowo dlatego, że nie miał siły, by się podnieść, a częściowo dlatego, że koło uszu gwizdały mu kule. Ranę owiązał sobie onucą. Zaczyna łkać. "Byłem tak bardzo sam, tak bardzo..." Sanitariusze opatrują mu ranę, kładą na nosze. "Tak bardzo sam."

  Marzniemy, a jeden mówi: "Szkoda, że nie trafił mi się jakiś płaszcz." Wszyscy czujemy się przyłapani na tej samej myśli: gdybyż tak było więcej zabitych, żebyśmy mogli okryć się ich płaszczami.

  "Tragedia miłosna w Weinberskiej Szkole Handlowej" wypełnia rubrykę lokalną, sto linijek - spisane na miejscu zdarzenia, bardzo sentymentalne. Rozchodzi się o próbę popełnienia samobójstwa przez dwie uczennice, zakochane w tym samym nauczycielu. "Tragedia miłosna!" Jeśli to jest tragedia, to czym jest to, co my tutaj nieustannie przeżywamy?

  To, co my tutaj nieustannie przeżywamy, zwie się wojną.

  Także sprawozdania z wojny ukazują się w gazetach, doprawdy całkiem wiele. Ale wszystkie są nieprawdziwe, zdeformowane. Nurtuje mnie pytanie: czy i ja jako reporter dostarczałbym podobnych opowiastek?

  Pomiędzy mnie a mój stary zawód wsunął się jakiś dystans. Patrzę teraz inaczej. Moje oczy, dziennikarskie i żołnierskie zarazem, przekazują plastyczny obraz biegu rzeczy.

  Czymś podobnym do "gazety", jaką jako dziecko składałem i drukowałem tylko dla siebie, jest teraz mój dziennik. Każdego dnia stenografuję mój sposób życia i moje myśli, sposób życia i myśli setek tysięcy. Całymi godzinami ślęczę nad notatnikiem. Kamraci drwią: "Zapisz to, Kisch!" To zdanie wejdzie w zwyczaj. Nawet jeśli jestem nieobecny, żołnierze podkreślają swoje dowcipy, przekleństwa, groźby, narzekania owym "Zapisz to, Kisch!" Kisch zapisuje, gdy oderwie się ostatni guzik przy spodniach, gdy do studni wpadnie ostatni kawałek mydła, gdy krew opryska blaszany talerz. Zapisuję rzeczy, o których jako dziennikarz nigdy bym się nie dowiedział, o innych nie napisałbym nawet wtedy, gdyby były mi znane, bo uznałbym je za zbyt błahe. Zapisuję zdarzenia, o których jako dziennikarzowi nie wolno by mi było pisać; nie wydrukowałaby tego też żadna gazeta. Mój dziennik wie wszystko i ma na to pozwolenie. Jakaż różnica pomiędzy specjalnym korespondentem a żołnierzem, pomiędzy gazetą a notatnikiem, pomiędzy dniem opisanym w gazetach a dniem przeżytym w okopie.

  Wiadomości Wojenne meldują krótko i z satysfakcją: "Nasza armia południowa wzmocniła przybrzeżne pozycje u ujścia Driny." Dla nas wyglądało to tak: Rankiem przeprawiliśmy się przez Drinę i wdarli na terytorium Serbii, a nocą zostaliśmy zmuszeni do wycofania się na nasze "przybrzeżne pozycje". Była godzina druga w nocy, gdy rozpoczął się odwrót. Lewym skrzydłem, w równych odstępach, wycofywała się jedna kompania za drugą. W tym samym czasie centrum i prawe skrzydło wzmacniało ogień, żeby Serbowie nie zauważyli naszego manewru i nie podjęli bezpośredniego pościgu.

  O trzeciej na lewym skrzydle znalazła się nasza kompania. Ciągnęliśmy w stronę Driny. Ciągle do przodu, przez krzaki, wciąż musieliśmy rzucać się na ziemię, artyleryjskie pociski przelatywały tuż nad naszymi głowami. Zgubiliśmy kierunek, przynajmniej tak nam się wydawało. "Tutaj!" krzyczał jeden. "Na prawo!" krzyczał inny. Już wkrótce wszystko rozdygotało się; biegające w różnych kierunkach gromady żołnierzy.

  Moja grupa doszła do jakiejś rzeki, która dzięki odbijającemu się od niej światłu księżyca nieco rozjaśniała panujący wokół mrok. Czy to Sawa? Znajdujemy się poniżej czy powyżej ujścia Driny? Ktoś chce wrzucić do wody pudełko od zapałek, aby ustalić kierunek ruchu wody. "Szkoda pudełka", wołają koledzy. - "Przecież jest puste." - Ale nawet puste pudełko jest tutaj przedmiotem wartościowym. Wrzucamy do rzeki kartkę poczty polowej. Płynie w prawo, my kierujemy się na lewo. Żołnierze wyczołgiwują się z przybrzeżnej trzciny i dołączają do nas, inni nas wyprzedzają, jeszcze inni nadchodzą z naprzeciwka i zapewniają, że idziemy w złym kierunku. W rzeczy samej, jeśli rzeka, do której wrzuciliśmy kartkę, to nie była Sawa, tylko Drina, to oddalamy się od miejsca przeprawy. Ale już zaraz słyszymy, słyszymy z przerażeniem, że idziemy dobrze. Wsysa nas w siebie straszliwa kotłowanina. Żołnierze odrzucają od siebie karabiny i tornistry, zdejmują buty. Setkami stoją w wodzie, aby zapewnić sobie miejsce w zbliżającym się pontonie, zanim osiągnie on brzeg. Wrzaskiem i wymachiwaniem ramion usiłują skłonić ponton do podpłynięcia właśnie do nich.

  Inni zamierzają przedostać się w bród na austriacki brzeg. Łapiąc przy pomocy ramion równowagę, ciężko kroczą zwartą grupą do przodu. Przyłączam się. Karabin niesiony na ramieniu utrudnia utrzymywanie równowagi, przewieszam go przez głowę. Potykamy się o tornistry, chlebaki i karabiny leżące na dnie rzeki. Przeszliśmy zaledwie jedną czwartą jej szerokości, gdy naprzeciw nam wychodzi obłąkańczo wzburzona gromada: dalej się nie da, rzeka jest zbyt głęboka, nurt silny, że przewraca.

  Naraz okrzyki otrzymują wspólny tekst: "Serbowie są już na brzegu!" Faktycznie gwizd pocisków zagęszcza się coraz bardziej, z łoskotem spada na nas horyzontalny deszcz, pociski nie śmigają już nad naszymi głowami, lecz wbijają się w wodę. W wodę, w której właśnie jesteśmy.

  Spieszymy na prawo i do tyłu, bo Serbowie są, jak się zdaje, tylko po lewej. Kto potrafi, próbuje płynąć. Pięć kroków na skos ode mnie płynie porucznik Batek. Wołam go, ale on mnie nie słyszy. Chcę go dogonić, ale jego głowa zanurza się pod wodę i więcej się już nie ukazuje.

  Wokół mnie tonący, broniący się przed śmiercią przez utopienie, ledwie jeszcze dyszący, rzężący żołnierze. Jeden czy drugi próbuje wyswobodzić się z wodnych macek, skacze, aby wspiąć się po niczym do góry. W tym samym momencie spada znowu w dół. Nieraz ktoś traci grunt pod nogami, podczas gdy jego sąsiad jeszcze stoi; ten podaje mu rękę i go ratuje. Gdy nieumiejący pływać chwytają się płynących, ci próbują ich z siebie strząsnąć. Obaj walą na oślep rękami, obaj zapadają w głębinę.

  Nagle w tej ludzkiej masie powstaje wyraźny ruch w lewo, mimo że przecież właśnie po tamtej stronie mają być Serbowie. Ale też stamtąd zdaje się nadchodzić ratunek. Po lewej płyną w kierunku serbskiego brzegu trzy nasze pontony, mające przewieźć oczekujących żołnierzy na drugi brzeg. Porwany przez tłum również ja spieszę w tamtą stronę (o ile można w ogóle spieszyć, gdy woda sięga do szyji). Jeden z pontonów zostaje zatrzymany przez stojących w wodzie, zanim zdążył osiągnąć brzeg; ustawił się w poprzek rzeki. Podczas gdy wszyscy wskakują do niego przez zwróconą ku nim burtę, ja brnę ku tej odleglejszej, zwróconej w stronę austriackiego brzegu, i chwytam się jej. Jeszcze ktoś drugi był równie sprytny i już tam wisi uczepiony.

  Proszę jakiegoś żołnierza w łodzi, aby pomógł mi się do niej dostać. Chwyta mnie, ale nie daje rady przeciągnąć mnie przez burtę, mimo że z całych sił staram się mu to ułatwić. Ktoś inny usiłuje wciągnąć do wnętrza mojego sąsiada, z tym samym skutkiem. "Pomóż najpierw temu tam, a potem mnie" krzyczę do tego, który męczy się ze mną.

  Robi to, i mój sąsiad ląduje w środku.

  Ponton wypełnił się, pasażerowie nalegają: "Odbijać, nikogo już nie wpuszczać!" Wołam do swojego ratownika, żeby teraz znowu mi pomógł, ale on już ani o tym myśli, tak samo zresztą jak i mój były sąsiad, który przecież właśnie mnie zawdzięcza swoje miejsce w łodzi.

  Teraz wokół całego pontonu, włącznie z tym jego bokiem, który uznałem za korzystniejszy, opiera się około sześćdziesięciu zdesperowanych rąk. "Tak się nie da wiosłować", krzyczą saperzy, i jest to sygnał do ataku na żołnierzy uczepionych łodzi. Bije się ich kolbami karabinów tak długo, aż się od niej odrywają. Znikają pod wodą, wynurzają się i znowu zapadają w głębię.

  Zadanie uwolnienia pontonu od mojej osoby przejmuje na siebie chłopak, którego twarzy nigdy nie zapomnę. Na jego bluzie widać papuzio-zielone wyłogi dziewięćdziesiątego pierwszego regimentu, złoto błyszczący lok zwiesza się zakrętasem ku oku; oczy harmonizujące z kolorem włosów, jasnoniebieskie wielkie kule, dobroduszne oczy, chciałoby się powiedzieć. Te oczy nie zaszczycają moich ani jednym spojrzeniem, koncentrują się wyłącznie na mych z rozpaczą wpijających się w burtę palcach.

  Klęcząc w łodzi, zaczyna odrywać od niej moje dłonie, tak obojętnie, jak gdyby rozłupywał orzechy. Udaje mu się otworzyć moją prawą rękę, zabiera się teraz za lewą. Ale w tym samym momencie uczepiam się znowu prawą.

  W ten sposób niczego się więc nie osiągnie. Myśli przez chwilę, przesuwając czapkę w stronę karku, po czym łapie jedną ręką za mój lewy mały palec, drugą zaś za prawy i próbuje je złamać.

  Tej procedury nie znoszę bynajmniej w milczeniu. Najpierw go błagam, obiecuję wieczną wdzięczność, apeluję do jego poczucia koleżeństwa, tłumaczę, że przeze mnie łódź się przecie nie wywróci.

  Wcale go to jednak nie rusza. Przejął już władzę nad moim lewym palcem. "Ty tchórzliwy psie", wydzieram się, "znam cię doskonale. Jak uda mi się przeprawić, zaskarżę cię jako mordercę."

  Ale i to mija się z celem. Udało mi się wyswobodzić palec, tamten podnosi teraz nogę, aby kopnąć mnie w rękę, ale bok pontonu jest zbyt wysoki. Uderzenie dosięga jedynie moich palców.

  Ci w łodzi złoszczą się, że tak usilnie bronię się przed utopieniem. "No to pomóżcie mi go wrzucić do wody", krzyczy złotoblondy.

  Teraz nie chcę się już dłużej narzucać, puszczam się i z pluskiem zanurzam w wodę. Stać tutaj już się nie da, jest zbyt głęboko. Nie mogę też płynąć. Przy każdym ruchu ramion mój karabin podnosi się w górę i uderza mnie w plecy. Nie udaje mi się też przeciągnąć przez głowę rzemiennego paska, na którym wisi. Muszę deptać głębinę, ciężkie wojskowe buty ciągną mnie w dół.

  Tymczasem ponton zakręcił i obrał kurs. Znajduje się teraz na głębokiej wodzie i nie musi już obawiać się ataku piechurów. Przepływa nieomal nade mną. W ostatnim wysiłku podrywam się w górę i chwytam za rufę łodzi. Przyciskam twarz do burty, nie chcę zostać zauważony, a już na pewno nie przez te niebieskie kulkowe oczy.

  W gwizd pocisków, w zawodzenia trafionych, w krzyki, w krzyki, w krzyki wplatają się teraz od strony brzegu nowe dźwięki: niskie brzęczenie szrapneli. Ich lotki wbijają się w wodę i w krew.

  Jeden z pocisków - czy może było ich więcej? - dosięga pontonu. "Dno jest dziurawe!" - "Koce, płaszcze, zapychać! Szybko, szybko! Szybciej!!" Słyszę te wołania, niczego nie widząc. Obok sunie inny ponton, w sam jego środek trafia artyleryjski pocisk; ponton przewraca się, odwracam wzrok w drugą stronę.

  Nasza łódź posuwa się prędko, nurt znosi ją w dół rzeki, kilkaset metrów na północ od ustalonego punktu przeprawy dopływa w końcu w pobliże austriackiego brzegu. Nie dobija doń jednak, lecz zatrzymuje się na kilka metrów przed nim. Pasażerowie wyskakują, pomagają sobie nawzajem to popychając się, to ciągnąc po gliniastym dnie rzeki i śliskiej skarpie. Gdy przedostałem się od rufy do przodu pontonu, był on już pusty.

  Staram się wygrzebać na brzeg, woda sięga mi do brody, jej nurt robi wszystko, by mnie przewrócić, wołam o pomoc. Kilka głów odwraca się w moją stronę, ale każdy jest zadowolony, że udało mu się wdrapać na brzeg; żaden się nie cofa. Mam wrażenie, że dostrzegam kamrata z mojej kompanii. "Neumaier!" krzyczę, "Neumaier!", z całych sił. Neumaier rzuca do tyłu pytanie: "Kto mnie woła?" - "To ja, Kisch." Schodzi w dół, opuszcza karabin, chwytam się go, Neumaier usiłuje wciągnąć mnie na brzeg. Skarpa jest stroma i śliska, do butów przywarła glina z dna rzeki. Moja energia wyczerpała się niemal zupełnie, palce rąk bolą od kopnięcia kulistookiego a ramiona od trzymania się łodzi. Tracę równowagę, zwalam się plecami w wodę. Neumaier wskakuje do rzeki, stawia mnie na nogi. Staje za mną, chwyta mnie za biodra i pcha do przodu, i w górę, na groblę.

  Ziemia, ziemia pod nogami!

  Wzdłuż skarpy kłusuje żałosna kolumna, jeszcze żałośniejsza i bardziej obdarta niż nędzarze z Falstaffa; nadzy żołnierze, żołnierze okryci jedynie przerzuconym przez plecy kocem; żołnierze w koszulach; żołnierze w majtkach i żołnierze w resztkach mundurów biegający truchtem, apatycznie i bez celu, przemoczeni i ociekający wodą, szczękający zębami z powodu zniesionego strachu i nieznośnego zimna.

  Na poboczu drogi opróżniam swój chlebak. Suchary w formie rozwodnionej papki zmieszanej z papierosowym tytoniem. W kieszeni spodni rozwarta metalowa kapsułka, moje nazwisko wypisane na blaszce zamieniło się w nieczytelną plamę. Co tam, niech mnie pogrzebią jako X albo Y.

  Mój dziennik pisany był kopiowym ołówkiem, teraz wszystko jest zamazane, odpłynęło. Sam ołówek - włożony między stronice - stał się bezużyteczny, jego rysik też odpłynął.

  Patrzę na fioletowy sos, równomiernie pokrywający strony dziennika. Nie da się przeczytać ani jednego słowa. "Zapisz to, Kisch!", brzmiała społeczna misja, którą mnie obarczono. Toteż i zapisywałem, to czego nie zapisał żaden wojenny sprawozdawca. Ale teraz oto pojawił się cenzor, bezlitośnie wszystko to wykreślił, unieszkodliwił nawet ołówek, żeby również na przyszłość zapobiec opisom niezgodnym z cenzurą.

  Przy posterunku żandarmerii spotykam Neumaiera, który mimo ryzyka utonięcia dał z siebie wszystko, aby mnie uratować. Siedzi kurząc papierosa. "Neumaier", mówię, "daj pociągnąć dymka." Odmawia z niechęcią.

  Z naszej dywizji nie pozostało więcej niż tysiąc ludzi. Trzech tysięcy brakuje - zastrzeleni i utopieni na malutkiej powierzchni. W porównaniu z tym, co się dzisiejszej nocy wydarzyło, trzęsienie ziemi w Mesynie albo zawalenie się trybuny podczas koronacji cara były tylko drobnymi wydarzeniami lokalnymi. Być może jest to największa katastrofa tego stulecia.

  Zastanawiam się, jak sformułowałbym telegram prasowy, gdybym mógł go stąd wysłać. Z całą pewnością nie przychodzi mi jednak do głowy pomysł, na jaki w tej samej godzinie wpadł autor Wiadomości Wojennych: "Nasza armia południowa wzmocniła przybrzeżne pozycje u ujścia Driny."

  Pół roku później zostałem ranny na froncie rosyjskim, leżałem w szpitalu, i w końcu znalazłem się pewnego dnia znowu w rodzinnym domu. Tutaj łysy mąż Haneczki, zwanej "Hanka Fałsz", ślepy Metody, zaśpiewał mi elegię o przeprawie przez Drinę. Siedząc, oparty plecami o poduszki, wysłuchałem dwudziestu zwrotek piosenki, dwudziestu zwrotek, będących echem śmiertelnych krzyków tonących żołnierzy.

  "Czysty wymysł", zauważył mój brat. "Nic z tego nie było w gazetach."



*




z tomu: "Marktplatz der Sensationen"

tłumaczenie z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)

© 1967 by Aufbau-Verlag Berlin/Weimar

 m u z e u m    ż y d o w s k i e    w    w i e d n i u :  życie i twórczość e. e. kischa


ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


reportaże  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni