archiwum

wiosna'04
str. 1



fabuła  strona główna



Dużo

jan sebastian rabie


rys. zuzanna morawiecka
rycina, zuzanna morawiecka

  W ciągu dnia pan Wallis jest radnym z godnym uśmiechem pasującym do jego czarnouniformizacji. Lecz wieczorem z jego pokoju na trzecim piętrze dochodzą dziwne odgłosy śmiechów i rozmów. Gospodyni i pokojówka tłocząc się w korytarzu po kolei zaglądają przez dziurkę od klucza.

  Pan Wallis stoi wyprostowany pomiędzy dwoma lustrami, goły, w samym cylindrze. Przybiera posągową pozę  mówcy  i  przemawia ze statycznym namaszczeniem: "Drodzy słuchacze, powtarzam, owszem, podkreślam: stawką nasze życie i nasza cześć! Unoszę głos w bólu i słusznym oburzeniu. Nawołuję do sprawiedliwości...!"

  Każda poza i każdy gest zostaje wiernie oddany przez lustro, przed którym stoi. Lecz równie wiernie niezrozumiałe zachowanie osoby widzianej od tyłu odzwierciedla lustro przeciwległe.

  Gwałtownie obraca się ku drugiemu lustru. Przybiera pozę i głos namiętnie uspokajającego kochanka:

  "Kochanie, jak możesz oskarżać mnie o zdradę? Jak twoje słodkie usteczka mogą takie odrażające..."

  Wtedy wraca do pierwszego lustra, z płomieniem politycznych argumentów. Lecz prędko musi znowu bronić się ze łzami w oczach, ochrypły z miłości. Rozdarty sprzecznościami kręci się w kółko jak bąk.

  Coraz szybciej następujące przemiany mącą mu w głowie do tego stopnia, że politycznemu lustru posyła całuski, a na lustro miłosne kieruje uczucia patriotyczne. W końcu oszalały i wyczerpany opada na krzesło ustawione pośrodku pokoju. Łyka powietrze w popłochu, starając się odzyskać nad sobą kontrolę i siedzieć na krześle jak pojedynczy człowiek.

  Lecz nie zaznaje spokoju. Niewidzialne moce znów podrywają go na nogi. Bezlitosne osobowości wskakują mu na twarz i ciało. Taniec inkarnacji zmienia się prędko, jak konwulsja, obracający się kołowrót wiecznych narodzin i śmierci. Próbuje uciekać do łóżka, ratować się zakładając ubranie pana Wallisa. Lecz pada na podłogę, krańcowo wyczerpany.

  Nawet tam wstrząsają nim dreszcze prób powstania na nogi. Ostateczny wyraz rozpaczy wyrywa się z jego gardła. 'Jest was za dużo!' jęczy, a potem leży już spokojnie. Jedynie sen może go przywrócić dniu.

  Dwie kobiety po drugiej stronie dziurki od klucza nie są jedynymi ciekawskimi świadkami. W pokoju piętro niżej stoi na krześle stara panna i przytyka swe ogromne ucho do sufitu. Przez okno po drugiej stronie ulicy parka młodych obserwuje taniec cieni za zasuniętą zasłoną kochając się w jego rytmie.

  Cisza jest tylko teleskopem. Lampa elektryczna wytrzeszcza oczy. Całe miasto patrzy eksplozjami oczu.



*




opowiadanie z tomu "Dwadzieścia jeden"

tłumaczenie z języka afrikaans: zuzanna morawiecka

© rabie, jan:
"Versamelverhale", Human & Rousseau, Kaapstad - Pretoria - Johannesburg, 1980

WIOSNA'04  str. 1


fabuła  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni