archiwum

zima'03/04
str. 1   str. 2



ZONA - sekta wissarionowców

reportaże  strona główna


wyjazd pierwszy: strach i fascynacja

w y j a z d  d r u g i :   w y p a c z e n i a

Riebiata, cóż wy robicie?!

jędrzej morawiecki, tekst
maciej skawiński, zdjęcia


foto, maciej skawiński


  Miejsce:

  Góra Sucha - centrum sekty wissarionowców. Wkoło - Nowe Jeruzalem. Dalej wioski "Zony" i tajga. Południe kraju krasnojarskiego.


  Czas:

  Jesień 1999.


  Rozmówcy:

  Wissarion - przywódca duchowy sekty. Milicjant urodzony w 1969 roku. W roku 1990-1991 - ogłosił, że jest Chrystusem.

  Tola Pszenaj - naczelnik kolei białoruskich do 1997 roku; później uwierzył w Wissariona, wyjechał na Syberię.

  Wadim Riedkin: do 1992 roku muzyk rockowy; potem został "ewangelistą" Wissariona - jeździł z nim po byłym Związku Radzieckim. Napisał "Posliednij zawiet" - "Ostatni Testament" - czołową publikację sekty.


*


Wissarion: Dzień dobry. Z Polski kawałek drogi.

My: Dwa dni do Moskwy, dzień samolotem - na Syberię, parę godzin uazem. Potem miało być dwa dni na piechotę, wyszły trzy. Śmieją się i Tola i Wadim i Wissarion.

Wadim: Oj, tak, słyszeliśmy, zuchy. Drogą zimową poszliście, trzeba było górską. Dobrze, że choć dzień był słoneczny.

My: I dobrze i nie. Słońce grzało, śnieg topniał, błoto, kałuże po kolana. Na piętnastym kilometrze stał bobik (uaz), chyba wasz. W środku nikogo nie było. Samochód w wodzie po pakę. Dobrze, że choć do chutoru Łotyszy dotarliśmy. Nakarmili ziemniakami, marchwią, dali wrzątek. Stamtąd poszliśmy już w góry, po znakach.

Wissarion: Tak. Jest gdzie chodzić. Czasem wyjdziesz, przejdziesz i czterdzieści kilometrów w Sajan, bezdrożem. To potrzebne.

My: Zaczęliśmy rozmowę od Polski. Jakieś przesłanie dla Polaków?

Wissarion: Krótko nie wyrazisz. Życzyć zdrowia to mało, choć życzę rzecz jasna. Dokładniejsze życzenia spróbowałem przekazać całej ludzkości w "Ostatniej nadziei" - maleńkiej książeczce na temat globalny. Dzięki niej ma zmienić się wszystko. (...) Człowiek musi z gruntu zrewidować swe poglądy. Tak żyć dalej nie może, takie życie prowadzi do zguby. Nie mam kazań dla Polski, Bułgarii, Ameryki. To jedna rodzina. Wszystkie te przegródki, płotki, granice - śmieszne i smutne zarazem. Chciałbym, by ich nie było. Ale czy ludzie zechcą słuchać? Jeśli nie - poczekam, mam czas. (...) Ważne by przebaczać. Wtedy będziesz człowiekiem. Nieważne - ujrzysz na ziemi prawdę przenajświętszą czy nie - i tak w sercu odnajdziesz to, co Boże. I tego zdradzić nie możesz. Podążaj godnie za tym, co spotkałeś. (...)

Pytanie: Jak wyjaśnić to, że są tu przede wszystkim Rosjanie? Oczywiście - podstawowa rzecz to geografia, jesteśmy w Rosji. Poza tym i Pan mówi po rosyjsku. Ale czy to jedyne przyczyny?

Wissarion: Dusza nie ma narodowości. W ciągu ostatnich lat stworzono tu warunki do sformowania podstawy nowego człowieczeństwa. Mam na myśli warunki materialne, polityczne... (...) To wszystko zbierało się przez wieki. (...) Ale nie można powiedzieć, że tu głównie Rosjanie. Przecie w poprzednich wcieleniach rodzili się w innych krajach. Wrota otwarte dla wszystkich. Wszystko ma swój czas. Wielu tu jeszcze przybędzie. By się jednak tak stało - trzeba stworzyć odpowiednie warunki. Wtedy i piechotą przyjdą.

Pytanie: Spotykałem się parę razy z Walerą z Pietropawłowki (pierwsza wioska "Zony"), na pewno go pamiętacie, mąż Chinki. On powtarza za każdym razem: "Nie wierzę, że Wissarion jest Chrystusem, to normalny facet". Jest tu miejsce dla tych, co w was nie wierzą?

Wissarion: Rozumieć wszystko, co wokół - to wielka odpowiedzialność. (...) Taki ciężar mogą przyjąć na swe barki tylko wybrani, ci co mają predyspozycje. Ale tu potrzebni nie tylko tacy. Dlatego teraz przyjeżdża coraz więcej dalekich od wiary. (...) Zaspokajać własnego egoizmu tu nie będą. Egoizm zniszczę, gwarantuję. Tu jest pole bitwy z egoizmem. Tu rozkwitną ludzie, a nie niewolnicy dumy własnej. (...) Człowiek winien czcić Boga, a nie swoje ego, jak czynił to przez tysiąclecia. (...) Ludzie mówili o wierze, nie zmieniając swej podstawy. Wiarę obrócili w zabawkę choinkową. Powiesili na świątecznym drzewku i myślą, że teraz już wszystko w porządku. Tak nie jest. Wiara winna być podstawą życia. To co teraz - podobne śmierci. To nie życie. Zwierz żyje lepiej. Człowiek szkodzi bardziej otoczeniu, niż zwierz. Zwierz cenniejszy na Ziemi niż człowiek. Czyż tak może być? Wiele trzeba zawrócić, wiele zrewidować. Wielu tu będzie ludzi, trudności masa. (...)

Pytanie: Jak wyjaśnić to, że przyjeżdża tu przede wszystkim inteligencja techniczna: inżynierowie, wojskowi, milicjanci...

Wissarion: Ciągną tu głównie ludzie myśli, ci co poszukują. A tacy, to głównie inteligencja: skłonni do romantyzmu, poszukiwań, fantazji. (...) Drogę muszą odnaleźć sami. Wielu będzie błądzić. Nic tam. To też potrzebne.

Pytanie: Mówi Pan o ciężarze odpowiedzialności. Czuje się Pan zmęczony?

Wissarion: Nie być zmęczonym można tylko w jednym przypadku: kiedy nie przyjmujesz odpowiedzialności za to, co dzieje się wokół. Jeśliby przyjść na ziemię i zachować swój świat - wtedy można by nie być zmęczonym. Trzymać dystans, trwać, nie denerwować się: chcecie to bierzcie, nie chcecie - to nie. Pijcie krew i ból, które sami zgotowaliście. Mógłbym trwać w swoim świecie. Ale ja nie taki. Moja prawda to ludzie. Moje serce to ludzie. Moje uczucia - ludzie. Ludziom wszystko daję. (...) Przed ludźmi się odkrywam. To zadanie nieproste. To boli. Tak być musi. Po to przyszedłem. Oczywiście czuję zmęczenie. Moje ciało gotowe wytrzymać wiele, ale nie jest przecież polietylowe. (...) Kiedy czuję zmęczenie - próbuję się wyłączyć, pomodlić, owinąć swoim światem, wrócić do siebie. Na jakiś czas. Do mnie przecież przychodzą stale z kłopotami. Nie idą po to, by opowiedzieć o swych radościach. We wszystkie opowieści pogrążam się całym sercem, dopiero wtedy mogę ocenić, pomóc. (...) Przychodzą chwile, kiedy chce się pospacerować, pochodzić po górach, przyjść do siebie. (...)

Pytanie: Czy kiedy zdał sobie Pan sprawę z tego, kim jest, myślał Pan o tym ciężarze?

Wissarion: Nad tym nie dało się zastanawiać. To po prostu moja istota. Takie życie. Innego nie znam. Dla mnie ważny jest człowiek. Wy możecie kochać naturę, opiekować się nią, cieszyć. Ja nie mogę. Wy urodziliście się po to, by kształtować wszechświat, ja - po to, by wam pomagać. To wszystko. Wiem, że będzie ciężko. (...)

Pytanie: Przyjeżdżają tu pielgrzymi, przyjeżdżają komisje, przyjeżdżają inspekcje. Zachodzą i na Górę. Mogą spotkać wasze dzieci. Mieszkacie tu przecie z żoną i dziećmi. Mogą więc spytać: "A kim jest wasz tatuś?". Cóż wtedy dzieci odpowiedzą? Że Synem Bożym?

Wissarion (uśmiech, chwila milczenia): Tak... Ja się z dziećmi bawię. Nie jestem wtedy jak Nauczyciel. Biegam, śmieję się, tarzam po podłodze. Smutne, że niektórych to dziwi. Dzieci znają mnie jako tego, co z nimi się bawi. O reszcie dowiadują się od ludzi. Ala na razie to dla dzieci niezrozumiałe.

Pytanie: A ludzie, którzy mieszkają w Nowym Jeruzalem? Jak rozmawiają z waszymi dziećmi?

Wissarion: Niestety. Ludzie stwarzają dzieciom niejakie trudności. Zaczynają je wyróżniać, wywyższać. To niebezpieczne. Tak nie można. Ale cóż począć? Zakazu nie wydasz. Nie zamknę dzieci na szczycie. Jest jak jest. Ukształtował się stereotyp - dzieci Chrystusa. Od tego nie uciekniesz. Staram się to zminimalizować. (...)

Później podziękowanie za rozmowę, Wissarion mówi: Ciekawe co u was, na polskiej ziemi. Żadnych zawirowań? Oj, Wadik (odwracając się do Wadima "Ewangelisty"). Tam się nam jeszcze zajechać nie udało, co? Dobrze by zawitać... Muzea zwiedzić... Podoba mi się Matejko, warto by ujrzeć prace w oryginale. Tu też kulturę trzeba będzie rozwijać. Byle duch okrzepł. (...) Wtedy sztukę będzie trzeba podźwignąć. Ja sam jestem amatorem sztuki. Muzea pooglądać, rzecz niezła. Warto by pozwiedzać.

Wadim daje znak, Wissarion jest zmęczony. Koniec rozmowy.


  Drugi pobyt w "Zonie". Relacja.

  Jesień dość mroźna (dalej, w miastach, śniegu jeszcze prawie nie ma, w tajdze zawsze chłodniej). Mimo mrozu wissarionowcy przez cały czas zbierają kartofle, siano... Zależy jeszcze kto, , niektórzy zdążyli z urodzajem wcześniej. A i pogoda nie w każdej wiosce ta sama. Bliżej gór inaczej, niż przy rzece. Wróćmy jednak do sekty.

  Mieszkać w "Zonie" - to prestiż. Stąd przecież najbliżej do Wissariona. Mamy więc cztery wioski (Pietropawłowka, Czeriemszanka, Guliajewka, Żarowsk), dalej garść chutorów w tajdze, w końcu - po dwudziestu kilometrach - Nowe Jeruzalem - pięćdziesiąt drewnianych chatek, tyleż rodzin. Wszystko wokół Góry Suchej, na której mieszkają: Wissarion z żoną i dziećmi, Wadim Riedkin i duchowny - były pułkownik wojsk rakietowych.

  Sekta powstała na początku lat 90. Czas to dla rozwoju alternatywnych ruchów religijnych jak najbardziej odpowiedni, choć najgłośniejsze współczesne ugrupowania ezoteryczne i sektanckie rozkwitły na terenie ZSRR na fali pierestrojki już nieco wcześniej, bo pod koniec lat 80. (jednym z bardziej spektakularnych przykładów może być tu Białe Bractwo - o nim mówiono i w polskich wiadomościach).

  Skala zjawiska? We wspólnocie na Syberii mieszka około trzech tysięcy osób (nieco ponad dwa tysiące to dorośli). W ostatnim roku na południe krasnojarskiego kraju przyjechało na stałe około 900 wierzących; w tym samym czasie w Świat (czyli poza "Zonę") wyjechało 61 osób, z czego 33 podtrzymują kontakty ze wspólnotą. 60,5 procent mieszkańców to kobiety, 39,5 procent - mężczyźni.

  Do stałych mieszkańców wspólnoty należałoby doliczyć "filię zony" w Bułgarii (brak bliższych danych, zjawisko bardzo świeże), prócz tego wspomnieć trzeba o znacznej liczbie wyznawców Wissariona skupionych w ośrodkach utworzonych na terenie byłego Związku (Ałma-Ata, Anapa, Astrachań, Archangielsk, Biełgorod, Błagowieszczeńsk... - pięćdziesiąt osiem miast według danych z 1998 roku) - ich liczebność jest trudna do oszacowania, jednak z całą pewnością wielokroć przewyższa liczbę mieszkańców "Zony".


foto, maciej skawiński


  Żywią się głównie własną uprawą. Chcą żyć bez pieniądza (bo rubel, dolar - wszystko to księstwo siły - tak powiada Wissarion - Nauczyciel). Od Wissariona dostają kazania, których słuchają na kasetach. Wejście do wspólnoty nie oznacza utraty własności prywatnej. Wielu kupuje własne domy - szczególnie ci w pierwszych wioskach, gdzie połowa to miejscowi. Własne pola, własna kuchnia... Inaczej jest w Nowym Jeruzalem - tam już jak w klasztorze. Wszyscy wissarionowcy wedle doktryny przestrzegają diety wegańskiej (ni mięsa, ni ryb, ni jaj, ni mleka). Nie piją alkoholu, nie używają tytoniu.

  Czym jest sama sekta? Pytania można by mnożyć cytując Tadeusza Palecznego: "Grupą czy wyznaniem? Instytucją czy wspólnotą? Ruchem religijnym czy społecznym? Kultem czy ideologią? Światopoglądem czy doktryną? Na wszystkie powyższe pytania istnieją zarówno przeczące, jak i twierdzące odpowiedzi" (T. Paleczny, Sekty . W poszukiwaniu utraconego raju, Kraków 1998). Można by za Palecznym pytać dalej: "Dlaczego ludzie porzucają wygodne, ustalone miejsce w systemie społecznym i wstępują do sekt budzących niechęć i negatywną reakcję ustabilizowanej większości? W imię jakich racji i wartości członkowie sekt podejmują skrajne wysiłki zmierzające do podniesienia ich gorliwości religijnej? Jakie czynniki decydują o atrakcyjności małych grup religijnych naruszających konwenanse i destabilizujących sztywną strukturę wyznaniową?". A wielu Wissarionowców zostawiło za sobą sporo. Tola Pszenaj - perspektywę na fotel ministerialny u Łukaszenki. Jeden z duchownych "Zony" - posadę w Akademii Wojskowej w Moskwie. Wołodia Skomorochow - jak mówi - 150 tysięcy hektarów ziemi oddanej w dzierżawę wieczystą za kilkaset dolarów (wstrzelił się w lukę prawną, Republika Chakasja dopiero co zyskała autonomię) - wszystko przejęli wspólnicy. Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Niektórych bohaterów opisywałem w poprzednich swych publikacjach. Trzech tysięcy ludzi jednak nie spiszesz. A wyciągnąć średnią niełatwo - bo wioski są różne. Jedni trafiają do chutorów. Inni do tętniących cywilizacją kołchozów. Jeszcze inni wreszcie mieszkają u podnóża Góry Suchej - w mieście-klasztorze - nasuwającym chwilami skojarzenie z komunami tworzonymi przez dziewiętnastowiecznych utopistów. Są wreszcie i tacy, co trafili nad jezioro: zimą skute lodem, latem - więzione pasmem błot, wiecznie - łańcuchem Sajanu.

  Niech więc relacja będzie zbiorem scen, tych z jesiennego pobytu.


OBRAZ I.

  Czeriemszanka - największa wioska "Zony" - poczta z telegrafem, szkoła, elektryczność. Igor przyjechał tu rok temu. Teraz mówi: "Pamiętam reklamę, która przerabia cię na zombi, markety nabite tanią produkcją, bzdurą... To wszystko przestrzeń nie do życia, nie mogłem wytrzymać. Pewnie i dlatego się wyrwałem".

  Mieszkał na Białorusi. Najpierw chciał studiować matematykę, w Mińsku. Zawalił egzamin, poszedł na rolniczą (mieli tam sport na niezłym poziomie). Zaczął pracować w sowchozie.

Igor Miszczuk: Sowchoz to połóg Rosji, martwe dzieci rolnictwa. System bez życia, oparty na gwałcie. Żadnych prawideł ekonomicznych, czy jakichkolwiek innych. Wszystko opiera się na silnej jednostce albo leci na pysk. To mi się nie spodobało. Uciekłem do szkoły, na nauczyciela. Tam prościej. Dzieciakom podobała się technika, jeżdżenie na traktorach. A riebiata silni, twardzi, trzymali formę. Interesowali się tobą - żywym człowiekiem - a nie dogmatami, które wykładałeś. Starałem się dać im jak najwięcej. Na wykładach o traktorach mówiłem i o literaturze ezoterycznej, którą zacząłem czytać. Wiedziałem już, co to prawo karmy. Znałem reguły materii: Dobro będzie Dobrem, Zło wróci Złem. Wyjaśniałem im to wszystko na lekcjach. A oni zadawali pytania, zapędzali w kozi róg. Myślałem, szukałem dalej. Potem dostałem ziemię, dziesięć hektarów.

Pytanie: 1991 rok? Po rozpadzie Związku Radzieckiego?

Igor: Wiesz, że nie pamiętam. Nie mam pojęcia. Wszystkie te daty, wydarzenia... Jedyne co wiem, to że Związek istniał dziesięciolecia i się sypnął. A cała reszta we mgle, poza mną. Zrozumiałem tylko, że nagle puścili film na wysokich obrotach: wszystko co Zachód przechodził przez stulecia, my musimy przeskoczyć jednym pokoleniem.

  Mijały lata. Pracował na dziesięciu hektarach, w szkole uczył o traktorach i wszechświecie. W Mińsku pojawił się Łukaszenka, opozycja, zachodni dziennikarze. A Igor postanowił poznać przyczynę wszystkiego: dlaczego jeden jest biedny a inny bogaty, jeden chory, drugi kwitnie, jeden chce tego, inny tamtego, jeden gotów być niewolnikiem, drugi - tylko panem.

Igor Miszczuk: Chrześcijaństwo mi tego nie wyjaśniło. Tam mówią: człowiek żyje jeden raz, a potem trafia do raju albo do piekła i wszystko. A skoro tak, to dlaczego warunki startowe są różne? Przecie być zamożnym i żyć godnie to co innego niż być dostojnym włóczęgą. Duchowni chrześcijańscy zasłaniali się frazami z Pisma, jasno nie tłumaczyli. Tak przyszedł maj 1997.
Odwiedził mnie przyjaciel, rzucił książkę. "Cześć, Chrystus przyszedł na ziemię" - stanął, na twarzy uśmiech.
Naprawiałem akurat traktor, ręce w smarze. Wiosna, słońce. A ten z taką nowiną. Trzask, jak obuchem: Chrystus. I oznajmił to mój przyjaciel, któremu ufam, słów na wiatr nie rzuca.
Rzekłem mu więc: "Czy ty pojmujesz co mówisz? Przypomnij sobie historię o rybakach. Przyszedł do nich Chrystus, rzekł: <<pójdźcie za mną>> , a oni: <<mamy żony, musimy im powiedzieć>>. Wtedy Chrystus: <<Martwe pozostawcie martwym, a żywe żywym>>. Czyli, że martwe carstwo trzeba zostawić, a pójść w żywe, co się rodzi".
Znałem pojęcie mistrza, nauczyciela. Zacząłem więc tłumaczyć przyjacielowi, że powinien pojechać, sprawdzić, bo jeśli wierzy, że to Nauczyciel, to trzeba za nim podążać. Innego wyjścia nie ma. To przecież oczywiste. Mówiłem ostro, trochę poprzeklinałem: <<Odpowiadaj za swoje słowa. Każde słowo dźwięczy w przestrzeni, rodzi formę>>". Zostawił książkę, patrzyłem na nią parę dni z ukosa, w końcu zacząłem czytać. "Posliednij zawiet" - "Ostatni Testament".

  Pół roku później Igor wyjechał na Syberię.


OBRAZ II.

  Kola Kazakow wstaje rano, idzie do centrum Nowego Jeruzalem. Tam czekają i inni. Klękają na śniegu, tworzą krąg, obejmują świat. Wszystko po to, by nie było tego co w Afganistanie, Czeczenii... Potem ustalają prace. Kola słucha czy nikt nie potrzebuje pomocy na budowie. Jeśli nie - idzie rysować szkice, rzeźbić, projektować bramę miasta...

Kiedyś pracował w kolektywie, w sekcji monumentalnej w Kazachstanie. Z kolegami po fachu zaczął czytać książki ezoteryczne. Część z samizdatu (drugiego obiegu): Rejrich, Castaneda. Skopiowali ponad dwieście książek. Część dostawali ze specfondu biblioteki w Ałma-Acie - wyprawy himalaistów, szczegółowe opisy Tybetu (do biblioteki jednak wejść było trudno, tylko za zezwoleniem, Breżniew przy władzy). Kola Kazakow: Wszystko wyczytaliśmy. Jasne było, że Chrystus znów niedługo przyjdzie. Jasne było, że urodzi się w Rosji. Wiadomo też, że na południu Syberii. Przypuszczaliśmy, że na Ałtaju, obliczaliśmy, że już jest, powinien mieć około 14 lat. Że zacznie głosić kazania, jak i wtedy, w wieku lat 29. Pomyliliśmy się. Kola trzy razy latał na Ałtaj, modlił się, medytował śród gór, przepaści. Później przeniósł się z rodziną na południe Kraju Krasnojarskiego, by czekać. W 1994 roku spotkał Wissariona. Potem ruszył z nim w tajgę, budował "Zonę", zamieszkał u podnóża góry.

  Wieczorem Kazakow trzaska ręczną latarką sprężynową, odprowadza gości, mija jedną z dwóch cieplarni (tam uprawiają rośliny subtropikalne, które latem wynoszą na miasto: winogrona, cytryny, trzy banany; jedyny termometr to skóra, jedyne ogrzewanie: piec na drewno; w cieplarni mieszka cała rodzina, Oksana, Sasza i syn; rodzice cieszą się, że dziecko umie żyć w tajdze, że przetrwa, bez względu na to co się stanie; zimą zrobisz na przykład kaszę z brzozy, chleb z zakwaski chmielowej - obiad gotowy). Kola przechodzi koło cieplarni, mówi: "To mogło się stać tylko tu, tylko w Rosji. Tylko Rosjanie mogli za nim pójść: szeroka dusza, wylewność, dawaj "wpieriod". Najpierw pójdziemy, potem zobaczymy, kto to taki, kim jest. Wiadomo: my nie miód i nie cukier. Ale tylko Rosjanie mogli stworzyć "Zonę": trochę nienormalni, otwarci".


OBRAZ III.


foto, maciej skawiński


  Serafin ma pięć i pół roku, kilka samochodów - jeden blaszany, parę resoraków. Kiedy bierze zabawkę do ręki - burczy i ciągnie za niewidzialną linkę. Myśli, że tak odpala się mercedesa. Sam widział w swoim życiu tylko motorówkę babci Nadii i raz - helikopter, który przyleciał po ryby miejscowych starowierców. Motorówkę uruchamiasz na linkę, samochód pewnie też, logiczne - tłumaczy Serafin. Potem wybiega z domu - po lewej jezioro, po prawej tajga, wkoło - góry. Serafin biegnie, chce pokazać swoją jarzębinę i cedry. Słyszy dzwon z drugiego brzegu, z miasta. Przystaje, składa ręce, modli się pod słońce, krzyż w kole błyszczy metalem, lniana suknia powiewa na wietrze.

  Czas na obiad. Kiedy spojrzysz na owsiane placki z rodzynkami, mielone orzechy cedrowe z marchewką, kartofle z kapustą, ogórki, grzyby, otręby w puszce po Nescafe - przypomina się Walera, z pierwszej wioski, co nocą tłumaczył, że tu ludzie żyją bez pieniądza, że mają na zimę określony zapas, że zdarza się im pościć z przymusu, że on sam, gdy idzie na Górę - bierze własne mydło, herbatę, trochę jedzenia... Giena i Olga - małżeństwo himalaistów - podają potrawy. Obok stołu polski walkman "Kajtek" - słuchali na nim kazań Wissariona, ale teraz magnetofon ledwie dyszy. Na piecu gotuje się elektryczność - samochodowy akumulator uszkodzony, ale po podgrzaniu jeszcze działa. Olga mówi, że jest szczęśliwa, czuje się tu bezpiecznie. Dzieci wracają czasem z urodzin o północy, idą przez las. Ona nie czuje żadnego strachu. To prawda, raz się tu bała - wspomina. Szła przez tajgę, traktem zimowym. Pierwszy raz, drogi nie znała. Wokół śnieg, ona bez nart. Wczesny ranek, świt ledwie co migoce. Nagle poczuła się nieswojo. "Gdzież ja trafiłam? Mróz trzaska, wokół cisza, nikt nie wie gdzie jestem. Syberia. Ni światła, ni ludzi. Nawet punktu na mapie nie pokażesz. Niedźwiedzie tylko chodzą, ślady na ścieżce". Zaczęła śpiewać. Pełnym głosem. Pieśni operowe: "Ave Maria", "Santa Lucia", "Łódka moja lekka"... Echo poniosło wkoło. Zagubienie odeszło.

  Dla Olgi najważniejsze, by córki nauczyły się rzemiosła, rzeźby, krawiectwa. Zimą szyją wedle żurnali, kroją, mają chitony, płaszcze. Żyją tu już sześć lat. Mówią, że nie tęsknią. Czasem patrzą przez lunetę na szczyt Góry, tam gdzie dom Wissariona. Kilka razy widziały nawet jak wychodził. Żeby do nich machał to nie, ale może patrzył na jezioro. Może kiedyś przypłynie?

  Wieczorem Giena zakłada skrzydlaty kapelusz, pasiastą "matroskę", jutowe spodnie i kalosze. Pakuje worki na czółno. Pomaga mu Masza, najstarsza córka. Później wiosłują w stronę Góry. Masza tydzień żyje w domu, dwa tygodnie w Nowym Jeruzalem. Czółno mija suszarnię dla ryb, budowaną przez miejscowych, potem Wyspę Jodłową, Cedrową, Brzozową. Słońce barwi szkarłatem szczyty gór, rozlewa się na jeziorze, błyszczy. Łódź sunie w ciszy, drzewa czernieją. Ktoś płynie z naprzeciwka, z miasta. Giena odkłada wiosło, zwalnia. Cichy dialog. Rozmówca tonie w ciemności, widać tylko sylwetkę, słychać zdawkowe odpowiedzi. A potem znów plusk wioseł. Trzeba przyspieszyć, zostało jeszcze kilka kilometrów. Słońce chowa się za szczytami. Czółno pruje grafitową taflę. Przychodzi noc.


OBRAZ IV.


foto, maciej skawiński


  "Pracowaliście na Górze? Szczęśliwcy". Terenowy star boksuje w błocie, w końcu rusza. Wiezie wissarionowców z dolnych wiosek, także tych spoza "Zony". Praca w mieście to zaszczyt. A dla młodego Rosjanina wejście do "Zony" to także szansa na zyskanie domu. Pomagasz na budowie, potem inni zbudują izbę dla ciebie.

  Samochód pęka w szwach, szpilki nie wciśniesz. W kącie fizyk atomowy rozmawia z byłym wojskowym. Zastanawiają się, czy Lenin przyszedł już powtórnie, a jeśli tak - to w jakim wcieleniu. Rozmowa gaśnie po kilku kilometrach. Pielgrzymi poczynają śpiewać: o krokodylu Gienie, o wilku i zającu, o miłości, o samotności. Dyryguje młoda Ukrainka. Śpiewają rzecz jasna nie wszyscy. Niektórym repertuar nie w smak. Jakże to - słychać głosy - to pieśni świeckie, energia negatywna. Formuje się kontrgrupa, intonuje wissarionowe psalmy. Ukrainka milknie.


OBRAZ V.

  Tola Pszenaj idzie przez Kuragino - gigantyczny kołchoz, centrum obwodowe. Podąża w stronę piętrowego budynku z białej cegły - tam sąd i prokuratura. Przed nim jeszcze kilka kilometrów, a "miejskie" ziły jeżdżą jak chcą, najbezpieczniej na piechotę. Obok niego młody chłopak, nazwijmy go Andriejem - syn pułkownika, który mieszka na Górze, blisko Wissariona. Andriej milczy. Ręce w kieszeniach, czarne brwi, twarz czerwona od wiatru. Tola Pszenaj też milczy. Myśli o Janie Pawle II. Bo jest tak: Wissarion powiedział, że jedni przyszli, by odegrać rolę podstawową, inni - pomocniczą. Ci drudzy - nie uwierzą w Wissariona, ale będą pomagać. Tola zastanawia się: papież to wielki człowiek. Mówi by czynić Dobro. To ważne. Ale czy odegra tylko rolę pomocniczą? A może uwierzy?

  Sąd. Na korytarzu czeka zastępca wojenkomu (komitetu wojskowego). Ściska się z Pszenajem. Tola Pszenaj wytoczył mu sprawę. Rzecz w tym, że wojenkom wezwał do armii dwunastu młodych wissarionowców. Pszenaj decyzję zaskarżył w sądzie cywilnym, chce dowieść, że wojenkom działa niezgodnie z konstytucją.

  Teraz wchodzą razem do gabinetu, za biurkiem siedzi sędzina.

Sędzina: Dzień dobry.

Tola, Andriej i zastępca naczelnika wojenkomu: Dzień dobry.

Zastępca naczelnika wojenkomu: Na wstępie chciałbym powiedzieć, że kontakty z członkami sekty układały mi się bardzo dobrze. Żadnych problemów. Do armii ich wezwaliśmy, taka nasza rola. Chcieli alternatywnej służby, ale ta może się odbyć tylko w ramach wojska.

Tola Pszenaj: Konstytucja gwarantuje alternatywną służbę, brak jednak przepisu wykonawczego. A jakże oni pójdą do armii? Po pierwsze wiara - walczyć nie mogą. Jakże strzelać do Czeczeńców, skoro w poprzednim wcieleniu ktoś z nich sam mógł być Czeczeńcem? Poza tym żywność. U nas dieta wegańska. Mam badania. Po dwóch latach takiego żywienia organizm zaczyna inaczej funkcjonować. Nagły powrót do zwykłego jedzenia spowoduje nieodwracalne uszkodzenia w organizmie.

Sędzina (do zastępcy naczelnika wojenkomu): Czy możecie zagwarantować w armii dietę wegańską?

Zastępca naczelnika wojenkomu: Takiej możliwości nie ma, niestety.

Tola Pszenaj: Oni, rzecz jasna, mogą pójść do armii. Ale odmówią jedzenia. Nie będą walczyć. Żadnego z nich pożytku. Trudno, niech umrą. Ale szkoda chłopaków. Poza tym, musimy razem współpracować, pani sędzino. Tu niedługo będzie przyjeżdżać masa ludzi. Prawdziwy potok zacznie się, gdy na Świecie wzmogą się kataklizmy. To będzie wielki napływ ludzi. Nam także zależy na dobrych kontaktach z władzami, musimy nad tym zapanować.

Sędzina: Niezwykłe wizje roztaczacie. Czemu straszycie?

Tola Pszenaj: Ja nie straszę. To są fakty. Tak będzie.

Sędzina (do Andrieja): A pan dlaczego występuje w osobnej sprawie? Czemuż nie razem z innymi członkami sekty?

Tola Pszenaj: To dobry chłopak. On także nie chce do armii.

Sędzina (do Andrieja): Mieszkacie w "Zonie"?

Andriej: Tak.

Sędzina: Wy też inaczej się żywicie?

Andriej: Tak.

Sędzina: Wierzycie w Wissariona?

Andriej milczy.

Sędzina: Czy wierzycie w Wissariona?

Andriej dalej milczy, opuszcza głowę.

Tola Pszenaj: To bardzo dobry, uczciwy chłopak. Zachowuje się jak prawdziwy wissarionowiec, przestrzega wszelkich reguł. Nie odpowiada, bo nie czuje się do końca wierzącym, on te sprawy bardzo poważnie traktuje. Ale jest we wspólnocie.

Sędzina rozmawia jeszcze z Pszenajem i zastępcą naczelnika wojenkomu, w końcu mówi:

Sędzina: Wszystko jasne, ale ktoś przecież musi bronić Rosji. Teraz wszyscy chcą służby alternatywnej. Sprawa nieprosta. Rozumiecie, zrobimy tak: spotkamy się za dwa miesiące, może trzy. Wtedy znów porozmawiamy.

Tola Pszenaj (śmiejąc się): Pięknie dziękujemy. Nam się nie spieszy.

Sędzina: Postanowione. Tak właśnie zrobimy. Do zobaczenia. Z Bogiem.

Tola Pszenaj i Andriej wychodzą z gmachu. Przed drzwiami Tola ściąga sweter i podkoszulkę. Odsłania bok, żebra. Głęboko oddycha. Latem ugryzł go kleszcz, Tola leżał chory, modlił się, nie mógł się poruszyć. Potem wszystko prawie przeszło. Tylko bok rwie, pali bólem, tak już pół roku. Trudno wytrzymać. Sweter elegancki, potrzebny na rozprawę, ale przynosi cierpienie. Tola zamyka oczy, otwiera, już lepiej. Oddycha z ulgą. Pora ruszać na dworzec autobusowy. Andriej ciągle milczy.


OBRAZ VI.


foto, maciej skawiński


  Dom Walery. Niski chiński stolik, waza, na ścianie fototapeta z palmami i plażą. Za oknem śnieg, ledwie co bieleje. Wieczór. Przy stoliku widać dwie postaci. Pierwsza z nich to Walera - gospodarz. Druga to gość - człowiek z Góry, nazwijmy go Saszą. Siedzą w milczeniu. Herbata paruje.

Sasza: No, Walera. Dawnośmy się nie widzieli.

Walera: Dawno.

Sasza: Będzie z dwa lata.

Walera: Jakoś tak.

Cisza.

Walera: Weź więcej konfitur.

Sasza: Dziękuję.

Walera: U nas sporo nowego. Słyszałeś, jak z zebraniami wioskowymi było?

Sasza: Słyszałem, że nie ma już w wioskach codziennych zebrań kolektywnych. Słyszałem, że u was zaiskrzyło.

Walera: Zaiskrzyło. Ciężko się zrobiło. Najpierw w brygadach. Zwożą siano, ja patrzę, mówię: "riebiata, to jeszcze zostawcie, musi przeschnąć, inaczej pognije". Jedni się zgodzili, inni nie. Zagłosowali, siano zwieźli. Pogniło. Konie pozdychają. No powiedz Sasza, czy to jest normalne?

Sasza: Wiesz, Walera... Trzeba być cierpliwym. Tu szkoła życia. Nauczyciel mówi - jeśli większość zadecyduje źle, to i tak trzeba większości z radością pomagać. Popełnią błąd, zrozumieją, nauczą się.

Walera: Sasza! Niczego się nie nauczą! Brygada się rozwiązuje, przychodzi następna.

Sasza: Najważniejsza cierpliwość.

Walera: Później zaczęło się na zebraniach. Najechali na moją żonę. Zaczęli krzyczeć: "Po co chodzisz do Wissariona, o czym rozmawiasz?" Tu ja wstałem, oni znów w krzyk. Zaczęła się draka. Po zebraniu wszyscy: dawaj na rację, do CB radia, nadają do Wadima. "Wadik, skandal, Walera w Nauczyciela nie wierzy, innych buntuje, polemizuje!". Instrukcje: pojednać się. Tośmy się pojednali następnego dnia. Obejmowałem się ze wszystkimi, aż mi łzy poszły. Naprawdę się wzruszyłem. Aż tu wstaje Kola, mówi: "Ja nie wierzę, że Walera obejmował szczerze. Na pewno robił to nieszczerze". No to znów się jazda zaczęła. Poczęli głosować: czy obejmowałem szczerze, czy nieszczerze. Ja wstałem, mówię: "Riebiata? Wy co? Toż to lata trzydzieste! Stalinizm! Cóż wy czynicie?". Znów skandal, znów skargi przez CB. W końcu przyjechali z Góry, oznajmili, że zebrania trzeba rozwiązać. Wszystko rozpędzili. Taka wola Nauczyciela. Teraz próbują od początku, w mniejszych grupach, ale ja już nie chodzę.

Sasza: Tak... U nas na Górze jednak inaczej. Zgodniej, kolektyw już zgrany.

Walera: U was lepiej.

Sasza: Inaczej.

Walera: Wiesz, myślałem, żeby rozebrać dom i przewieźć na Górę. Może tak zrobię. A jak tam u was jest jeszcze?

Sasza: Łatwo też nie jest.

Walera (słodząc herbatę): Cukier tam macie?

Sasza: Jak jest - to jest. A jak nie, to sam rozumiesz...

Walera: Tak, rozumiem.

Sasza: Wiesz, ja jestem już trochę zmęczony. Ja chciałbym teraz żyć sam, w lesie. Odpocząć. Niedługo mają budować chutor. Zaciągnę się do brygady, pójdziemy w tajgę. Tak prościej. Kolektyw to trudna szkoła.

Walera: Tak...

Cisza.

Walera: Pora spać. Dobranoc, Sasza.

Sasza: Dobrej nocy, Walera... Dobrej nocy...

  Pokój tonie w ciemności. Kiedy człowiek zaczyna już zasypiać, słyszy ogień w piecu, szum rzeki płynącej koło wioski, przypomina sobie gospodynię Toli Pszenaja, co powiedziała kiedyś wieczorem z uśmiechem: "To miejsce niezwyczajne. Zgadujemy czasem: co powie Nauczyciel, gdzie poprowadzi? Ale tego nikt nie wie. Kładziesz się spać i nie wiesz, co będzie następnego dnia. Tworzy się nowe".

  W izbie trzeszczy ogień. Noc. Zbliża się zima.



wyjazd trzeci: tęskonota nienasycona  ZIMA 03/04  str. 1   str. 2


reportaże  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni