archiwum

wiosna'04
str. 1



publicystyka  strona główna



Pierwszy maja

artur kumaszyński


  ... jest dniem, który upamiętnia wyzwolenie się ludu pracującego spod jarzma skrajnego kapitalizmu. Przez dziesiątki lat żyjący w zachodniej Europie zwolennicy tego systemu musieli wobec faktu istnienia konkurencyjnego "bloku wschodniego" akceptować realizację polityczno-gospodarczych programów zgodnych ze społecznymi oczekiwaniami i potrzebami. Za nic nie chciano dopuścić do powstania wrażenia, że w "czerwonej Europie" ludziom żyje się lepiej. Rozbudowywano zatem systemy opieki społecznej i godząc się na sprawiedliwszy podział dochodu narodowego stwarzano coraz lepsze warunki pracy i płacy. Nastał okres powszechnego dobrobytu. Pierwszomajowe wiece miały najczęściej charakter prawdziwie świąteczny. (W Niemczech przynajmniej do roku 1987. Od tamtej pory dochodzi bowiem w Berlinie w tym dniu każdorazowo do gwałtownych starć pomiędzy przeważnie skrajnie lewicowymi i anarchistycznymi demonstrantami a policją.)

  Tymczasem ludzie po drugiej stronie "żelaznej kurtyny" przez dziesiątki lat ze zrozumiałym rozgoryczeniem i tęsknotą wiązali swe marzenia z zakazaną i jakby na wpół mityczną zachodnią krainą, gdzie ludzie żyli godnie i dostatnio i gdzie święto ludu pracującego było z reguły wspomnieniem i symbolem odpoczynku od minionych walk, a nie jak w ich własnych krajach balonem nadymanym w propagandowej gorączce do rozmiarów tak wielkich, że przerósł on w końcu swą własną historię, aż pękł wreszcie pod koniec lat osiemdziesiątych ściśnięty walącymi się murami "jedynie słusznego systemu". Jakże się tu dziwić, że pierwszy maja przeistoczył się głowach wielu obywateli wschodniej Europy w ideologiczny wymysł znienawidzonej "komuny".

  Odpowiednio większe znaczenie wielu ludzi w Polsce nadaje przywróconemu przez sejm w roku 1990 świętu 3-maja.

  Obie daty, co istotne w kontekście innej rocznicy, o której mowa będzie później, mają większy lub mniejszy związek ze Stanami Zjednoczonymi. Tam to właśnie w roku 1789 ogłoszona została pierwsza na świecie ustawa regulująca organizację władz państwowych oraz prawa i obowiązki obywateli. Ta pierwsza konstytucja, będąca rezultatem walk niepodległościowych, miała charakter burżuazyjny i była inspirowana rewolucją francuską. Podobnie rzecz się miała z polską konstytucją uchwaloną 3-go maja, 1791 roku.

  Niespełna wiek później społeczeństwo USA wysłało w kierunku "starego kontynentu" kolejny impuls, a jego symbolem stały się strajki robotnicze w Chicago, w dniu pierwszym maja, roku 1886. Ten też dzień wyznaczony został przez utworzoną z inicjatywy europejskiej socjaldemokracji II Międzynarodówkę na święto ludzi pracy także u nas. W Polsce obchodzi się tę rocznicę od roku 1890.

  W roku bieżącym pierwszy dzień maja poniekąd kojarzy ze sobą oba wymienione wydarzenia.

  Podobnie jak amerykańska Deklaracja Niepodległości z roku 1776, którą można rozumieć jako pierwszy krok w kierunku uchwalenia konstytucji USA, wyjęła spod panowania brytyjskiej korony angielskie kolonie, tak dzisiejsze kraje wschodniej Europy, przede wszystkim Litwa, Łotwa i Estonia uzyskały w wyniku pierwszomajowego przystąpienia do UE pełną polityczną niezależność od Rosji.


  Ku wspólnocie etycznych wartości

  Droga do wspólnej Europy nie była łatwa... nie dotarliśmy też jeszcze do jej kresu.

  Społeczeństwa obydwu polityczno-gospodarczych systemów musiały w czasie swej wędrówki ku CYWILizowanej Europie wielokrotnie przelewać krew. Tegoroczny powrót krajów wschodniej i centralnej Europy - dajmy upust wezbranemu patosowi - do macierzy, stał się możliwy tylko dzięki wysiłkom społeczeństw, które wielokorotnie miały odwagę wystąpić przeciw swym zbłąkanym rządom; jak wiadomo nie było to rzeczą łatwą nawet w demokratycznych krajach Zachodu, także tam polała się krew (ruch tzw. generacji 68). Poczucie bezsilności wobec biegu rzeczy (odradzanie się tendencji autorytarnych i skrajnie kapitalistycznych), będącego przeszkodą w zabiegach o dojrzałą i świadomą demokrację w Zachodniej Europie, wyprowadziło na ulice setki tysięcy obywateli; i sprowadziło na manowce (RAF) takich ważnych dla rozwoju europejskiej świadomości społecznej ludzi, jak niemiecka dziennikarka, Ulrike Meinhof. W obronie wartości demokratycznych i obywatelskiej emancypacji zdecydowanie występowały tam też elity intelektualne (Adorno).

  W Europie wschodniej sytuacja była podobnie niezadowalająca, lecz jednak o nieba niebezpieczniejsza, bo już podległa totalitaryzmowi. Ludzie tam żyjący nie mogli oczekiwać praktycznie żadnej pomocy z zewnątrz.

  Tak więc dzisiejsza Europa nie byłaby możliwa bez powstania budapesztańskiego i wydarzeń poznańskich z roku 1956, bez praskiej wiosny 1968 czy też ruchu Solidarności z lat osiemdziesiątych.

  Nie wolno nam też zapomnieć całokształtu europejskiego ruchu intelektualno-robotniczego, który przyniósł nam skrócenie czasu pracy do poniżej 40 godzin w tygodniu, prawo do płatnego urlopu i chorobowego, polepszenie bezpieczeństwa i ogólnych warunków pracy i płacy (trzynasta pensja etc.) oraz równość wobec prawa.

  Zaiste, jeśli zdołamy wszystkie te zdobycze obronić, wolno nam będzie pielęgnować nadzieję, że proces tworzenia społeczeństwa zasługującego na miano LUDZKIEGO będzie kontynuowany i że kiedyś staniemy się wzorem godnym naśladowania także dla ludzi żyjących w innych częściach świata.

  Mimo że wygrzebująca się z ciężkiej choroby Europa stoi dzisiaj na bardzo chwiejnych jeszcze nogach, trzeba wierzyć, że dzień pierwszy maja będzie w przyszłości świętem ludzi dobrej woli. Ludzi, którzy tę wolę okazują i realizują wobec innych. I nie czynią tego z pozycji fizycznej przewagi (indywidualnej, zbiorowej, gospodarczej, militarnej itp.), lecz siłą argumentów uwierzytelnionych własnym, uczciwym postępowaniem. Taka przyszłość zdaje się być jednak jeszcze bardzo odległa.

  I nikt nie zawiezie nas do niej karetą. Przed nami długa jeszcze wędrówka, pełna krętych dróg, kłopotliwych rozwidleń, wyboista, pochyła i pełna niespodzianek. Aby osiągnąć zamierzony cel, nie wystarczy też sama wiara. Czyny, tak. Ale nie tylko, bowiem same czyny (stwarzanie faktów) wystarczają z reguły jedynie tym, którzy wierzą tylko i wyłącznie w siebie samych (po trupach a po mnie choćby potop). Ludziom dobrej woli potrzebna jest przede wszystkim mądrość. A tej nie da się kupić. Tej trzeba szukać.


  W życiu jak w szkole

  Kto nie zna i nie rozumie historii, ten musi ją powtarzać.

  Nasza historia, będąca jedynie skrawkiem (nie bardzo wiernie spisanym) prawdziwej historii Człowieka, wskazuje na wiele czyhających w nas na nas pułapek i niebezpieczeństw. Są nam one przekleństwem i lekcją. Wiele z nich doskonale znamy, bo towarzyszą nam niemal od początku naszej człowieczej wędrówki.

  Jedną z takich pułapek jest nagi kapitalizm (identyfikowany dzisiaj ze światowym neoliberlizmem, vel korporacyjną globalizacją).

  Jako system co najmniej od piętnastu lat pozbawiony konkurencji i nie muszący się już troszczyć o pozory, zrzuca on swój przyciasny kostium i bez żenady pręży przed nami wyćwiczone w wielowiekowym treningu mięśnie. Z zauroczonych (lub po prostu kupionych) mediów coraz częściej dochodzi nas głośny i nachalny pacierz jego wyznawców - TINA, TINA, TINA (There Is No Alternative/nie ma alternatywy); jak niegdyś na Wschodzie z głośników i pierwszych stron gazet grzmiały w naszą stronę peany wielbicieli "jedynie słusznej drogi".

  Dobrze ów proces demaskacji dostrzec można na przykładzie radykalnej wyprzedaży europejskich dóbr narodowych.

  "W latach 1985-95 pochodzący z prywatyzacji dochód rządów 11 zachodnioeuropejskich krajów wyniósł ok. 186,2 miliardów dolarów (...). Z tego dobra połowa przypada na Anglię, niemal 1/5 na Francję i prawie 1/10 na Włochy. I nie widać końca albo choćby zwolnienia tempa prywatyzacji..." (J. Huffschmid, Tafelsilber für die Währungsunion, 1996, źródło:glasnost.de)

  W innym miejscu wprowadzając w problematykę cyklu wykładów na temat prywatyzacji i regulacji dóbr publicznych Joerg Huffschmid pisze: "Fala prywatyzacji rozpoczęła się w latach siedemdziesiątych i dotyczyła tradycyjnych przedsiębiorstw przemysłowych takich jak stalownie i fabryki samochodowe, które często upaństwowione zostały dopiero po II-wojnie światowej. Następnie fala ta rozszerzyła się na branżę zaopatrzeniową (prąd, woda, gaz itd.) i na sieci komunikacyjne (kolej, telekomunikacja). Obecnie w centrum prywatyzacji znajdują się służby publiczne - od więziennictwa poprzez edukację, opiekę nad starszymi i chorymi, aż po takie, wolne do tej pory, dobra, jak powietrze i światło, nawet geny i żywe stworzenia stają się przedmiotami prywatnej własności i prywatno-gospodarczego użytkowania. Prywatyzuje się zarówno w rozwiniętych krajach przemysłowych jak i w krajach rozwijających się. Wraz z załamaniem się wschodnioeuropejskiego socjalizmu prywatyzacja otrzymała nowy impuls, rzutujący również na Zachód." (uniwersytet Bremen, 2003/2004)

  Jest przykrym faktem, że do rozbijania systemów opiekuńczo-solidarnościowych przystąpiły w ostatnich latach nawet kraje rządzone przez socjaldemokratów. W RFN nie milkną protesty wobec reform, jakie chce za wszelką cenę przeforsować rząd Schroedera pod wspólnym mianem Agenda 2010 (połączenie zasiłku dla bezrobotnych z zasiłkiem socjalnym, zmniejszenie wysokości tegoż oraz skrócenie okresu zabezpieczenia, opodatkowanie rent, podniesienie wysokości składek na kasy chorych, itd. itp.) I wszystko to pomimo że, "jak donoszą media, po raz pierwszy od jedenastu lat Republika Federalna jest największym eksporterem na świecie. Wywożąc towar o wartości 62 miliardów dolarów, Niemcy wyparły w sierpniu z pierwszego miejsca Stany Zjednoczone". (Spiegel, 14.10.2003).

  Podobnie donosił na początku tego roku Financial Times Deutschland: "Niemiecka gospodarka zyskała w ciągu minionych lat na konkurencyjności, teraz jednak w związku ze wzrostem ceny euro grozi jej częściowa utrata. Taką ocenę wyrazili ekonomiści, gdy potwierdziło się, że Republika Federalna zamknęła rok 2003 jako mistrz światowego eksportu. 'Wychodzę z założenia, że w związku z mocnym euro Niemcy utracą w roku 2004 rynki zbytu', powiedział Harald Joerg, ekonomista Allianz-Gruppe". (FTD,12.2.2004.)

  Do tej pory nie widać jednak żadnych oznak załamania się obserwowanej od lat tendencji: "Jeśli chodzi o eksport, to Niemcy pozostają nadal mistrzami świata. Niemiecki handel zagraniczny osiągnął według wstępnych ustaleń Federalnego Urzędu Statystycznego nadwyżkę 16,5 miliardów euro." (ngz.online.de, 11.05.04) Praca jest coraz częściej i w coraz większym zakresie wykonywana przez skomputeryzowane maszyny; niepotrzebni już do produkcji ludzie lądują na ulicy, a pieniądze za sprzedany towar trafiają do kieszeni właścicieli automatów.

  Niemieccy konserwatyści, chyba żeby położyć kres nieporozumieniom, zaproponowali na urząd prezydenta RFN byłego dyrektora "flagowego okrętu neoliberalizmu"(ATTAC-D, wg. Taz, 10.5.2004), Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IWF), Horsta Koehlera. Ponieważ będą oni stanowili większość w Zgromadzeniu Federalnym (Bundesversammlung), które w niedzielę, 23 maja dokona wyboru, Koehler prawdopodobnie otrzyma ten urząd.


  Zwątpienie

  Społeczeństwa krajów Europy ogarnia polityczna dezorientacja.

  Także w Polsce panuje kompletny chaos i nawet przez różowe okulary nie widać jego horyzontów. Umysły nazbyt wielu ludzi miotają się pomiędzy wspomnieniami o zakłamanej i represyjnej "komunie" i panującej wówczas względnej społecznej równości a obecną rozpaczliwą walką o byt i marzeniami o karierze od-pucybuta-do-milionera, lub, co wychodzi na jedno i łączy oba systemy, o szóstce w toto-lotka.

  Ludziom brakuje realnych perspektyw, wizji i wiary w godną przyszłość. Łatwo popaść w podobny marazm, gdy całe dnie trzeba ciężko pracować za 500 zł miesięcznie - nie rzadko nie wypłacanych zresztą na czas - i ze łzami (doprawdy nie radości) w oczach jednak cieszyć się, że w ogóle ma się pracę. Cóż tu dopiero mówić o tych, którzy utracili wszelką nadzieję na zdobycie podstawowych środków do życia?

  Byli komuniści, robotnicy i ich obrońcy przeistoczyli się w kapitalistów lub ich rzeczników (Kwaśniewski, Wałęsa, Michnik), a ci którzy pozostali wierni idei społecznej równości, zostali zepchnięci na margines. Praktycznie o nich zapomniano; żyją gdzieś sobie skromnie i z goryczą patrzą jak rezultaty ich bohaterskiej walki zmywa kolejny wodospad czczych obietnic, albo, jeśli starcza zdrowia i sił, stają w szeregi z nową generacją wierzących w sprawiedliwe jutro Polaków, służąc im swą wiedzą i doświadczeniem (Walentynowicz, Gwiazda, Kuroń...).

  Programy lewicowych partii, nie tylko zresztą w Polsce, coraz trudniej jest odróżnić od programów prawicowców, co może spowodować, że w kolejnych wyborach parlamentarnych zdegustowane, zubożałe i zdemoralizowane postępowaniem polityków społeczeństwo (afery korupcyjne, itp.) powierzy pieczę nad Polską politykom obiecującym poprawę najgłośniej i w sposób najbardziej efektowny, zaś prezydentem kolejnej Rzeczypospolitej zostanie właśnie ich przedstawiciel.

  Prawo dżungli, prawo silniejszego, społeczny darwinizm, obojętnie jak by tej destruktywnej w sensie kulturowo-humanistycznym siły nie nazwać, pozostaje faktem, że zaczyna ona odgrywać w naszej codzienności coraz większą rolę. Objawia się to między innymi w niekontrolowanym przybieraniu przez nas postaw egoistycznych, bezwzględnym karierowiczostwie czy też postępującej komercjalizacji świąt religijnych (reklamowanych przez producentów jako czas obowiązkowego kupowania prezentów) i naturalnie w zaniku małej przedsiębiorczości: sklepików, warsztatów, targowisk etc., których miejsce zajmują supermarkety i wielkie przedsiębiorstwa należące do potężnych koncernów, którym ich kapitał gwarantuje większą rynkową siłę przebicia (reklamy, niższe ceny produktów, promocje itd.) i które pomału przejmują kontrolę nad krajowym rynkiem pracy.

  A na tym rynku? Tłumy bezrobotnych. Kapitalizm od dołu? Dymna zasłona.

  Proces ten prowadzi ponadto do zupełnego uzależnienia i pogorszenia, jakoby w imię konkurencyjności i profitu firm, warunków pracy i płacy zatrudnionych tam osób. Wszelkie próby zapobiegania temu zjawisku są z reguły w zarodku dławione, np. poprzez niedopuszczanie do powstawania Rad Zakładowych i szykanowanie pracowników wstępujących do Związków Zawodowych. Niektóre firmy skłaniają miejscowe media do przemilczania niewygodnych dla siebie faktów, zapewniając im dopływ gotówki w zamian za reklamę swych produktów.

  I tak np. na początku maja koncern Aldi (właściciel: bracia Albrecht zajmujący trzecie miejsce na publikowanej przez US magazyn Forbes liście najbogatszych ludzi świata) miał ukarać niemiecką, renomowaną gazetę Sueddeutsche Zeitung, wycofaniem swych zleceń na reklamę o wartości 1,5 miliona euro (Focus).

  Jako powód Focus podaje opublikowanie przez SZ artykułu (7.04.2004) w którym czytamy: "'Pracownicy boją się zakładać Rady Zakładowe', mówi Hans Martin Poschmann, ekspert berlińskiej centrali Verdi (przyp. związek zawodowy niem. służb publicznych). Podobnie jak sieć drogerii i sklepów spożywczych Schlecker i Lidl tak też Aldi słynąć ma z ciężkich i po części przygnębiających warunków pracy. 'Dręczenie (Mobbing) nie jest w Aldi rzadkością.'" i dalej: "(...) Niepłatne nadgodziny mają tam być regułą. Szefowie zaś mieliby od zatrudnionych (przyp. w znakomitej większości kobiet) oczekiwać od 30 do 45 minut dziennie nieodpłatnej pracy, mającej na celu poranne przygotowanie kas i wieczorny rozrachunek. Także nacisk kładziony na wydajność miałby być niezwykle silny: kasjerka musiałaby obsłużyć w ciągu godziny 90 klientów. 'Jeśli tego nie wykonam', skarży się jedna z pracownic, 'to jestem zła'." Rosnący niepokój zatacza wśród gorzej sytuowanych Europejczyków coraz szersze kręgi.

  Wielkie ryby połykają małe - prawidłowość do której nie potrzebna jest ani (samo)świadomość, ani kultura, ani religia, ani nauka, ani w ogóle żaden z przymiotów, które każdego z nas skłaniają do nazywania siebie człowiekiem. Wystarczą: zwierzęcy spryt i siła (w jakiejkolwiek postaci).

  Z całą pewnością Europa poddająca się prawu dżungli nie jest tą Europą, do której przez całe dziesięciolecia wzdychały coraz to nowe generacje ludzi żyjących w strefie tzw. realnego socjalizmu. I nie do takiej Unii spieszno było nawet tym 36 procentom Polaków, którzy w czerwcu zeszłego roku jednoznacznie opowiedzieli się za przystąpieniem do UE (przypomnijmy - frekwencja: 58,55%, przeciw: 22,55%, za: 77,45%); choć niewątpliwie jakiś procent z nich czuje się dzisiaj w pełni usatysfakcjonowany.


r
y
s
u
n
e
k

*

a
n
n
a

d
o
r
o
t
a

m
o
r
a
w
i
e
c
k
a

rys. anna dorota morawiecka


  Jak w małym tak w wielkim?

  W skali globalnej demonstracją tego zjawiska, w zdecydowanie bezwzględniejszej formie, zdaje się być wojenna polityka Stanów Zjednoczonych, sprzyjająca globalnemu rozprzestrzenianiu się US-amerykańskich koncernów i korporacji. Aby nie być gołosłownym podajmy (jeden z wielu możliwych) aktualny przykład: "Jak oznajmił we wtorek Gordon West z ministerstwa spraw zagranicznych, dwa kalifornijskie koncerny Bechtel National i Parsons wspólnie zgłosiły akces do odbudowy (przyp. w Iraku) systemów zaopatrzenia w energię elektryczną i wodę, oraz dróg i szkół. Zlecenie opiewa na sumę 1,8 miliardów dolarów. Szefowie firmy Bechtel współfinansowali w roku 2000 kampanię wyborczą G. W. Busha. Ponadto dwaj zatrudnieni na stanowiskach kierowniczych pracownicy tej firmy zasiadają w Komisjach Doradczych Białego Domu i Pentagonu. We wrześniu firma Parsons ogłosiła przyjęcie w swe szeregi dwóch byłych wysokich rangą współpracowników ministerstwa d/s energii. Niedawno przedsiębiorstwo to zaangażowało byłego generała lotnictwa. Przedstawiciele rządu poinformowali, jakoby względy polityczne nie odegrały przy przyznaniu zlecenia żadnej roli." (FTD-online, 7.01.2004)

  Jeśli by jednak polityczne względy miały tutaj odegrać istotną rolę (czy ktoś policzył ile to już razy przedstawiciele rządu Busha rozmijali się w swoich zapewnieniach z prawdą?), wówczas należałoby ze zrozumiałym zgorszeniem stwierdzić, że podobna polityka nie ma wiele wspólnego z wartościami, jakie w ciągu dziesięcioleci wywalczyło dla siebie amerykańskie społeczeństwo i z których jest ono słusznie tak dumne.

  Biorąc powyższe pod uwagę, świętując dzień 1 maja jako symbol ludu pracującego zjednoczonej Europy, pewnie długo jeszcze będziemy pamiętali o innej związanej z tym dniem rocznicy.

  Trudno będzie mianowicie zapomnieć triumfalne lądowanie samolotu bojowego S-3-Viking na lotniskowcu Abraham Lincoln, z którego 1-go maja zeszłego roku wysiadł pełen wojskowej buty prezydent USA (jakiż kontrast stanowi teraz jego wojownicza obleczona w mundur poza w zestawieniu z dochodzącymi nas ostatnio zza oceanu informacjami o notorycznym uchylaniu się młodego George'a W. Busha od służby wojskowej) i obwieścił światu zakończenie działań wojennych w Iraku. A echo odbijające się od ścian giełdowych cyfr niosło: amerykańskie firmy mogą zacząć zarabiać na odbudowie kraju, który właśnie zniszczyły w zmasowanej akcji "shock and awe" (szok i trwoga) amerykańskie samoloty. To że w wyniku tej operacji przedwcześnie wygaszona lub okaleczona została niewiadoma liczba ludzkich istnień nie miało większego znaczenia; no, może z wyjątkiem śmierci ponad stu siedemdziesięciu żołnierzy USA i Wielkiej Brytanii, której w oficjalnych kręgach nie uważa się w żadnym razie za daremną.

  Niespełna rok później, w marcu bieżącego roku, Donald Rumsfeld zapytany o to, czy w obliczu ponad 500 poległych żołnierzy wojna w Iraku się "opłacała" odpowiedział: "Oh, my goodness, yes. Twenty-five million people being liberated is gigantic." (Ach, dobry boże, tak. To gigantyczne, że wyzwolonych zostało 25 milionów ludzi) (Fox News Channel, 19.03.2004).   Skoro już zostali wyzwoleni, to czemu miała służyć nieco ponad miesiąc po przytoczonej wyżej wypowiedzi ministra obrony Rumsfelda, w samym tylko kwietniu bieżącego roku, śmierć kolejnych 134 amerykańskich żołnierzy? Tak, tak... wiemy, stabilizowaniu pokoju i tworzeniu dalszych warunków sprzyjających...

  Tymczasem w pierwszą rocznicę zakończenia toczącej się w Iraku wojny zainteresowanie obywateli USA coraz uporczywiej zwraca się ku samolotom transportowym C-14, które przeważnie nocą lądują na waszyngtońskim lotnisku wojskowym Andrews Air Force i na których pokładzie znajduje się coraz więcej ciał poległych oraz setki rannych żołnierzy. Liczba tych ostatnich nie jest dokładnie znana, mówi się, że jest ich od 4 do 10 tysięcy.

  Od początku wojny za wolność i demokrację w Iraku swoje młode życie oddało dobrowolnie 778 Amerykanów (14 maja, CNN). Na tę wojnę wysyłani są żołnierze zawodowi, którzy często wywodzą się z (naj)niższych warstw społecznych i dla których służba w armii jest przy pewnej dozie szczęścia jedyną szansą na osiągnięcie znośnych warunków życia. "Armia (przyp. amerykańska) musi obecnie wysupłać każdorazowo 13 000 dolarów na koszty zrekrutowania nowego żołnierza. Liczą się więc "dobre pomysły": ze wzmożoną energią szuka się emigrantów z Ameryki Łacińskiej, choćby i bez US-amerykańskiego obywatelstwa. Później otrzymują oni bowiem paszport Stanów Zjednoczonych. W lipcu 2002 George W. Bush podpisał rozporządzenie wykonawcze, nakazujące stosowanie przyspieszonej procedury nadawania obywatelstwa obcokrajowcom, którzy wstąpili do armii: 37 tysięcy obcokrajowców, w większości emigrantów z Ameryki Łacińskiej, znajduje się dzisiaj pod mundurem." (Freitag, 19.03.04.)

  Taki stan rzeczy jest też zapewne jedną z przyczyn mniej intensywnych protestów antywojennych w USA aniżeli w latach wojny z Wietnamem, kiedy to swe życie MUSIAŁO oddać 68 tysięcy młodych ludzi, którym czas odbywania obowiązkowej służby wojskowej przypadł na tamten akurat okres.

  Aczkolwiek prezydent Bush nie widzi związku pomiędzy obecną wojną a tamtą w Wietnamie, to jednak ta pierwszomajowa rocznica zakończenia działań wojennych w Iraku przywodzi na myśl smutną anegdotę, jaka krążyła swego czasu po USA : "Dziennikarka pyta Henry Kissingera: Doktorze Kissinger, proszę powiedzieć, co było szczytowym momentem pańskiej kariery jako ministra spraw zagranicznych? Kissinger zastanawia się chwilę i odpowiada: No cóż, rok 1973, kiedy otrzymałem pokojową nagrodę Nobla za zakończenie wojny w Wietnamie. A moment najgorszy? Pyta dziennikarka. Hmm, mruczy Kissinger, powiedziałbym, rok 1975, kiedy ta wojna się skończyła." Trzeba przypomnieć, że Kissinger otrzymał wówczas tę nagrodę wspólnie z wietnamskim politykiem Le Duc Tho, który jednak odmówił jej odebrania właśnie dlatego, że faktycznie wojna ta wciąż jeszcze trwała. I patrzcie, oto także G. W. Bush został nominowany do tegorocznej pokojowej nagrody Nobla. Jego kandydatura została zgłoszona przez prawicowego polityka norweskiego, Jana Simonsena.


  Nieamerykańscy Amerykanie

  Tymczasem wojna w Iraku trwa i na jaw wychodzi coraz to więcej dziejących się tam okropności, które po raz kolejny plując krwią i rzężąc ciskają w nas starą sprowadzoną do banału prawdę: nawet jeśli przed rozpoczęciem działań wojennych można teoretycznie rozważać konieczność wojny sprawiedliwej, to w momencie jej wybuchu na wierzch wychodzi tylko ta jedna, okrutna, nieludzka sprawiedliwość: teoria staje się po obu stronach frontu praktyką totalnego bezprawia.

  W Iraku widać to na przykładzie, omamionych najczęściej przez walczących o wpływy i władzę polityczno-religijnych przywódców, fanatyków, dokonujących samobójczych i tzw. konwencjonalnych ataków na wszystkich, którzy nie są po ich stronie, w myśl zasady - kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam. Nie wahają się oni zabijać nawet własnych rodaków, nawet tych, którzy być może też są za wycofaniem z ich ziemi obcych żołnierzy, ale niefortunnie znaleźli się akurat w polu bezwzględnego działania zaślepionych ziomków. A przecież wśród ofiar mogą znajdować się członkowie ich rodzin, może nawet ich własne dzieci. Okrucieństwo i cynizm tych ludzi znalazły niedawno swój wyraz w ultimatum, jakie postawili narodowi włoskiemu: wielkie antywojenne demonstracje w zamian za życie przetrzymywanych zakładników.

  W Iraku giną też dziennikarze. 7 maja dowiedzieliśmy się o śmierci Moumira Bouamrane'a i Waldemara Milewicza. Osnuł nas głęboki żal.

  Choćby nie wiem jak się jednak chciało, nie można postrzegać wszystkich walczących z bronią w ręku Irakijczyków jako terrorystów. Nikt dzisiaj nie wie ilu z nich to zwyczajni ludzie, którzy mimo przerażającej militarnej przewagi agresora mają odwagę walczyć o prawo do samostanowienia o własnych losach i losach swojej ojczyzny.

  Łatwo sobie wyobrazić, że jest ich bardzo wielu, kiedy spojrzeć na wydarzenia w Iraku z perspektywy polskich licznych walk o narodową suwerenność. Dopiero jakże niedawno przecie zakończyła się ostatnia z nich. Czyżby aż tak krótka była ludzka pamięć, że już teraz trzeba przypominać polski powojenny prosowiecki rząd likwidujący w brutalny sposób wszelkie niepodległościowe tendencje i każący wielbić ZSRR za to, że jego armia wyzwoliła Polskę od Hitlera? A może porównanie tamtego okresu z obecnymi wydarzeniami w Iraku jest niedopuszczalne tylko dlatego, że Adolf Hitler nie był Polakiem (jak Saddam Hussein Irakijczykiem), a George. W. Bush nie jest Józefem Stalinem?

  Obróćmy judaszową monetę na drugą stronę i spójrzmy jak żołnierze koalicji obu płci muszą nie tylko strzelać do Irakijczyków w imię ich wolności i demokracji (tylko w kwietniu zabitych zostało 1089 osób), ale również znęcać się nad uwięzionymi - w co jak dotąd uwikłani są "tylko" Amerykanie i Brytyjczycy (Amnesty International). Dochodzące nas z mediów informacje zdają się wykazywać, że psychiczne i fizyczne maltretowanie więźniów było nie tylko tolerowane przez dowódców, lecz mogło odbywać się wręcz na ich rozkaz.

  W obliczu napływających coraz to nowych szczegółów trudno jest uwierzyć, że nikczemne postępowanie z więźniami ogranicza się jedynie do więzienia Abu-Ghraib; więzienie to cieszyło się, notabene, złowieszczą sławą także za panowania Husseina. Washington Post opublikował 9 maja artykuł, w którym mowa jest o 20 dozwolonych (częściowo przez ministra obrony Rumsfelda) metodach przesłuchań w więzieniu Guantanamo na Kubie.

  Bez żadnej podstawy prawnej przetrzymuje się tam ok. 600 ludzi - wśród nich mają znajdować się także nieletni:

  "Dyrektor generalny Komitetu Międzynarodowego Czerwonego Krzyża (IKRK), Angelo Gnaedinger, powiedział w Kopenhadze, że Czerwony Krzyż próbuje w rozmowach z USA znaleźć jakieś rozwiązanie dla tych dzieci. Według informacji Sueddeutsche Zeitung (SZ) komendant Guantanamo nalega już od miesięcy na Waszyngton, aby zwolnić młodocianych, jak dotąd bez powodzenia (SZ , 28.11.2003).

  Wśród dozwolonych w Guantanamo metod przesłuchań miałyby znajdować się m. in. takie jak niedopuszczenie do zaśnięcia, zmuszanie do całkowitego obnażenia się, wystawianie na działanie zimna, gorąca, głośnych dźwięków czy jaskrawego światła. Podobne metody miałyby być dozwolone także w Iraku.

  W wywiadzie dla arabskiej stacji telewizyjnej El Hurra prezydent Bush miał zapewniać, że "to, co działo się w tym więzieniu (przyp. Abu Ghraib), nie reprezentuje Ameryki, jaką znam". (Netzeitung, 9.05.04). W innym miejscu nazwał on maltretowanie Irakijczyków postępowaniem "nieamerykańskim".

  Jak by nie było, pozostaje faktem, że sadystyczne znęcanie się nad irackimi więźniami, media donoszą o przypadkach zamęczenia na śmierć, przyczyniło się do eskalacji wojennego bestialstwa.

  11 maja obiegła świat wieść o nagranej na wideo egzekucji ścięcia głowy obywatelowi Stanów Zjednoczonych.

  "Prezydent USA, George W. Bush, nazwał zamordowanie uprowadzonego Amerykanina Nicholasa Berga 'brutalną egzekucją, której nic nie może usprawiedliwić'. Bush powiedział w środę w Waszyngtonie, że to ścięcie demonstruje 'prawdziwą naturę tych niewielu ludzi, którzy nie chcą dopuścić do wolności w Iraku... chcą oni skruszyć naszą wolę', mówił Bush. USA nie zamierzałyby jednak odstąpić od swego planu urzeczywistnienia w Iraku demokracji i wolności." (Standard, 13.05.04)

  "Zdaniem rodziny Nicka Berga (...) pewną współwinę (przyp. za jego śmierć) ponosi rząd USA. Ojciec Michael Berg powiedział we wtorek (miejscowy czas), że jego syn mógł być już od dawna znowu w USA, gdyby nie został zaaresztowany na przejściu kontrolnym w Mossul przez irackich policjantów i nie był przez kolejnych trzynaście dni przetrzymywany przez USA. Dopiero po tym jak jego rodzina złożyła skargę do sądu w Pensylwanii, Berg został 6 kwietnia zwolniony." (12.05.04 focus-online)

  Nick Berg "ostatni kontakt z rodziną nawiązał 9 kwietnia mówiąc, że właśnie znajdowałby się oto w trakcie poszukiwania bezpiecznej drogi do domu. Jego rodzina oznajmiła, że Nick próbował w Iraku znaleźć pracę jako ekspert d/s komunikacji."(13. Mai 2004 kurier.at)

  12 maja Guardian donosi o 1600 zdjęciach, które mogli obejrzeć w tym dniu amerykańscy kongresmeni. Wielu z nich miało być zaszokowanych ich treścią. Wśród nich republikańska deputowana Jane Harman: " Widziałam okrutne, sadystyczne tortury".

  Już następnego dnia zaroiło się w mediach od relacji w rodzaju: "Nowe zdjęcia tortur w Iraku są do tego stopnia brutalne, że George W. Bush koniecznie chce zapobiec ich publikacji. Widać na nich więźniów zmuszanych do analnych stosunków. Gwałty i sodomia zdają się być na porządku dziennnym." (focus-online/topnews,13.05.04 )

  W tym samym dniu minister Rumsfeld złożył mniej lub bardziej niespodziewaną wizytę w więzieniu Abu Ghraib. Podczas spotkania ze swymi żołnierzami przekazał im pozdrowienia od prezydenta, wyraził ubolewanie z powodu pojedynczych przypadków znęcania się nad więźniami, zapewnił żołnierzy o swej wdzięczności za ich zaangażowanie dla dobra narodu irackiego i zacytował wreszcie Abrahama Lincolna: "USA są ostatnią wielką nadzieją dla tego świata".

  Ministrowie Rumsfeld i Hoon po kilku dniach od wybuchu skandalu wzięli na siebie wreszcie polityczną odpowiedzialność i przeprosili świat za karygodne postępowanie żołnierzy. Wobec winnych mają zostać wyciągnięte surowe konsekwencje.

  Wobec winnych? Ray McGovern, były współpracownik CIA, nie ma żadnych wątpliwości, kto odpowiada za wszystko, co obecnie dzieje się w Iraku:

  "Jest rzeczą całkiem jasną, że wina leży po stronie amerykańskiego prezydenta. On jest odpowiedzialny za to, że te oddziały tam się znajdują. On jest odpowiedzialny za wojnę, która została wszczęta poprzez łudzenie fałszywym stanem rzeczy. Nienawiść, zemsta, szczególny rodzaj zemsty, do jakiej pobudzał on żołnierzy, jest odpowiedzialna za brutalność żołnierzy oraz za bezlitosność i nieludzkie traktowanie Irakijczyków. Czyni się ich odpowiedzialnymi za śmierć 3 000 ludzi w World Trade Center. I jest zupełnie obojętne, że nie ma żadnego dowodu na związek pomiędzy Irakiem a 11 września" (ARD, Monitor, 6.05.04, źródło: uniwersytet Kassel)

  Pozostaje wierzyć, że nigdy nie dojdą nas podobne wieści o Polakach. Choć już sama wojna agresyjna jest, ogólnie rzecz biorąc, czymś zgoła "niepolskim".


  Plamy na sumieniu

  W styczniu zeszłego roku, dwa miesiące przed bezpośrednim i sprzecznym z Prawem Narodów atakiem na Irak, Günter Grass zwrócił w swym eseju "Między wojnami" uwagę na pewną niedorzeczność:

  "Ale, mówi się dalej, Saddam Hussein dysponuje - co nie jest udowodnione - bronią masowej zagłady. Tak twierdzi Zachód, który - co dałoby się udowodnić - bronią masowej zagłady dysponuje."

  Niedawno Colin Powell musiał przyznać, że oskarżenie Iraku o posiadanie takiej broni było zbyt pochopne. No, i co z tego? Wszak Hussein i tak jest łotrem.

  Jest on nim bez wątpienia, ale żadnych moralnych wartości, etycznych norm, czy społecznych rozwiązań, choćby nawet najobiektywniej obiektywnie najlepszych, nie da się nikomu wmusić. Uszczęśliwianie na siłę doprowadziło już do wielu straszliwych humanitarnych katastrof, i jak dotąd nie ma powodu aby sądzić, że w przypadku obecnej wojny będzie inaczej.

  W Iraku giną tysiące ludzi; a na domiar złego wbrew oficjalnym intencjom rządu USA nic jak dotąd nie wskazuje na słabnięcie międzynarodowego terroryzmu. Jest raczej odwrotnie: ślepa nienawiść coraz silniej sieje śmierć we wszystkich zakątkach naszego globu, nie omijając oczywiście Europy. Nie sposób nie dostrzec rosnącej na całym świecie pogardy do naszej, coraz bardziej otwarcie opierającej się w swej polityce zagranicznej na przemocy gospodarczej i militaryzmie, euro-amerykańskiej cywilizacji. Kto szelma niechaj doda: i chrześcijańskiej. My powiemy o tym za chwilę.

  Europejczykom, a w szczególności Niemcom, przeszła jak się zdaje ochota do prowadzenia wojen. Oby na zawsze. Społeczeństwa naszego kontynentu całkiem wyraźnie domagają się od swych rządów prowadzenia polityki opartej na dyplomacji i rokowaniach. I rzeczywiście: rządy respektujące wolę swych wyborców nie włączają się w wojenne przygody amerykańskich jastrzębi i rekinów.

  Ale są i inne, w swej arogancji zapominające o tym, że są reprezentantami własnych społeczeństw i że nie własną, lecz ich to wolę winny wypełniać. Tak jest w Wielkiej Brytanii i we Włoszech, tak było do niedawna w Hiszpanii i miejmy nadzieję, skoro już musimy w tym akurat szeregu wymienić także Polskę, że także my już wkrótce będziemy mogli mówić o polskich żołnierzach w Iraku w czasie przeszłym.

  Społeczeństwa państw nie zaangażowanych militarnie w obecną wojnę w tym jednym chociaż punkcie nie zawiodły się na swych przedstawicielach; choć niechybnie zdają sobie one sprawę z tego, że forsowana przez nich polityka pozostawia skądinąd wiele do życzenia. Nie bez powodu we Francji podczas ostatnich wyborów regionalnych zdecydowane zwycięstwo odniosły partie lewicowe, zaś niemiecka socjaldemokracja przechodzi jeden z największych kryzysów w swojej historii (kwiecień, 2004, ZDF-Politbarometer: SPD-29%, CDU/CSU-48%).

  Jednakże przynajmniej w obliczu wojny w Iraku obywatele tych krajów nie będą musieli cierpieć moralnych katuszy, jakie spędzają sen z oczu wszystkim obdarzonym sumieniem ludziom; Günter Grass dał temu wyraz we wspomnianym wyżej eseju, opierając go na wierszu Mathiasa Claudiusa "Wojenna Pieśń".

  Doświadczeni wojną żołnierze, którzy wrócą z Iraku do domu, często ranni, często bez nóg lub rąk, obawiający się konsekwencji zetknięcia ze wzbogaconym uranem (którym wypełnione są ich pociski), jeszcze częściej okaleczeni psychicznie, będą przez długi czas cierpieć z powodu niedorzecznej śmierci tak kamratów, jak i dziesiątek tysięcy Irakijczyków, w tym ponad dziesięciu tysięcy osób cywilnych (tylko do tej pory).

  I znowu trzeba sobie uświadomić: osoby cywilne to babcie, dziadkowie, wnuczęta, bracia, córki, siostry, matki, ojcowie... Ludzie, którzy wcześniej cierpieli choroby i głód, bo przez dziesięciolecia rządził nimi tyran Hussein, długoletni partner politycznych i gospodarczych elit naszej "zachodniej cywilizacji", która na domiar złego ukarała Irakijczyków gospodarczym embargo; odebrało ono życie 500 tysiącom irackich DZIECI (UNICEF).

  Zaprawdę żadnemu z nas nie powinno być obojętnym, z jakimi to państwami współpracują na różnych płaszczyznach rządy naszych krajów. Konszachty ze złem powodują plamy, których zatarcie wymaga czasu i starań. Za przykład niechaj posłuży tutaj naród niemiecki, który przed ponad siedemdziesięciu laty raz wybrał (1932, NSDAP:33,1%, SPD:20,4%, KPD:16,9%, wg. wikipedia) i nie był już później w stanie niczego zmienić; plamy widoczne są do dzisiaj.

  W tej wojnie zginęli już niewinni ludzie. Czy musi być ich, jak w Wietnamie, miliony? Czy setki poległych żołnierzy to za mało? Czy musi ich być, jak w Wietnamie, dziesiątki tysięcy?

  Nakręcając wojenną maszynerię i własny naród prezydent Bush wielokrotnie odwoływał się do pojęć religijnych i moralnych, mówił o osi nienawiści, o dobroci i idealizmie, o Bogu i amerykańskiej misji wyzwolenia świata od zła. Swoje przedwojenne wystąpienia kończył zdaniami w rodzaju: "Ten wróg zostanie powstrzymany przez potęgę i zdecydowanie Stanów Zjednoczonych oraz naszych przyjaciół i sprzymierzeńców. Niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone."

  W tym samym gorącym okresie papież Jan Paweł II czynił nieustanne wysiłki, aby zapobiec zbliżającej się tragedii, spotykał się z politykami wszystkich opcji, radził, przekonywał, prosił. 14 lutego w Watykanie spotkał się on także z irackim wiceprezydentem Tarikiem Asisem. Żegnając się z irackim politykiem papież, niechybnie mając przed oczami duszy wymęczony iracki naród, wypowiada słowa: God bless Iraq (Niech Bóg błogosławi Irak) (WDR, Wer zum Schwert greift.../Kto mieczem walczy..., 2003)

  Niedługo później Jan Paweł II wypowie inne znamienne słowa: "Wojna jest zawsze porażką człowieczeństwa."

  Nadszedł już chyba czas, aby tę wypowiedź pierwszego biskupa Watykanu zrozumieć jako wezwanie do zarzucenia trwającej wśród chrześcijan od wielu wieków etycznej dyskusji na temat teorii wojny sprawiedliwej i do jednoczesnego wzmożenia wysiłków zmierzających ku sprawiedliwemu pokojowi.


  Amerykańscy Amerykanie

  Co do wątku majowego, to na koniec należałoby jeszcze jakoś zaradzić temu, aby w słusznym skojarzeniu Stanów Zjednoczonych z pierwszomajowym świętem ludzi pracy połączonej Europy nie zakorzenił się mroczny, rocznicowoniespełniony cień pseudochrześcijańskiej pychy, jaka kotłuje się od kilku lat nad Waszyngtonem i która przed rokiem osiągnęła na lotniskowcu Abraham Lincoln swoje dotychczasowe apogeum.

  Zacytujmy fragment aktualnego oświadczenia US-amerykańskiej Narodowej Rady Kościołów:

"Wspólna sprawa, która winna łączyć wszystkie kraje w 'wojnie przeciw terroryzmowi' ustąpiła miejsca poczuciu urazy do Stanów Zjednoczonych wobec czegoś, co rozumiane jest jako zdrada własnych ideałów. W niefortunny sposób fotograficznym emblematem tej wojny nie będzie wspólne uroczyste powalenie statuy Saddama Husseina przez Amerykanów i Irakijczyków; będzie nim piramida nagich irackich więźniów, z których w chwili moralnego bankructwa szydzą amerykańscy żołnierze."

  Jesienią 2002 i na początku zeszłego roku setki tysięcy demonstrujących w całych Stanach Zjednoczonych obywateli wiedziało, dlaczego wyszli na ulice, wobec nasilającej się wojennej propagandy dziesiątki tysięcy ludzi podpisało listy protestacyjne, za pokojowym rozwiązaniem irackich problemów opowiedziało się wtedy także wielu znanych i kompetentnych Amerykanów, wśród nich byli m. in. Jimmy Carter, Ramsey Clark - były prokurator generalny USA, Noam Chomsky - naukowiec, pisarz i publicysta, Scott Ritter - szef specjalnej komisji ONZ d/s rozbrojenia w Iraku, Gore Vidal - pisarz, Michael Moore - filmowiec, pisarz, dokumentalista i wielu, wielu innych. Wśród nich już wtedy znajdowali się także przedstawiciele cytowanej wyżej Rady Kościołów, np. Bob Edgar:

  "80% światowej społeczności żyje w walących się domach, 70% nie potrafi czytać ani pisać, a 50% położy się dzisiaj głodno spać. Pragnąłbym, aby wszyscy politycy tego świata przyjęli to wreszcie do wiadomości, w szczególności zaś politycy w USA, gdzie tak wiele posiadamy, a tak mało dajemy. Życzyłbym sobie, by wykazywano się nieco większą odwagą w walce o zaspokojenie światowych humanitarnych potrzeb, a nie wychodzono z założenia, że świat można sobie podporządkować militarną siłą." (WDR, Wer zum Schwert greift.../Kto mieczem walczy..., 2003)



*



  Poeci wiedzą więcej...

  "Z czasem i rdzeń zmięknie, roztopi się i wsiąknie w nową kulturę." (A. Bielska)

Wierzmy, że za którymś razem będzie to w naszym ludzkim kontekście kultura wzajemnego poszanowania i pokoju.




*




Dla zainteresowanych: pełna treść oświadczenia Narodowej Rady Kościołów USA
z 12 maja 2004



günter grass, między wojnami  WIOSNA'04  str. 1


publicystyka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni