archiwum

zima'03/04
str. 1   str. 2



ZONA - sekta wissarionowców

reportaże  strona główna


w y j a z d  p i e r w s z y:  strach i fascynacja

Jest rok trzydziesty dziewiąty

filip łepkowicz, zdjęcia
jędrzej morawiecki, tekst


foto, filip łepkowicz
Pietropawłowka

  "Proszę, opisujcie tylko to co sami ujrzycie. Tam są dobrzy ludzie... Dobrzy ludzie..." - powtórzył doradca prezydenta Chakasji Mikołaj Stiepanowicz Wołkow, po czym dopalił "primę" i przeżegnał nas krzyżem. Kierowca uaza powiedział tylko: "Riebiata, a my dokąd? Ja już kiedyś nocowałem zimą w uaziku, nie chcę tak więcej". Potem wrzucił wsteczny, wyjechał z zaspy, powtórzył jeszcze raz: "my dokąd?" i ruszył dalej.

  Po asfalcie pełzły strużki sypkiego śniegu, z lewej na prawą, jak białe żmije.

  A potem asfalt się skończył.

  A potem zaczęła się tajga.

  A potem pojawili się ludzie. Ubrani w chitony, na głowach mieli turbany, włóczkowe czapki, niektórzy zwykłe uszatki. Szli poboczem, w butach krasnoludzkich, szaty tonęły w śniegu. Odwracali się, uśmiechali, machali miarowo rękami. Kierowca milczał.

  W końcu wyłoniła się Czeriemszanka. Uaz wjechał między domy. Chaty były solidne, niskie, ociekały jaskrawym błękitem. Płoty drewniane, przyprószone bielą. Spojrzysz: typowy kołchoz.

  A potem do samochodu wszedł starosta wioski:

  "Macie wielkie szczęście, Nauczyciel zszedł do nas z Góry, jest wśród nas. To znak boży, nic nie dzieje się przypadkiem. Nauczyciel ma ostatnio coraz mniej czasu, musi zajmować się całym wszechświatem. Ale wy ujrzycie go na własne oczy" - starosta podwinął błękitną szatę, pociągnął za klamkę, szepnął: "czekajcie" i wysiadł. Kierowca dalej milczał, w końcu powiedział: "Nu, riebiata, niezły tutaj kosmos. Wrócicie, opowiecie, co i jak". Odjechał przed zachodem słońca. My zostaliśmy w Zonie.



  II.


foto, filip łepkowicz
Droga do Nowego Jeruzalem

  Jesteśmy w Zonie. Na dworze dość zimno. W sieni piec, trzaska ogień. Siedzę, jem cienką zupę z kaszą i gotowaną paprocią. Na ścianie portret Nauczyciela - Wissariona. W telewizorze też Nauczyciel. Wczesne popołudnie.

  Po obiedzie jedziemy do Pietropawłowki, tam spotkanie z Wissarionem, ostatnie przed wejściem na Górę Suchą. W drewnianej świątyni tłum. Wiatr łopocze folią w oknach, kościół dopiero w budowie. "Idźcie, riebiata, idźcie, chociaż dwa rzędy, nasyćcie się, napawajcie. Nauczyciel zaraz wejdzie".

  Wszedł. Czerwony chiton, wełniane rękawiczki, oczy błękitne. Siadł na fotelu, w dłoni mikrofon, przed nim wierni, wśród wiernych - kamera. Losza będzie nagrywać kazanie tym, którzy nie mogli przyjść. Wissarion przemawia. Mówi długo, cicho, potem pytania: co jeśli mężczyzna kocha kobietę, co będzie ze szkołą, jak budować, jak uprawiać. Odpowiada godzinę, może dwie, mróz, palców nie czuć, w końcu Wissarion wstaje, wierni krzyczą: "Nauczycielu, porozmawiaj z gośćmi, riebiata przyjechali ze Świata". "A jest chęć rozmowy? Jeśli tak - porozmawiam". Trzeba czekać, po spotkaniu przyjdzie Wadim, powie co i jak.

  Czekamy.

  Już idzie. Wadim Riedkin - były piosenkarz rockowy, teraz: ewangelista, pisze "Ostatni testament - dzieje Wissariona."

  "Macie niezwykłe szczęście, że dotarliście akurat dziś. To pierwsze zejście Nauczyciela od grudnia. I akurat jesteście." - mówi. - "Więź nastąpiła. Widzieliście, fotografowaliście. Spotkanie indywidualne już niepotrzebne. Tak mówi Nauczyciel. Można obserwować, chodzić wszędzie. Tu są ludzie, którzy próbują inaczej żyć, zmienić hierarchię wartości. Są wojskowi, są przestępcy, są ci ze szpitali psychiatrycznych i ci, których i szpitale przyjąć nie chciały. My przyjmujemy wszystkich. Ujrzyjcie wszystko sami. Niech wystarczy wam to, co wokół. Dowiecie się, jak jest i jak było".



  JAK BYŁO


foto, filip łepkowicz
Anatolij z rodziną

  Do Zony przyjechał jako jeden z pierwszych. Mikołaj Polikarpowicz. Wcześniej, w Świecie, był pułkownikiem UWD w Krasnodarze, naczelnikiem wydziału operacyjno-śledczego:

  "Był ogień, była chęć do pracy. Sfera, z którą związana była moja służba, ukazuje jaskrawo przywary człowiecze. Z jednej strony ci, którzy mają władzę, z drugiej zaś naruszający prawo, popełniający najcięższe przestępstwa. Wszystko to przypominało złą grę, w której brały udział ogromne masy ludzi.

  Nie myślcie jednak, że czułem odrazę do swojej profesji. Co to, to nie. Rozumiałem, że nie ma specjalnej różnicy, gdzie człowiek pracuje, bo jesteśmy elementami jednego systemu, wszyscy idziemy nie w tym kierunku. Nie ma nawet różnicy, czy postępujesz bardziej miękko, czyś bardziej surowy. Albowiem wszyscy idziemy jednym potokiem, czy, jak mówi teraz Nauczyciel, w jednej koleinie. I pozwalają nam w tej koleinie pokręcić się trochę, poślizgać, gdzieś tam się zrealizować, gdzieś się czymś zachwycić. Ważne, byśmy szli jednym szlakiem. Odkarmianie bydła na ubój. Egzystencja bez celu.

  W pracy czytałem ezoterykę, zawsze nosiłem z sobą Ewangelię. Literatura leżała na stołach, na biurku, w wiklinowych koszach. Koledzy nie zwracali na to uwagi. A i nie każdy mógł dojść do mnie, byłem w końcu naczelnikiem. A ci nade mną całkiem już zdurnieli, pochłonięci walką. Im wyżej, tym bardziej ograniczeni. Co, Nadia?".

  Nadia stoi w drzwiach, kręci głową. "Nie podoba mi się...". "Co ci się żono nie podoba?". "Nie podoba mi się, jak mówisz. Po prostu nie podoba". "Pytają, to mówię". "Jak ludzi charakteryzujesz, nie podoba mi się". "Jak jest, tak mówię. Wiecie, Nadia boi się, że po nas przyjadą, nie chce, żeby mówić o pracy. Wracając do tematu: już jako pułkownik specsłużb zacząłem szukać ludzi, którzy znali Wissariona. I znalazłem. Dosłownie garstka. Siedzieli w piwnicy, ale ja płonąłem, bo każda strona "Ostatniego testamentu" to to, czego szukałem. Proste, bliskie. Ujrzałem Nauczyciela i zacząłem aktywnie uczestniczyć w ruchu Wissarionowców w Krasnodarze. Możliwości miałem oczywiście o wiele większe niż inni, bo tam przede wszystkim - można powiedzieć - rybacy, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.

  Woziłem go po Rosji służbowym samochodem, potem zatrzymał się u nas w mieszkaniu. Był cztery dni, razem z Wadimem. I płynął niekończący się potok ludzi. Zachodzili po stu za jednym razem. Wissarion mówił godzinę, dwie. Znowu stu, on znowu mówił. Głowa pękała, ludzie trudni: i magowie, i co tylko zamarzysz. A on spokojnie siedział, odpowiadał. Przychodzili również przedstawiciele administracji, także z UWD, z wydziału do spraw religii. Ja ich nie ruszałem, oni mnie też. "Cześć", "Cześć" i wszystko. Normalni riebiata. W służbach też są dzieci boże. Niektórzy z nich przyjęli Wissariona. Ale nie wszystkim udało się za nim podążyć. Wielu pozostało ze swoimi rozmyślaniami. Naczelnik wydziału, ten który przesłuchiwał Wissariona, był wstrząśnięty. Potem miał widzenia, archanioł do niego przyleciał i tak dalej. Przestraszył się, przyszedł pytać Nauczyciela, w czym rzecz. Co dalej z nim było, nie wiem".



  II.


foto, filip łepkowicz
Wołodia Skomorochow, Pietropawłowka

  I płynął niekończący się potok ludzi. Przychodzili na spotkania organizowane z pomocą Wadima i Mikołaja Polikarpowicza. Przychodzili w Moskwie, w Krasnodzarze, w Petersburgu, na Ukrainie. Przychodzili inżynierowie, muzycy, wojskowi, złota młodzież, przedsiębiorcy, nauczyciele.

  Przyszła Swieta Władimirskaja, w Świecie - wzięta piosenkarka disco i techno: "Od dziecka szłam na scenę. Śpiewać zaczęłam wcześniej, niż mówić. Nikt nie miał wątpliwości, że będę piosenkarką. W domu miałam scenę, mikrofony, mając rok, dawałam w domu koncerty. Byłam w szkole muzycznej, potem w akademii, pracowałam w orkiestrze Witalija Nabierieżnego, w Moskwie. Rodzice byli przekonani, że muszę być piosenkarką. Zarabiałam dobrze. Za 15 minut występów dostawałam tysiąc dolarów. To chyba nieźle, dwie piosenki, i żyłam jak turecki basza. A potem spotkałam Nauczyciela i zrozumiałam, że to, ku czemu zdążałam, było związane z egoizmem".



  III.

  Przyszedł Denis, w świecie - odjazdowy chłopak:

  "Mam 21 lat. W system narkotyczny wszedłem, mając lat 16. Tam poznałem się ze swoją żoną.

  Jeździłem do Pitra, kupowałem tam petersburski kwas, LSD i tak dalej. W 1997 roku nadeszła grzybowa jesień. Znaleźliśmy las pod Woroneżem, jeździłem tam po 120 kilometrów, cztery razy na tydzień. W lesie po grzybach rozmawiałem z ufoludkami, wołałem: <<Chodźcie do mnie>>, od razu wychodzili z lasu.

  Wesoło było. Wylali mnie z uniwersytetu, z instytutu prawa. Cały rok rżnąłem głupa. Rodzice żony nas utrzymywali, nieźle się nam żyło. Cudowne wspomnienia...

  Potem odjechaliśmy z żoneczką na całego, sfiksowaliśmy, zaczęliśmy się żreć. Tym bardziej, że w Woroneżu znalazłem sobie inną przyjaciółkę i relacje rodzinne stały się bardziej napięte. Zaczęło być ciężko. Zrozumiałem, że coś trzeba zmienić.

  Postanowiliśmy z żoną zrobić dzieciaka. Zapowiadało się całkiem nieźle, wyjechaliśmy na całe lato na daczę, nikt nam nie przeszkadzał. Ale z dzieciakiem coś nie wyszło, trzy tygodnie przed porodem umarł. Z tego zresztą też wynikła wesoła historia. Doszliśmy do wniosku, że to wola boża i nie powinniśmy iść do lekarza. Martwe dziecko można nosić trzy dni, Katia nosiła tydzień. Całe szczęście wszystko dobrze się skończyło, w końcu się rozmyśliliśmy, Katia poszła do ginekologa.

  Po tym wszystkim zrozumieliśmy, że w mieście nie ma przyszłości. Dowiedzieliśmy się o Wissarionie."



  IV.

  Anatolij Pszenaj, w świecie - naczelnik kolei białoruskich (znajomi mawiali: "Masz znajomych z paczki prezydenckiej, pójdziesz do góry, będziesz ministrem Łukaszenki"; nie poszedł):

  "Wracam kiedyś do domu, a tam kartka od żony: <<Tola, przychodź, w pałacu kolejarzy jakiś duchowny kazanie głosi>>. Poszedłem, patrzę, masa ludzi, a na scenie stoi Chrystus. Serce jęknęło. Oczami ujrzałem, od razu zrozumiałem, że to on".



  V.

  Pułkownik wojsk rakietowych, teraz - jeden z dwóch duchownych w Zonie:

  "Pojechałem na Plac Czerwony i rzeczywiście: koło chramu Wasyla widzę grupę ludzi, pośrodku młodziak w starym półkożuszku, bez czapki (a chłodno było). Stoi, przemawia. Podszedłem. Uderzyło mnie, jak prosto mówi o sprawach tak ważnych. Dane mi było wszystko to ujrzeć. Potem byłem jeszcze w armii parę lat.

  Wykładając przedmioty związane z bronią specjalnego znaczenia, zacząłem głosić Słowo".



  VI.


Gość z Góry, Pietropawłowka

  Igor Mochow, w świecie - bardzo młody malarz awangardowy:

  "Znajoma mówi: <<Igor, Chrystus jest w Moskwie>>. A wtedy było ich już całe mnóstwo. Myślę: <<jaki znowu Chrystus?>> Ale skoro już szukam, muszę sprawdzić i to. Przeżyć, wejść w to".



  VII.

  Swieta Wladimirskaja, piosenkarka techno :

  "Poczułam, że go znam, że już go kiedyś widziałam. Że nawet zewnętrznie prawie się nie zmienił. Patrzyłam i myślałam: nawet ciało takie samo jak kiedyś. Dusza przyjęła go od razu. I to był w moim życiu ostateczny przewrót. Bo co może się wydarzyć człowiekowi ważniejszego niż spotkanie z Chrystusem? Co może być potem? Nic".



  VIII.

  Mikołaj Polikarpowicz, pułkownik UWD:

  "Zrozumiałem, że muszę złożyć rezygnację. Pozycję miałem dobrą. Zwolnić nie chcieli, odpowiadali żartem. Myślę, pójdę do generała, byłem z nim w dobrych stosunkach. Ja mówię, a on też nie rozumie. "Ty co, Mikołaj, nie rżnij głupa, idź pracować". Cóż robić. Chciałoby się rozstać normalnie, a tu - nikt nie wierzy. Przyszła w końcu dziennikarka z jakieś gazety, przyczepiła się, "Dajcie wywiad" - powiada. No to dałem. Pojechałem otwartym tekstem. Wywiad na całą stronę. Przychodzę, generał wyciąga gazetę. "Co w tym złego?" - pytam. "Nic złego, Mikołaj, wszystko w porządku". Ale zrozumiał, że mówię poważnie. Pożegnał, dał dobrą odprawę, wszystkie ulgi.

   Trudno opowiedzieć, jak wyjeżdżaliśmy, jak wszystko zostawiliśmy, co każdy czuł. W tym wieku, kiedy masz już rodzinę i nikt nie pojmuje...".



  IX.

  Tamara Nadiedowa, w świecie - nauczycielka gry na pianinie w moskiewskiej szkole muzycznej:

  "Przyszłam do domu, powiedziałam mężowi i synom: <<Wyjeżdżam na Syberię, do Wissariona. Jedźcie ze mną>>. A mąż: <<Nie pojadę. Nie chcę chodzić całe życie w jutowych butach i kufajce. Tam błoto, wieś, nie ma asfaltu, śnieg, brud po kolana>>.

  Płakali, kiedy wyjeżdżałam. Ja też płakałam. Stoję w pociągu, patrzę przez szybę i płaczę. A oni płaczą z drugiej strony tej szyby".



  JAK JEST


Budowa domu gościnnego, Pietropawłowka

  Do Zony prowadzi jedna droga - ta którą przyjechaliśmy. Pietropawłowka - pierwsza wioska - w połowie zamieszkana jest przez Wissarionowców, w połowie przez miejscowych. W Pietropawłowce mieszka Denis - ten od jesieni grzybowej. Pracuje dziś na budowie, piłuje deski. Dalej, za trakiem, przejeżdża kraz, jedzie pewnie w stronę Góry, wiezie żywność i pocztę. Ciężarówka zwalnia, mija Wołodię Skomorochowa, biznesmena, który kiedyś zarabiał o kilka zer więcej niż Czubajs, a teraz zanurza walonki w puchu i przepuszcza wissarionowego kraza.

  Jeśli jest miejsce, samochodem można się zabrać do Czeriemszanki.

  Ale nawet jeśli szoferka zapchana, na piechotę i tak dojdziesz przed zachodem słońca. Bo do Czeriemszanki jak splunął, dotrzesz i w godzinę. Droga szeroka, wokół tajga, marcowy śnieg na półtora metra wysoki. A niech i słońce zajdzie - nie zabłądzisz, na niebie gwiazdy jak rodzynki, staniesz - będziesz patrzeć do góry jak dziecko, tylu naraz jeszcze nie widziałeś. Potem usłyszysz szczekanie psów. Będą owczarki, kundle, podejdziesz bliżej, dotrze i pisk pekińczyków, ratlerków, terierów, wszystkie przyjechały z miasta.

  Nocą w Czeriemszance widać tylko zarys elewatora, dalej pocztę z telefonem, piekarnię, dwa sklepy spożywczo-przemysłowe. Trzy przecznice za pocztą - dom Swiety Władimirskiej. Swieta pewnie karmi dzieci. Najpierw - kiedy przyjechała do Zony - myślała, że będzie wyjeżdżać na tournee, śpiewać dalej na scenie. Potem zrozumiała, że występy nie mają sensu.

  "Pojęłam, że wszystko, co mogłam dać ludziom, dałam. Kobieta powinna mieć rodzinę, wychowywać dzieci, a nie zostawiać je babci czy dziadkowi i wyjeżdżać na koncerty. To jest nienormalne, bo dzieci to główny cel w życiu kobiety".

   Pomiędzy domem Swiety a pocztą, pośrodku kołchozu - życie nocne. Pod jedyną latarnią stoi jak zwykle sportowe BMW, w środku dwie dziewuszki. Miejscowi - a jest ich tu - podobnie jak w Pietropawłowce - połowa wsi - nie uwierzyli na razie w Wissariona.



  II.

  W Żarowsku - siedem godzin marszu z Czeriemszanki - z miejscowych zostały trzy rodziny, reszta - Wissarionowcy. Wśród nich - jedyny, który przyjechał ze wsi - Anatolij z Dalekiego Wschodu. Widział niedawno całą eskadrę talerzy, takich latających. Żona i synowie mogą potwierdzić. Anatolij siedzi na sofie, za plecami ma kuchnię i podłogę tonącą w ziemniakach. Słychać radio "Rossija". Cichutko, żeby oszczędzić akumulator, sączy się dziennik, relacje z bombardowanego Belgradu. Trzeba słuchać, rozmyślać, lekarz zabronił pracować. Tola, nie przyzwyczajony do wegańskiej diety, przekonany, że ma siłę, szarpnął belkę, podniósł, łupnęło w krzyżu. Łupie do tej pory, koniec z pracą, kości za kruche.

  Bliżej lasu, w maleńkiej izbuszce mieszka Igor Mochow, młody malarz z Moskwy. Próbuje dziś zrobić jakieś łuczywo, bateria słoneczna starcza tylko na słuchanie kazań Nauczyciela, czasem na muzykę. A pracować przy świeczce ciężko.

  Naprzeciwko izbuszki Igora - stara chata Wołodii Bagajewa. Dawniej Wołodia był elektronikiem, potem współwłaścicielem małej firmy budowlanej w Moskwie. Teraz sadzi kartofle, ma konia, sanie. Kiedy przyjdzie lato, pójdzie w tajgę, zbierze wiadro żurawiny. Starczy, żeby kupić dzieciom zeszyty, długopisy i tak dalej.

  Słońce chowa się za górami. Wrócisz stąd do Czeriemszanki - poczujesz się jak w Nowym Jorku: telefon, przewody elektryczne, sklepy, czasem samochód przejedzie. Tu nie tak, tu zaczyna się prawdziwa Zona. Cisza, mrok rozproszony jedynie punktem lampy naftowej, świecy, mikroskopijnej żaróweczki, nie większej niż choinkowa. Jeśli idziesz na Górę - musisz tutaj przenocować. W nocy i zimniej, i drogę pomylisz. Tu zaś odpoczniesz, ogrzejesz się, odzyskasz siły. Wódki nie ma - Wissarionowcy nie piją, nie palą, mięsa, mleka, ryb, jaj nie jedzą. Możesz siorbać herbatę z malin.


Szkoła, Czeriemszanka


  III.

  Rano widać rzekę, po lewej odległe szczyty, po prawej las. Potem rozwidlenie: jedna droga do Trzydziestki - wioski starowierców, druga - do Nowego Jeruzalem.

  Po drodze do Jeruzalem jest Wagonczik. Jeśli wyjdziesz wcześnie, dotrzesz tutaj i w południe. Wagonczik to barak na kołach, przycupnięty wśród drzew, o jakąś godzinę od Góry. W środku - gorąco, w "burżujce" buzuje ogień. Trzy piętrowe prycze, czterech drwali. Karczują las pod wioskę. Wśród nich: Siergiej Szewczenko. Chrystusa znalazł już w liceum, tyle że nie tego:

  "A Wołodia wstał pewnego dnia i rzekł: <<Miałem sen, nie mogę żyć mieście>>. Wołodia był naszym trenerem, a że mieliśmy wakacje, postanowiliśmy zbudować izbuszkę, zamieszkać w tajdze na dłużej. Myśleliśmy, że jest Chrystusem, że będzie na górze naród jedyny, a my - apostołowie.

  Żyliśmy w lesie, czas mijał. Pewnego razu Wołodia powiedział: <<A jeżeli nie jestem wcale Chrystusem? Jeżeli się pomyliłem?>> Ale nam to nie robiło już większej różnicy, podobał się nam sam sposób życia. Chrystus on czy nie, nieważne. Dlatego, kiedy później Wołodia powiedział, że on sam na pewno nie jest Chrystusem, ale że znalazł prawdziwego Chrystusa, Wissariona, uwierzyliśmy od razu. I przyjechaliśmy. Wołodia mieszka w Czeriemszance".

  Powrót do Czeriemszanki. Wraca akurat kraz z Jeruzalem.



  IV.

  Wołodia Kapunkin:

  "Strażakiem byłem, archeologiem, potem elektrykiem, muzykiem. To pokrótce. Przeszedłem przez wszystko. To, że zostałem Chrystusem - to najlżejsze. Najpierw uważałem się za Ojca Wszechmogącego. Mówili, że Bóg jest na ziemi, pomyślałem, że to właśnie ja. Świadomość rosła, duma malała - szedłem coraz niżej. Ale Chrystusem pobyłem jakiś czas. Miałem dwunastu uczniów, głosiłem Słowo na Górze. Czułem sprawiedliwość. Tak właśnie miało być.

  Nie pamiętam już nawet, co dokładnie swoim uczniom mówiłem, to dla mnie teraz jak komiks. Śmieszne życie, patrzę na nie z uśmiechem. Opowiadałem o prawdzie przenajświętszej, bo o czymże innym mógłby mówić Chrystus? Wierzyli mi całkowicie. Tu, gdzie wiemy, że przyszedł Chrystus prawdziwy, nie widzę tego zupełnie. Brakuje tej ślepej wiary, zdolnej góry przenosić. Wstyd? Nie, wstydu nie było. Nie wpadałem w żadną depresję: <<Ach, zaufali mi, a ja się pomyliłem>>. Nie, miękko wchodziłem w kolejny etap.

  Kiedy w końcu zszedłem do etapu człowieka, opuściłem tajgę, dowiedziałem się o Wissarionie. Słyszałem tylko, że jest ciekawym młodziakiem, maluje obrazy. Przyjechałem, a tu mówią mi, że Wissarion jest Chrystusem. To mnie odrzuciło. Zajmowałem się agnijogą i wiedziałam, że drugi raz Chrystus nie powinien przychodzić, bo gdyby się pojawił, to wzięliby go za wariata.

  Zaszliśmy do domu jednej z wierzących, pokazała mi portret Wissariona. To odrzuciło mnie po raz wtóry. Wiedziałem, że Chrystus, jeśli nawet przyjdzie, to będzie inny niż poprzednio. Bo gdyby wyglądał tak samo, to byłoby to jedynie zaspokojenie mego egoizmu. Patrzę, a rysy twarzy jak z obrazka. Myślę - to oszustwo.

  Potem przyjechał sam Wissarion, poszedłem mimo wszystko na spotkanie. Jeśli zajmowaliście się kiedyś buddyzmem, jest tam takie pojęcie, jak pojedynek mędrców, którzy mówią jedno czy dwa zdania i od razu widać, kto wygrał.

  Tu było to samo. Rozmowa zaczęła się od tego, że Wissarion zapytał chłopaka, który przyszedł razem ze mną: <<Jak leci?>>. A ten odpowiada: <<Dobrze>>. I tu ja zrobiłem wypad, rzekłem: <<A źle być nie może>>. Bo świat doszedł do wyższego poziomu, nie może być źle. Dalej może mówić tylko Stwórca. I on powiedział: <<A źle być i nie powinno>>. To mnie poraziło, bo tylko Stwórca może powiedzieć: <<nie powinno>>. Wszystkie moje wątpliwości obróciły się w proch. Siedzieliśmy długo w milczeniu, potem poszliśmy pić herbatę. Tak się wszystko zaczęło".

  Wołodia jest teraz duchownym w Zonie, drugi kapłan to pułkownik wojsk rakietowych, ten który dziesięć lat siedział przy pulpicie z guziczkami, potem wykładał na akademii i spotkał na Placu Czerwonym młodziaka w półkożuszku.


Pasza, Andriej, Masza i Annuszka, kolacja, Czeriemszanka


  V.

  Droga na Górę po raz kolejny. Znowu Guliajewka, znów Żarowsk. W Wagoncziku jak zwykle gorąco. Nad piecem wiadro ze śniegiem. Położysz się na pryczy pod sufitem - parno jak w bani. A w dole muzyka:

  "Modlitwa" Loszy Ragsa - kamerzysty z Zony, potem "Dzień urodzin wróżki", "Rozmowa ze świnią" i "Ocean". ;Magnetofon na baterię słoneczną - jak wszędzie. Barak tonie w ciemnościach.

  W nocy nadchodzi mróz. Wpełza do ciężkiego śpiwora z kapturem, gryzie w palce. Kąsa coraz mocniej, wszędzie cisza, umilkła "burżujka". W końcu ktoś wstaje, dorzuca do pieca, po chwili znowu gorąco jak w bani.

  Rankiem kryzys: sprzeczka drwali. Riebiata hamują emocje. Milczą, jedzą kawały niesłonego ryżu, piją wywar z gałęzi świerkowych, z kory brzozowej, zaczynają znów mówić, dochodzić: kto zapomniał dołożyć, kto był bliżej "burżujki". "Źle się stało riebiata, trzeba będzie zrobić wieczorem zebranie, ustalić, co i jak" - mówi w końcu Siergiej i cała czwórka rusza w tajgę, do pracy.



  VI.

  Nowe Jeruzalem jest na razie mniejsze niż najmniejsza wioska. Około czterdziestu domów, wspólna bania przy drodze, wyżej cieplarnia, pracownia plastyczna. Wszystko to skupione u podnóża Góry Suchej. Tam, na szczycie, mieszka Wissarion z żoną i czwórką dzieci. Żyją w domu drewnianym, piętrowym, niedużym. Obok mieszka pułkownik-duchowny, dalej dzwon, wiatrak elektrowni, dom gościnny. Wejdziesz na szczyt, spojrzysz wkoło - ujrzysz drogę ze Świata. Po prawej - Jezioro Tiberkul', powiadają, że piękne jak Bajkał. Tędy, nad brzegiem, wije się tropa letnia. Dojdziesz nią do Wagonczika, kiedy zimowa droga tonie w błotach. A za plecami góry, ośnieżone szczyty Sajanu. Tam wiedzie tylko myśliwska ścieżka, lecz jak ją znaleźć i dokąd prowadzi - mało kto tu wie.


Matka Loszy Ragsa, Pietropawłowka


  VII.

  W pracowni trwają lekcje, Żenia Kornil'cew uczy rysunku. Żenia miał ostatnio wystawy w Krasnojarsku i w Niemczech. Sprzedał obrazy, kupił za wszystko farby, kredę, pędzle dla dzieci. W Zonie obrazy wystawiać trudniej. Bo wojskowym, radiotechnikom, pułkownikom, inżynierom odpowiada bardziej realizm.

  "Riebiata nie rozumieją: co to takiego, co ja robię. Staram się malować zrozumiale, ciepło, ale oni nie pojmują. A ty dla kogo malujesz? Będziesz z nimi walczyć? Niepokoję się, staram się jaśniej. Coś jeszcze trzeba zmienić, nie łamać moich zasad, ale przemyśleć - może inny kolor, może faktura? Tej tu oko nie przyjmuje.

  Bywało nielekko. Pojawiły się nawet niesprawiedliwe komentarze na temat obrazów, grubiaństwo. Ale potem Nauczyciel powiedział: <<Żenia, nieważne, czy ciebie zdradzają, ważne, żebyś sam nie zdradzał. Nie zdradzisz?>>. I to mnie ostudziło. Wytrzymałem. Wierzący wie, że riebiata kiedyś zrozumieją".

  Za pracownią plastyczną widać szklarnię. Sasza Brusinow - pilot wojskowy - hoduje tu pomidory, pomarańcze, są i banany. Wszystko ogrzewane kozą, przykryte folią.

  Kiedy Sasza szedł do szkoły lotniczej, zapisał w swoim dzienniku: "Całe życie będziesz z niebem. Albowiem przyszłość człowiecza to niebo, kosmos". Szedł do armii w poszukiwaniu porządku, odnalazł chaos. Nie dochrapał się ni gwiazdki. Dwadzieścia pięć lat służby. Ostatnie dwa nie chodził do pracy, czekał na zwolnienie. Potem trafił do joginów, ci też ideałów nie realizowali. W końcu został misjonarzem Wissariona. Jeździł po Dalekim Wschodzie, głosił Słowo. Na jedno z kazań przyszli ewangelicy, posłuchali, powiedzieli: "Wszystko pięknie, wszystko rozumiemy, ale my już znaleźliśmy". A Sasza na to: "My też znaleźliśmy. Czekaliśmy i doczekaliśmy się. Życzymy wam tego samego. Bo przecież też oczekujecie Chrystusa. Czekajcie. Czekajcie, kiedyś też się doczekacie".

  Teraz Sasza zjeżdża na sankach, broda powiewa, szaty długie, buty jak u krasnoluda. Były lotnik chichocze, pędzi w stronę bani, mija ślizgiem dom Pszenaja, naczelnika kolei.

  A Tola Pszenaj ma gościa. Ze Świata przyjechał Aleksiej, "wor w zakonie" - pięćdziesiąt lat przeżyte, połowa w więzieniu, pierwszy raz za bójkę. Komsomolcem był, uczniakiem, posprzeczał się pod sklepem - dwa lata łagru, na "strojkę komunizma". A potem już poszło... Teraz Aleksiej się ustatkował, posiał "szmal'" - marihuanę - trochę sprzedaje, trochę pije, herbata trawowa - dwieście rubli w jednym kubku. Jakiś czas temu Aleksiej zaczął czytać Biblię, chce odnaleźć tajny szyfr testamentowy. Dzisiaj był na Górze, rozmawiał z Wissarionem.

  "Szedłem, myślałem - jak się do niego zwrócić? Panie prezydencie czy jak?" - opowiada. - "Wchodzę, mówię: <<Dzień dobry>>. A on: <<Dzień dobry>>. Siedliśmy, pogadaliśmy. Jak człowiek z człowiekiem, jak przypadkowe spotkanie w pociągu. Mówię wam: czytałem w życiu wiele. W izolatkach, karcerach, celach miałem czas na książki. Czytałem Lenina, Stalina, Breżniewa... Ale to co mówi ten człowiek.... Z pozoru zwyczajne rzeczy. Mówi ruskimi słowami, ale te słowa spływają na duszę".

  Aleksiej opowiada jeszcze o trawie, o tym, że głowa po niej boleć przestaje, że już w Biblii napisane, że każde ziele dla człowieka, że pokarmem mu to co posieje. <<Nauczycielu, siejmy ziele>> - powtarzał Aleksiej, ale Wissarion się do upraw marihuany nie przekonał.

  Tola Pszenaj śmieje się, kręci głową, potem podaje obiad - kotlety sojowe, kartoszkę. Pszenaj spoważniał, milczy. Dopala się świeca, skwierczy wosk.

  "Przyjechałem tutaj, zostałem bez pieniędzy, lekko przyszło rozstać się z samochodem" - mówi w końcu Tola. - "Tego łatwo się było wyrzec. Ale kiedy pozostały tylko narzędzia, te podstawowe, bracia zaczęli przychodzić, mówić: <<Tola, daj>>. A mnie aż ścisnęło, myślę: <<Jakże to, dam, a mi nic nie zostanie>>. Miałem dwie baterie słoneczne, a u niektórych braci ni jednej. Wiesz, że trzeba oddać, ale żal, światła i na dwóch bateriach za mało. Pojąłem, że to dla mnie nieprosty szczebelek. Świadomie oddałem baterie, rozdałem wszystko. Dopiero teraz, po pół roku, kupiłem sobie akumulator, pojawiło się światło. To szkoła nielekka. Zgadzasz się z tym, co napisane, ale żyć tak niełatwo".

  Zbliża się zachód, trzeba wyjść z miasta. Droga spada w dół, za banią skręca w prawo, tonie w bieli. Tola żegna się na rogatkach - przy szlabanie z kolejowej szyny. "Idźcie, riebiata, idźcie. Odejdźcie w pokoju. Nie wiecie jeszcze, w jakiej grze bierzecie udział. Cały wszechświat na was patrzy. Cały wszechświat..." - powtarza niedoszły minister Łukaszenki i wraca do miasta. Nowe Jeruzalem znika wśród drzew.

  Potem Aleksiej wyciąga biełomory, nabija, staje na drodze, każe włączyć mikrofon, przemawia, krzyczy. Wokół coraz ciemniej. "Rosjanie, opamiętajcie się. Rosjanie, dlaczego podżegacie do wojen? Ludzie na świecie, dlaczego żyjecie pieniądzem? Na Boga, opamiętajcie się ludzie! Wissarion, ten który był szeregowym gliną i nędznym artystą, przyjął szeregowego katorżnika Aleksieja. Albowiem Chrystus przyszedł na ziemię, a wy go powtórnie nie poznaliście!" - recydywista Aleksiej przemawia, na niebie wschodzi biały księżyc, jest coraz wyżej, wznosi się nad tajgę, pęcznieje. A gwiazd jeszcze więcej niż zwykle.


Niedziela, po wissarionowym nabożeństwie, Czeriemszanka


  VIII.

  Swieta chciała niedawno wyjechać. Na zawsze.

  "Poczułam, że dalej już nie wytrzymam, że to nie dla mnie, sił nie starczy. <<Tak żyć nie potrafię, wracam do domu, człowiek musi być czysty, żeby wstąpić na taką drogę >>. Minęło jednak trochę czasu, pomyślałam: pięknie, a jak tam wrócić? Jak tam będę żyć? Tutaj widzę przynajmniej jakiś sens, a tam sensu nie ma. Nie będę w stanie patrzeć na wszystko, co się tam wokół dzieje. Pojęłam, że skoro zrobiłam krok w przód, to nie ma odwrotu".

  Igor napisał niedawno rodzicom: "Jeżeli jeszcze na mnie czekacie, na próżno, nie wrócę". Nie wiedziałby już nawet, jak iść na dworzec, jak kupić bilet. Czym by się żywił? Nie je tego, co tam dają.

  "Potrzebowałbym przewodnika. Bałbym się wygłupić. Podszedłbym, powiedział: <<Wujku, zawieź mnie tam a tam>>. A on: <<Dwieście rubelków>>, albo: <<ty co, idź na piechotę>>. Pisałem matce:  Mamo, jeśli przyjadę do ciebie, to w chitonie, z kosturem i tak dalej, boję się trochę, przyjmiecie mnie?>>. Ona odpisuje:  Skoro tak, to może lepiej nie przyjeżdżaj. Albo może damy ci świeckie ubranie>>, a ja: <<Mamo, to niemożliwe>>".

  Denis czeka na żoneczkę. Mieli pieniądze na jeden bilet, pojechał on. Niedługo będzie cieplej, można dotrzeć "sobakami", stopem. A może i pociągiem, żona jest teraz cieciem w muzeum, zarabia na bilet. Powinna przyjechać za parę miesięcy.

  Pasza wyjeżdżał w Świat. Wrócił.

  "W Świecie pociągały mnie zawsze kolory. Kiedy tu przyjechałem, poczułem głód bodźców, głód barw. Bo świat błyszczy, jest jaskrawszy, intensywniej smakuje. A tu wszystko skromniejsze - wokół tajga, cicha przyroda. Brakowało mi tutaj barw, blasku. Brałem okładki czasopism, trzymałem "Ogon'ka'", wpatrywałem się w fotografie, napawałem kolorami. A potem wróciłem na chwilę do swojego miasta, zaszedłem do supermarketu, w którym kiedyś pracowałem. Chodziłem pośród wszystkich tych luster, świateł, etykietek, naklejek, reklam.

  Pojąłem, że Świat błyszczy się i skrzy, ale nie jestem w nim nikomu potrzebny, wszyscy biegają, spieszą się, nikt nie podejdzie. Nawet gdybym się skaleczył, upadł, uderzył, ludzie pobiegną dalej. Poczułem chłód. Zrozumiałem, że lepiej mi w tajdze. Że wolę już czuć niedostatek barw, byle było ciepło. Dla duszy. Zrozumiałem, że tamten świat nie dla mnie, że nie pojadę tam więcej".



  IX.

  Karczowali tajgę, wytyczali ścieżki, nosili belki. Sadzili świerki w miejsce ścinanych na deski. Wspinali się w upale, meszka wchodziła pod maski, dłonie puchły, palce przestawały słuchać.

  Chcą nauczyć się ziemi, dotykać każdego warzywa, znać każdą marchewkę, każdy kartofel, chcą rozmawiać z tajgą. Chcą przeprosić ziemię-matuszkę. Pragną zostać mistrzami rzemiosła. Pragną stworzyć inny świat.

  Bo cywilizacja ludzka to carstwo siły. Cywilizacja świata oparta na gwałcie, pieniądzu - wytworze Drugiej Siły Nieziemskiej. Tu zaś ma być wolny, nowy świat.

  Losza przywiózł kolejną kasetę wideo. Na ekranie Wissarion, jak zwykle w chitonie:

  "Czady boże, dzieci Boga. Życie wasze składa się z dwóch etapów. Żywię nadzieję, że już niedługo pierwszy etap zakończycie. Albowiem w przeciwnym razie drugi nigdy się nie rozpocznie. Pragniecie sławić Boga, pragniecie czynić Dobro. Nie wszystko udaje się wam zrealizować. Jednako czeka was drugi etap. Musicie nauczyć się wierzyć Bogu, zapomnieć o własnych pragnieniach. Musicie nauczyć się czuć wolę Ojca. Albowiem tylko w życzeniach Ojca waszego, Boga Jedynego, tkwi istota waszego rozwoju. Musicie się nauczyć rozumieć Jego wolę. I to jest wasze zadanie domowe na dzisiaj".

  A w Czeriemszance lekcje. Wszystkie dzieci w szkole. Program historii omija całkowicie wojny, rewolucje, wszystko, co związane z gwałtem. Podstawy stosunków państwowych oparte na dążeniu do zdobywania dóbr materialnych nie mogą zaistnieć w przyszłości. Dziecko spyta: "Co było w 1789 we Francji?", a nauczyciel odpowie: "Jedni panowie drugim guziczki od kaftana obrywali". Program skupia się na osiągnięciach sztuki, rzemiosła. W matematyce nie ma zadań: "Jaś zabrał dwa jabłka Staszkowi". W geografii - eksploatacji złóż, ekonomii. W rosyjskim - lektur wojennych. Państwo zaakceptowało program, co pół roku przyjeżdża ze Świata egzaminator, wystawia oceny. Średnia - powyżej czterech.

  Wierszyków o Wissarionie dzieci nie znają, tak samo z piosenkami. Bo każdy musi wybrać sam, świadomie, kiedy dorośnie. Gdyby zdecydował jechać - droga wolna, są kołchozy, niech zarabia, zbiera pieniądze, rusza w Carstwo Siły. A biblioteka świecka tuż przy asfalcie, sto wiorst stąd, dotrze autobusem, krazem, można i piechotą, w trzy dni dojdzie.


Poranek nad rzeką, Pietropawłowka


  X.

  Dorośli na zebraniu. W Wagoncziku mówią pewnie o "burżujce", w Pietropawłowce o Jurze Szewcu, kto ich tam zresztą wie. Jeśliś nie z rodziny - na zebranie nie wejdziesz. Tam sprawy wioskowe.

  Igor żegna się z ziemuszką, rusza na spotkanie w Żarowsku. Idzie zadowolony, wreszcie zaczęła się praca nad psychiką. Patrzy, widzi: aha, ta reakcja była nieprawidłowa, tu trzeba inaczej. Wcześniej czuł jakby robili lekki masaż, tak przyjemnie, a teraz uderzają coraz mocniej. Biorą za kości, za kręgosłup. Skończyła się zabawa.

  Toli Pszenajowi ciężko było ostatnio. Dostarczali materiały ze Świata. Traktorzysta, młody jeszcze, złapał gumę, przyjechał na flaku, zajechał oponę. Tola od razu - dawaj na niego, krzyknął w sprawiedliwym gniewie: "Coś ty zrobił, nie tak trzeba było". Emocje niedobre, energia negatywna, serce boli. A Tola nic - przywykł, naczelnikiem był w końcu, w Świecie krzyczeć trzeba. Nadszedł wieczór - dawaj, wzięli Tolę na zebraniu w obroty: "Czemuś ty taki, jakże tak". I poszły łzy skruchy. I było pokajanie.

  A u Wołodii - tego, co Ojcem Wszechmogącym chciał zostać - problemy rodzinne:

  "Żona położyła się spać, ja siedzę, zajmuję się duchem. A obok mnie leżą brudne naczynia. Następnego dnia żona wstaje, widzi brudne naczynia: <<Czemuś nie wymył naczyń, tak długo siedziałeś, miałeś czas>>. A mi nawet myśl taka przez głowę nie przemknęła. Skoro myśl nie przemknęła, to jak mogłem wymyć. A ona: <<Jesteś nieuważny. Powinna myśl przemknąć >>. Mną aż trzęsie, chcę wytłumaczyć: jakże ty nie pojmujesz, że skoro nie było myśli, to wymyć nie mogłem. Ale przypominam sobie przykazanie Nauczyciela. Rozumiem, że boję się poniżenia. Powinienem w tej sytuacji powiedzieć: <<Dziękuję, jeszczem maluczki, nie umiem jeszcze żyć dla ludzi, zająłem się sobą, zapomniawszy o dobru wspólnym. Następnym razem przemknie przez mą głowę myśl o myciu naczyń>>".

  Swieta siedzi na zebraniu, milczy. Jedno wie na pewno: zostanie. Ale nie przypuszczała wcześniej, jak trudno być dobrym.

  Mikołaj Polikarpowicz tęskni za odpoczynkiem, za czasem, kiedy nie wiedział o wszechświecie. "Łapie taka nostalgia za dzieciństwem, młodością. Za czasem, kiedy brykałem, nieświadom niczego. Brykałem zadając rany innym. Przychodziło mi wielu aresztować, sadzać, wielu poszło na rozstrzelanie. Oni przeszli przez moje ręce. To wszystko zaczyna mnie prześladować. Istnieje sposób na złagodzenie bólu - skrucha i pokuta. To mi się do końca nie udaje. Bardzo trudno... Tym bardziej, że relacje w Zonie nieproste. Spojrzysz z boku: wierzący, a postępują czasem gorzej, niż niektórzy w Świecie. Nauczyciel wezwał do siebie, do zony, głównie liderów. Wyobraźcie sobie społeczność samych przywódców, różnego kalibru. Wszyscy zachowują się jak dzieci, co dopiero przyszły do szkoły, przekrzykują się: <<Dwa razy dwa jest cztery>> i tak dalej. Dzieci dają wskazówki, krzyczą na siebie, pouczają. Tak i my. Stąd ciągłe: <<Stop, źleś powiedział. Źleś postąpił, to wbrew przykazaniom>>. To utrudnia kontakty. Ale to minie, teraz Okres Przejściowy. Stare odeszło, nowe jeszcze nie przyszło".



  XI.

  Wissarion powiada: "Zaprosiłem was w gości, pobawić się zabawkami". Bo tutaj jest bajka: jeździsz na sankach, chodzisz na piechotę, na wschodzie masz Górę, na zachodzie Świat. Zimą budujesz świątynię ze śniegu, chodzisz w chitonie, nosisz ciżmy, rozmawiasz z lasem.

  "Co by się nie działo, żyjesz w bajce, fantazja pozwoli przeskoczyć każdy mur, cierpienia w bajce łatwiej znosić" - powtarza malarz Żenia i pracuje nad fakturą, którą oko wojskowych łaskawiej przyjmie.

  Bajka bajek... Losza Rags bywa w bajce czasami. Bajka to uczucie, jej nie da się wyjaśnić słowami. To jak miłość. Nie wytłumaczysz, co to miłość. Tak samo z bajką. Wpadłeś w bajkę, wiesz, że jesteś w bajce. A jak się to stało - nie wiesz. "Kiedy idziesz do tajgi z dobrymi intencjami, idziesz, by oddać się lasowi, pomodlić się, dotknąć drzew, wtedy las się przed tobą otwiera i możesz wejść do bajki. Co wtedy? Traf sam, dowiesz się. To tak, jakby człowiekowi, który nie zna soli, wyjaśniać, co to sól".


Anatolij Pszenaj, Nowe Jeruzalem


  XII.

  Czy Walery z Krymu bywa w bajce - nie wiadomo. W Wissariona w każdym razie nie wierzy. Nie wierzy, że Wissarion jest Chrystusem. Walery był tancerzem baletowym, kolektyw miał dobry. A potem nagle ten Wissarion - były milicjant. Żona - Chinka - uwierzyła. Zaprosiła w gości, do domu na Krymie. Siedzieli za stołem, Wissarion, Wadim, żona, Walery.

  "Jemy obiad, rozmawiamy. Ja mówię: <<Słuchaj, Wissarion, jak wy tam bez pieniędzy żyjecie? Mi się to w głowie nie mieści>. On się śmieje, a Wadim nagle: <<Jedźmy, zobaczysz, co i jak>>. <<Ty co, z choinki się urwał, w głusz jechać, koszmar>>. Bo ja wszystko miałem: i garaż i przystań nad morzem i daczę koło plaży. <<No riebiata, nieźle dajecie czadu>> - mówię. <<Jak tak żyć - nie wiem>>.

  A potem i Morze Czarne się zepsuło, na skórze żonie coś zaczęło wyskakiwać, i drzewa padły. Rozbójnickie czasy nastały. Strzelają pod oknami, zabili jednego, drugiego. A ja tego nie lubię, nie podoba mi się, jak tak w biały dzień".

  Wziął Walery żonę, pojechali. Myślał sobie: "Może i tak, może to niegłupie? Mam już ponad pięćdziesiątkę, zacznę nowe życie, to kolejną pięćdziesiątkę przeżyję". Żadna tam religia. Teraz też o religii nie myśli. Żona mówi: "Modlić się trzeba", a on "Dobra, dobra" i dalej śmietankę pije, mleczko, czasem zje i czekoladę. Z Wissarionem się spotka, pożartują, pogadają.

  "Normalnie z nim rozmawiam. Żadnym tam: <<Och, ach, Nauczycielu>>. Mówię: <<Patrz no, powiedziałeś tak a tak, a oni robią inaczej>>. A on: <<Co robić, trudno>>. Teraz jest już inny. Zaszedł ostatnio, mówię: <<Co, zmęczony?>>. A on: <<Zmęczony>>. Normalny facet. Gdyby był inny, nadęty, od razu bym wyjechał. Nie lubię takich. I co najważniejsze: Wissarion niczego nie zabrania. Chcesz walnąć pięćdziesiątkę, pij, na zdrowie. Skoro strzelasz lufę, znaczy przeziębiłeś się, walnij na rozgrzewkę". "Co ty Walera mówisz!" - żona, Chinka, zrywa się z maty, patrzy na męża, prycha - "On pozwala tylko łyżkę wina, kiedy zachorowałeś. Dziwnie mówisz!". "Tak, tak" - Walera kiwa głową, przytakuje - "Prawda, prawda, łyżkę wina i tak dalej. Ale rzadko o tym mówi".

  Walery mieszka z żoną w Pietropawłowce, przyjaźni się z pułkownikiem specsłużb Mikołajem. Dobrze się tu czuje, mówi, że jest wolny. Tylko pracować trzeba.

  Trzy palce urżnęło, bo piłować nie umiał, całe życie przetańcował.



  JAK BĘDZIE


Południe, Góra Sucha

  Dzieci są najważniejsze - one pójdą naprzód. Swieta na przykład wyobraża sobie ludzi krystalicznie czystych, w białych szatach, latających za pomocą myśli. Wie jednak, że sama latać nie będzie. Nie dożyje. Wszystko dla młodych. "Stwórzmy maleńki świat, byle był inny. Żeby na ekranie wujek nie biegał za ciocią z siekierą, żeby nie tłumaczyć dzieciom - co to za <<pif-paf>>. Daj Bóg, żeby się nam udało".

  Igor ma plany bardziej dalekosiężne. Bez dwóch zdań - Zło nie ma przyszłości. Zło nie przetrwa. Zostanie tylko Dobro. Teraz jest tak: pragniesz żyć już w świecie Dobra, ale na razie Zło jeszcze istnieje. Jeśli chcesz nauczyć się żyć pod wodą, musisz umieć oddychać skrzelami. Żyjesz jeszcze z lesie, wkładasz głowę do wiadra, próbujesz oddychać wodą. Inni patrzą: "A ten co? Wkoło powietrze, ptaki, słońce, a ten z łbem w wodzie". Ty trenujesz, bo wiesz, że niedługo wszystko zaleje woda. Tak według Igora jest z mieszkańcami Zony.

  Ludzie wierzą, to tak oczywiste, jak słońce na niebie. Co do tego Wadim-ewangelista nie ma najmniejszych wątpliwości. Będą szczerze pracować, budować, stworzą system alternatywny, na którym podźwignie się Rosja, dowie się o nim świat. To nieuchronne. Ale nie da się tego dokonać w jeden rok. Teraz jest czas przejściowy, pieriestrojka. Człowiek musi się nauczyć żyć poza systemem finansowym. Tajga daje wszystko: jagody, olej, orzechy cedrowe. Wystarczy pracować. Pieriestrojka musi nabrać pędu.



  II

  "Ostatni Testament", przykazanie dwudzieste:

   "Nie odchodź od Świata. Albowiem Łaska, której szukasz, winna być przekazywana od człowieka do człowieka - w tym tylko siła".

  Wadim Riedkin:

  "Większość sekt, ruchów religijnych powiada: na ziemi jest brud, grzech. Teraz się zbierają, a potem gdzieś odejdą, ulecą. My twierdzimy odwrotnie: jeżeli jest brud, to brud pochodzi z nas samych. A ziemia jest boska, to Królestwo Boże. Dlatego nigdzie się nie wybieramy. Nauczyciel uśmiecha się czasem, mówi: <<Niezły sposób ludzie wymyślili: jak jest brud, to trzeba gdzieś odejść>>. Ale jeżeli masz świnię w duszy, to żebyś nie wiadomo gdzie w kosmos uleciał, chlew można zrobić wszędzie. Nam życie drogie, droga nam ziemia".

  Wołodia Kapunkin powtarza tylko: "tutaj będzie państwo w państwie".

  A Walery pyta: "Wissarion, co za jazda, nie mogę pojąć, co się tu właściwie dzieje". Wissarion odpowiada Waleremu: "Może pojmiesz jutro, może za dziesięć lat, a może najlepsze, co mogłeś uczynić w swoim życiu, to tutaj przyjechać. Może zrozumiesz w następnym życiu, może jeszcze później".

  Bajka bajek...


Niedziela, Nowe Jeruzalem


  III.

  "Ostatni Testament", przykazanie trzecie:

  "Jeśli nieprawda twoja Zło niesie, to dusza twoja u wrót wielkiego cierpienia.

  Jeśli nieprawda rozczarowanie niesie, to Złem rzeczone będzie. Nieprawda skrywająca Zło to Zło jeszcze większe.

  Jednako nieprawda niosąca Dobro - mądrość wielka".



  Jest rok trzydziesty dziewiąty


Niedziela, poszukujący z Tuwy, Góra Sucha


  Koniec kwietnia. Nadchodzi wiosna. Słońce wysoko, śnieg topnieje.

  Do Czeriemszanki przyjechał komiwojażer, kremowa furgonetka stanęła przed piekarnią. W wiosce poruszenie, dziś można kupić wszystko. Jest i brezent i celofan na metry i chińskie kurteczki i buty jak marzenie: guma do kostek, dalej worek jutowy, solidny, wyżej kolan wiązany sznurkami, żeby śnieg nie wpadał do środka. A w środku filc: pachnący, miększy niż walonki. Biegnie już Swieta, ma na sobie futro, chyba z norek, zostało jeszcze ze Świata, przeskoczyła kałużę, doszła do furgonetki. Gwiazda estrady przelicza, patrzy, rubelków już końcówka, może by kupić dzieciom kaloszki? Tylko czy na pewno nie przemokną? "Nie przemokną, nie przemokną" - komiwojażer klnie się na Boga - "Trzeba tylko podpisać: który lewy, a który prawy, żeby chodzić było wygodniej. Bo podeszwa niby ta sama, ale z czasem się odróżnią". Dwieście za sztukę, a można wziąć i za sto siedemdziesiąt. Jak dwie pary to jeszcze taniej.

  Drogą idzie Losza Rags. Nie chce kaloszków. Wraca do domu, niesie kasety, trzeba przegrywać, roznosić po wioskach, popłynął znów potok kazań, Nauczyciel mówi, żeby soję uprawiać.

  Jutro przyjedzie uazik.

  Jest rok trzydziesty dziewiąty ery narodzenia.

  Kolejna wiosna okresu przejściowego.



Zona-Świat, marzec 1999







tekst ukazał się w krótszej wersji w Tygodniku Powszechym; pierwszy nasz wyjazd do Zony był dofinansowany przez Fundację im. S. Batorego, Polskie Radio S.A. i Tygodnik Powszechny

wyjazd drugi: wypaczenia  ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


reportaże  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni