archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



reportaże  strona główna



Benedykt odwrócony

filip łepkowicz, zdjęcia 
jędrzej morawiecki, tekst 


  Najpierw Tomasz i Barbara Sadowscy opowiadają o idei pomocy społecznej. O niezależnych, samowystarczalnych domach. O Barkach, które mogą stać się szansą dla kraju. O bezrobociu i bezdomności, które nie znikną. Mówią o problemie, z którym trzeba się zmierzyć. Opowiadają o barakach, zdewastowanych gospodarstwach. O własnych dzieciach wychowanych w odmiennej rzeczywistości, o funkcjonowaniu poza systemem. Tworzeniu własnego systemu pomocy. O Unii Europejskiej, o wielkiej polityce, o projekcie nowej ustawy, która może Barki wspomóc. Mówią o Bożym Dziele, o tym, że każde działanie ma swoją przyczynę. Potem opowiadają o Opolu, o księdzu Józku Krawcu, który się o idei Barki od nich dowiedział. O wspólnym początku.




  II.

  Teraz opolska Barka. Popegeerowska stadnina koni, otoczona lasem, trzydziestohektarowym polem. Pole jest ciemnozielone. Las - rudy i bezlistny. W polach widać ule w przytłumionych kolorach. Dom ma dach w szarosrebrne pasy. Obok jest noclegownia kryta onduliną. Dalej zabudowania gospodarcze, hodowla.

W domu mieszka dwadzieścia osób. W noclegowni - pięćdziesiąt. Wszyscy pracują. Nikt nie może pić alkoholu. Nikt nie może uderzyć człowieka. Nie wolno kraść. To są zasady podstawowe. Jeśli złamiesz którąkolwiek z nich - opuszczasz Barkę - musisz iść w świat. Nawet jeśli boisz się tego, co na zewnątrz zostawiłeś. Mimo zimna, mimo dykty na dworcu, mimo tych, co na ciebie tam czekają. Mimo że ksiądz bardzo pożegnania przeżywa, mimo że nie lubi ich twardy Dziuniek, mimo że odejście jest dla wszystkich przykre.

Jeśli zasad przestrzegasz - możesz zostać. Jeśli zaakceptuje cię grupa - przejdziesz z noclegowni do domu i możesz żyć w Barce na stałe. Będziesz pracować, jeść chleb z pasztetową, doglądać świń, robić zaprawę, kłócić się o sposób uprawy. Chodzić na jasnogórski apel, słuchać odległej autostrady, czasem ładować się do starego transportera czy dziurawej nysy i jechać na Mszę. Pracuj i módl się - odwrócona zasada Świętego Benedykta. Buduj dom. Przeżywaj kolejne dni. Takie jak dzisiejszy.



  III.

  Ksiądz Józek wrócił właśnie z objazdu. Siedzi w pokoju na górze, odpoczywa. Wyciąga czekoladę, wspomina to, co było przed Barką: pracę w więzieniach, życie na plebanii, bezradność, świadomość, że nie jest w stanie pomóc temu, który wczoraj przyszedł do kaplicy, a dziś wyszedł na wolność.

Niżej, w kuchni Dziuniek ściska blat stołu, mówi o twardej robocie lidera, o odpowiedzialności i dyscyplinie. Andrzej i Stachu toczą wózek z piachem, babrają w błocie czerwone kalosze. Dziadek ucieka w pola. Gosia płacze w świniarni. Potem wszyscy idą na kawę.

Z kolejnych dni, miesięcy, z małych wydarzeń, monotonnej pracy, z radości, ze szczerych opowieści, gorzkiego żalu, przaśnych dowcipów, nieporozumień, z rozstań i powrotów buduje się historia odrębnego świata. Historia ludzi strzaskanych przez los, zmęczonych nieraz, pogubionych, ale silnych zwycięstwem nad własną słabością. Historia Barki.





  IV.

  Ksiądz Józek Krawiec mieszkał na plebanii w Strzelcach i pracował w dwóch więzieniach. Po roku zrozumiał, że coś się musi zdarzyć. Że nie potrafi się odnaleźć w formule, w której trwa. Wtedy poznał Sadowskich i postanowił stworzyć oddział Barki. Najpierw poniósł klęskę. Usiłowali przejąć stary tartak, ale wieś ich odrzuciła. "Powiedzieli, że nas nie chcą. Obawiali się niepokoju, fermentu. Wreszcie w czerwcu 1998 roku udało się nam wprowadzić do opuszczonej stadniny. Tej, w której teraz żyję. Przez pierwsze pięć dni dojeżdżałem. Na miejscu siedzieli już Tomek i Basia. Nie było wody, chodziło się do leśniczego. Przeprowadziłem się z plebanii, siedzieliśmy przy świeczkach. Rozpoczęły się remonty. Pojawili się ludzie. Jeśli chcieli żyć w trzeźwości, akceptowali zasady - zostawali. Z początku bardzo wolno: ktoś przychodził, żył miesiąc, potem znów nikogo...

  Najpierw była wizja idealna: że każdy bezdomny jest bardzo nieszczęśliwy i bezradny a ja jestem jego wybawicielem, że ja jestem dla bezdomnego wszystkim. Jeśli ja go nie przyjmę, on zginie. Jeśli ja go pożegnam - również zginie. I kiedy ta wizja moja zderzyła się z rzeczywistością, kiedy ktoś wypił i trzeba go było wyrzucić... Porażka. Czasami się nawet zastanawiałem, czy to ma sens. Pierwsze zderzenie nastąpiło poza mną. To znaczy miałem akurat rekolekcje i wyjechałem. W tym czasie dwóch panów się spiło. A cała wspólnota liczyła wtedy sześć osób. A więc starali się oddziaływać na pozostałych siłą, żeby móc zostać. Włączyła się do tego opieka społeczna i jak przyjechałem - tych dwóch było już poza domem. Zostali pożegnani. Jeden z nich pracował wcześniej jako kierownik pociągu. Kolejna sytuacja: uderzył drugiego człowieka. Kłótnia o kobietę, batalia o względy. Pobili się na korytarzu. Nie wyhamował emocji. Trochę się bałem, była trzecia w nocy, wpakowałem go w samochód i odwiozłem na PKP. Nie było napięcia pomiędzy mną a nim. Pożegnaliśmy się, dałem mu jakieś pieniądze na drogę. Pogodził się z tym.

  Samej decyzji o wydaleniu z domu nie wolno podejmować w pojedynkę. Wszystko wspólnie. Czasem są etapy pośrednie: mniejsze kieszonkowe, dodatkowe roboty. Ale jeżeli ktoś po prostu wykazuje złą wolę, to wtedy musi opuścić dom. Barka to splot ciężkich życiorysów. Skoro bywają problemy w zgromadzeniach zakonnych, a wszyscy ludzie tam wchodzący mają jedną i tę samą intencję, skoro tam jest życie sakramentalne, a jednak pojawia się cień, to w tego typu miejscu jak u nas musi być jeszcze trudniej. Ważne, byśmy uczyli się żyć razem. Bo tym jest wspólnota. Ważne by łączył nas dom."




  V.

  Waldemar Hoczaj, syn Stanisława. Tutaj nazywają go Dziadkiem. Prowadzi do swojego pokoiku, na parterze, zaraz przy wejściu. Wchodzi razem ze swym psem, Sylwkiem. Siadają. Dziadek pokazuje wersalkę, kapę, ołtarzyk, święte obrazki na ścianach. Chwali się, rozkłada w milczeniu ręce. Potem wzdycha. "Ja uważam, że życie jest, jak żyje cała rodzina" - rzuca. "A tak... Kiedyś miałem super. Bo żona - co tu dużo gadać - była żydówką. Do tego robotę dostawałem zawsze dobrą. Najpierw malarz konstrukcji stalowych: samochodzik wychodził spod mojej ręki wylakierowany jak zegareczek. Bo się znam. Dyrektorowi jak samochód odstawiliśmy, to jak przyszedł - nie wierzył. Wypiaskowaliśmy, cycuś. Jak pudełeczko zapałek. Potem była betoniarnia, kopalnia rudy uranowej, kopalnia węgla...

  Odrabiałem tam wojsko - bo dziadek był kułakiem. No i zamiast do Żagania walnęli mnie pod ziemię, na węgiel. A do uranu to sam poszedłem. Wiadomo, ryzyko pylicy i tak dalej. Ale zarobki kolosalne. Zszedłeś tylko, patrzysz - idą pasy rudy, wszystko obmierzone, zegary wykazały aktywność - dawaj urabiać, pakować do puszek. Nie powiem, aureoli nie nosiłem. Lubiłem sobie dać w szyję i to mnie zgubiło. Ja pięć razy byłem żonaty, przyznam się. Ale ta niewiasta, co z nią byłem ostatnio, to bym nieba uchylił, żeby tylko zmartwychwstała. Nie ma słów, by o niej opowiedzieć. Tak myśmy się rozumieli, że nie ma określenia. Ale to wszystko krótkotrwałe. Siedem lat współżycia i przepaść. Poszły matka, żona, córka. Wszystkie leżą w Kluczborku. Ja się po tym tak rozpiłem, że Boże! 365 dni płynąłem, okrągły rok. To mnie pochłonęło. Jak dureń: sprzedałem z domu wszystko. Nawet dywany perskie poszły. Pozostały cztery ściany. A potem nie opłacałem trzy miesiące mieszkania, przyszło pismo, długi dalej rosły...

  Na śmietnik byłem przygotowany. Naszykowałem dwie wersalki - położyłem je jedna na drugą. Do tego trzy kołdry. Czyściutko.... Jak policja tam przyjeżdżała, to się dziwili, że tak rewelacyjnie sobie daję radę. A to był 1999 rok, niesamowita zima. Mróz ścisnął bez litości: styczeń, luty, marzec, kwiecień... Stworzyłem jednak warunki odpowiednie dla siebie i swego psa. Bo cenię go ogromnie. Do tej pory idzie ze mną przez życie, przez wszystkie ośrodki. Jak moja matka umarła, to ten pies siedział na kolanach, patrzył mi w oczy i łzy wylizywał. Bo to pies niezwykły, cyrkowy. Ja dzięki niemu to wszystko przetrwałem. A już myślałem - z trzeciego piętra się trzasnąć. W jednym roku trzy pogrzeby. Wszystko we mnie skwierczy, wspomnienia palą. Życie poszło wniwecz. Pozostałem sam. Nieodwracalnie. Ale dzięki Bogu rozum mam, chodziłem nawet do ogólnokształcącej, oleju sobie do głowy trochę napędziłem. Ja nie jestem żadnym osłem dardanelskim. Ja śpię, ja przebudzam się w tym pokoiku i wszystko staje znowu przed oczami. Czy leżę, czy pracuję, czy siedzę przy kawie, czy zmywam w kuchni - w głowie ciągle ten straszny film.

  Jak tu przyjechałem, uklęknąłem przed księdzem. <<Wielebny, ja potrzebuję ruchu i roboty>> - tak mu mówiłem. Ja nie chcę być cwaniakiem, a człowiekiem pracy. No i pracuję"

  Kończy opowieść, zamyka pokój, bierze psa, ruszają znów razem do kuchni.



  VI.

  Ksiądz Józek: "Jak zdarzy się tak, że iskra przeskoczy, chłopak zaczyna się podobać dziewczynie, kobieta mężczyźnie, to wtedy jedna z osób opuszcza nasz dom, idzie do drugiego, wieś dalej. Dwa razy w tygodniu odbywają się zaloty. Po pewnym czasie albo się to rozchodzi albo idzie w kierunku małżeństwa. Po zawarciu związku mogą zamieszkać razem".




  VII.

  Dziuniek czyli Zdzisław Kozłowski. Czeka w stołówce. Częstuje pasztetem i twardym chlebem. Zaczyna mówić ostro, konkretnie: "Szesnaście lat kryminału mam za sobą. Wyszedłem ze Strzelc, zaostrzony rygor. Jestem liderem tego domu. Prowadzę kuchnię, noclegownię, przyjęcia... Mam zawsze oczy otwarte. Bo każdy ma inny charakter. Jeden się napije, drugi go nie wyda... A tu tego tolerować nie wolno. Twarda gra. Z alkoholem nie ma szans. Dla słabych nie może być pobłażania. Inaczej wszystko się rozpadnie. To jest przede wszystkim dom katolicki. Mamy o dwudziestej pierwszej apel jasnogórski w kaplicy. Obowiązku nie ma, ale idą wszyscy. Potem informacje dla domowników - co trzeba zrobić, jaki plan. Normalne barkowe życie.

  Ja sam nie jestem bezdomny. Mogłem mieszkać w Warszawie. Ale tam dokonałem przestępstwa i nie chcę tam wracać.

  Jak zabiłem, miałem syna trzyletniego, byłem żonaty, pracowałem w hucie. Żona robiła w domu handlowym "Emilia", największym w Warszawie. Syna zobaczyłem, jak miał czternasty rok życia. Dostałem przepustkę. Ujrzałem go na klatce schodowej, akurat schodził. Serce mu podpowiedziało czy co, spojrzałem na niego, on mi powiedział: <<tatuś>>. To do końca życia będę pamiętać. Jestem z nim w kontakcie. Ale to straszne było wspomnienie, nie ma jak opowiadać".

  Prosta historia. Narzeczony bił siostrę Dziuńka. Dziuniek nie wytrzymał. Trzasnął niedoszłego szwagra, sam dostał od niego popielniczką w głowę. Dziuniek przeleżał. Wstał. Wypił. Poszedł. Narzeczony siostry był akurat w mieszkaniu. Dziuniek wpakował mu nóż i po sprawie. Po trzech miesiącach niedoszły szwagier zmarł. Potem proces. Pokazowy i specjalny, bo w kraju stan wojenny. Dziuniek zobaczył tłumy dziennikarzy, aplikanci robili na nim praktyki. "Może teraz inaczej na to patrzę, ale wtedy czynu nie żałowałem. Może teraz bym to nazwał że zabiłem w afekcie, czy coś. Ale wtedy mówiłem, co czułem". Potem już tylko cela. Żona do Dziuńka z początku przychodziła. Ale on sam wystąpił o rozwód. Pojął, że nie ma jej prawa trzymać tyle czasu. Trzy razy próbował się powiesić, no bo jak inaczej? Nie miał nawet dwudziestu pięciu lat i całe życie zawalone.. Wbitki, sypanie oczu... Wszystkiego próbował. Straszliwa monotonia: obiad, spacer, robota... Jak w więzieniu jest? Wiadomo jak jest. Dla słabeuszy nie ma litości. A on jaki był? Mocny. Nawet bardzo mocny. On rządził. Na specjalnym oddziale. Same długie wyroki. Dziuniek dobrze wiedział: nawet w pracach psychologicznych można wyczytać, że jak człowiek tak długo siedzi w zamknięciu to ma nie do końca równo pod sufitem. A więc Dziuniek i tak się cieszy, że pozostał w tym wszystkim w miarę normalny. Czasem mu tylko nerwy puszczają...

  Wyszedł po szesnastu latach. Pamięta wszystko. Pracował wtedy w otwartym zakładzie, był chodzącym resocjalizacyjnym eksperymentem. Dostał w pracy telefon: wychodzisz warunkowo. Wracał z zakładu i powoli do niego wszystko docierało: że za dziesięć dni będzie na wolności.

  No i przyszła wolność. Potem rozczarowania, pomyłki, straszne alko-dni. Do Barki startował dwa razy. Najpierw poniósł klęskę. Wypił, zemdlał przy lodówce. Wyleciał. Przetrwał. Wrócił. Poprawił się. Dziuniek wspomina, stoi w kuchni, trzyma ręce na blacie. Mówi jeszcze o robocie, że taka kuchnia to nie miód, trzeba wszystkich wyżywić za dwieście złotych na tydzień. Że z zewnątrz trudno to pojąć. Ale najważniejsze, że są dobrodzieje. Że można się od nich czegoś nauczyć. Że są ludzie, którzy otwierają przed nim tak wiele: weterynarz, rolnicy, psycholog... Czasem czuje się zmęczony. Ale szczęśliwy. Bo założył rodzinę, bo wytrzymał w Barce.

  "Przyszedłem tu 19 miesięcy temu. W tamtym roku w marcu poznałem żonę: panna z dwójką dzieci. Ona przyjechała z facetem. Życie im się nie układało. On strasznie pił, awanturował się, wyjechał na leczenie. A my mieliśmy się coraz bardziej ku sobie, zaangażowaliśmy się. Myślałem, że to jakieś przelotne będzie, ale po kilku miesiącach wyjaśniło się, że kochamy się nawzajem, co tu dużo mówić. Chcieliśmy się pobrać. I ona powiedziała mi nagle, że w ciąży jest. Trzeba było to oznajmić księdzu. Nic miłego. No ale stopniowo się oswoił. Powiedział: Dziuniuś, dajmy czas. Ona musiała dom opuścić. Zaloty były dla mnie bardzo trudne. Dwa razy w tygodniu jeździłem do drugiego domu. Takie mamy wymogi. Ale byłem szczęśliwy, bo jechałem do dzieci. No i do żony też. Tak przez pół roku. Że jestem po rozwodzie, to ślub kościelny nie wchodził w grę. Wzięliśmy cywilny. W sierpniu urodził się syn. Mamy więc troje dzieci i to jest motywacja do życia. Kocham strasznie dzieci, żonę także. Ale dzieci najważniejsze w życiu. Chciałbym wyjść. Wziąć je na zewnątrz. Żyć z nimi normalnie".

  Dziuniek kwili nad dzieckiem, rozpływa w ojcowskim uczuciu. Lider-recydywista wozi wózek po całej stołówce, jaśnieje szczęściem. "To jest moja motywacja" - powtarza ciągle. Szczerbatą, twardą twarz marszczy wzruszenie.




  Dziadek kiwa głową, szykuje parzoną kawę dla brygady. Potem wskazuje na Dziuńka, tłumaczy, że tu trzeba się zawsze dotrzeć, że Dziuniek to mu bardzo na początku pomógł, od razu wziął go do kuchni, do lekkiej roboty, że jest dobrym człowiekiem, a nie wszyscy tu dobrzy. Że niektórzy barkowicze to paskudne lizusy, że chcą walić u księdza punkty, jakby na jakąś premię liczyli. Że tu się da gadać z księdzem, Dziuńkiem, może jeszcze z kilkoma. A z resztą - na dystans. On wiekiem starszy, wara. Czasem puści wiąchę i spokój. Jak najdalej od tego towarzystwa. Taką ma Dziadek zasadę.



  VIII.

  Pan Zbigniew przysłał umyślnych. Mówią, że przyjmuje w pokoju, że chce mówić, ale nie ma jak wyjechać, bo po kamieniach niewygodnie. A w ogóle to życie przesiąkło goryczą i on chce to wszystko wyłuszczyć. Opowiedzieć o zmartwieniach, o potężnym nieporozumieniu, o całym socjalnym ambarasie.

No i mówi: "Nogę mi amputowali w 2001 roku, przed Wielkanocą. Potem same perypetie. W domu opieki społecznej nastąpiły zgrzyty, że niby molestuję dziewczynę. A dom to przecież nie więzienie! No, rzeczywiście się cmoknęliśmy z Reginą. Salowa wpadła i krzyku narobiła. Skarga do kierowniczki, dali szlaban. No to zacząłem do Reginy wyjeżdżać na dwór, żeby już nie w pokoju. A potem jedna terapeutka wzięła ją do miasta i zaczęła opowiadać, że niby byłem żebrakiem, że żonę biłem... Potem zameldowali, że jestem pijany czy jakoś tak. Spakowali, posłali na leczenie do Branic. A ta konkubina, to strasznie za mną przepadała. Jak wyjeżdżałem po papierosy: <<Zbysiu nie bądź długo>> - krzyczała, <<Wróć szybko>>, takie tam. Ja psychologiem nie jestem, ale znakiem tego co się stało, widzę, że ona się po moim odejściu psychicznie załamała. Stąd widać umarła. Po tym wszystkim uciekłem z ośrodka. Wyjechałem po prostu do domu. Jechałem asfaltem dwanaście kilometrów. Odpoczynki po drodze robiłem i w końcu dotarłem wózkiem do córki. A od października jestem tutaj. Tylko że tu nie są dla mnie warunki. Barka jest dla ludzi pełnosprawnych, do pracy. A ja mam <<nożną komplikację>>. Brakuje mi protezy. Jak się położę, całą noc nie śpię. Nie chcę być do śmierci przywiązany do wózka. A tu rehabilitacji nie ma. Rwie, piecze..." Pan Zbigniew mówi, potem każe się wieźć na obiad. Wózek zgarnia żwir spod kół, trzęsie się na kamieniach, jedzie w stronę stołówki.




  IX.

  Cała historia Rudolfa zamyka się na małym skrawku ziemi na przedmieściach Opola. Opiekował się ojcem po wylewie. Mieszkanie było zapisane na brata. Za tę właśnie opiekę, co jej Rudolf dopełniał. Potem ojciec zmarł, a brat chałupę sprzedał. Rudolf wynajął pokój. Pracował w wojsku jako palacz centralnego ogrzewania. Ale w końcu praca się skończyła. "Zdrowie siadło, nie przeszedłem badań. Rozpoczęła się tułaczka. W lecie żyłem po pustostanach. Miałem znajomka, co już wcześniej koczował. Był zawodowym w wojsku, przez gazowanie robotę stracił. Pytam go: nie byłoby u ciebie jakiegoś miejsca? Ten: dawaj! I tak trzy, cztery miesiące. Uporządkowało się pokoik, wyniosło gruz, śmieć. Wszystko się wymyło. Fajnie się mieszkało. Tylko światła brak. Zachodziliśmy do kościelnego, zawsze jakieś świeczki dał. Chodziliśmy na zupy do sióstr zakonnych. Współlokatorzy uderzali też na wędkę. Ja - nigdy. Wolałem ludziom pomóc przy czymś, zawsze coś dali. Nie żebrałem i nie piłem. Jak mnie częstowali, odmawiałem. Zawsze. Mogli być napruci, ja nic do tego nie miałem. Tylko takich dwóch... Bardzo w porządku, ale jak tylko chlapnęli, to już się tłukli. Ja tłumaczyłem: <<Wyście razem pili, to się razem bijcie>>. Potrzaskali się pół godziny, godzinę i był spokój. Policja nazywała mnie: najspokojniejszy człowiek. Bo wpadali, sprawdzali, czy poszukiwanych nie ma, a mi nawet dowodu nie brali. W końcu nas wyrzucili, zburzyli budynek. Trochę się przeżyło. Nie za dużo, ale trochu tak...". Rudolf opowiada ciągle o chałupie, że poszła za grosze. Że nigdy by nie pomyślał, że brat tak postąpi. Że nikt tego nie przypuszczał. Że radzili mu, żeby podać do sądu, że w ciągu dwóch dni sąsiedzi sami zebrali osiemdziesiąt podpisów, przynieśli mu listę. Ale on przemyślał wszystko: sądzić się z bratem, to gorzej jak Kargul i Pawlak. "Bo od razu by poszła gadka: tacy katolicy, tacy wierzący, ministrantami byli, a teraz się po sądach ciągają. Od razu byśmy na języki poszli. Bo brata i tak już na języki brali. A jakby sąd to już całkiem wstyd.

  Kiedyś jak do kolegi pojechałem do Opola, szliśmy do kościoła, on: zobacz w prawo. A ja na sprzedany dom nawet nie chcę patrzeć. Nie chcę ciągle myśleć, że rodzina jak powietrze mnie traktuje.

  Pracuję. Robimy dobudówkę. Trzeba coś robić. O siódmej śniadanie. Siódma - trzydzieści - praca. O dziesiątej przerwa na kawę, o czternastej przerwa na obiad. O siedemnastej zakończenie pracy i kawa. No a w lecie pracujemy więcej, wtedy się jedzie ile trzeba. Nawet do dwudziestej pierwszej i dłużej. W sobotę do czternastej. W niedzielę - wolne.

  Moja przyszłość? O czym tu myśleć? Mi już zaraz pięćdziesiątka strzeli.

Jakbym gdzieś jeszcze robotę podłapał... Wynająłbym sobie jakiś pokoik.

Teraz operacja wypada. Jako palacz już pracować nie zdołam. Do tego trzeba dużo siły. Tutaj mamy piec ekologiczny, słomę targać - nie problem. Ale na zewnątrz: przewaga tradycyjnych. Trzeba nakoksować, wyszlakować...

  Na razie mogę tylko marzyć. O pracy i pokoiku. O samodzielności. O kawałku dachu, czymś do gara, żeby żołądek nie był pusty... Ale co z tego się spełni... Może szybciej pójdę do M1? W dół? Bo ja - jak to mówią - na emeryturę za młody, do pracy za stary. Nikomu niepotrzebny".



  X.

  Ksiądz Józek: "Mechanizm, który jest prawie regułą: przychodzi człowiek do Barki, wszystko go cieszy, jest potrzebny. Po kilku miesiącach zaczyna odczuwać dyskomfort: że jego wolność jest ograniczona, że nie dysponuje pieniędzmi, że wchodzi w rytm życia wspólnotowego. Kiedy wyjeżdża, musi podać datę powrotu. I wtedy ten człowiek dochodzi do wniosku: jestem już gotów, by tam wyjść, by żyć tam w sposób normalny. Wychodzi i przeważnie ponosi klęskę. Zwykle pokonuje go alkohol. Jeden był u nas dwa i pół roku. Wyjechał. Zrozumiał, że stare środowisko nie akceptuje już go takim, jaki jest: trzeźwego, niepalącego. A nowe środowisko pozostaje nieufne. Zaczął znów odczuwać głód, bezdomność, bezradność. Powrócił do nas. To klasyka Barki. Droga dominująca".



  XI.

  Andrzej, ojciec Iwony. Siedzi samotnie na ganku. Dobra twarz, spracowane ręce. Cichy. Mówi: "Jestem rolnikiem. Zawodowym kierowcą. 25 lat w jednym zakładzie. Potem krach, ból. Najpierw śmierć żony. To było sześć lat temu. Życie spłynęło alkoholem. Pięć lat temu - eksmisja. Tułaczka, mrok. Noce zaczęły przychodzić w piwnicach, altankach... W końcu: półtora roku temu trafiłem do Barki. Zaczęła się dobra droga. Już osiemnaście miesięcy bez alkoholu. Na początku było mi bardzo trudno. Bo tu trzeba być naprawdę odpowiedzialnym. Teraz jest dobrze. Jestem w radzie domu. Prócz tego uczę się w Szkole Animacji Socjalnej.

  Raz w miesiącu jeździmy do Poznania. Ja animację pojmuję jako rozruszanie czegoś martwego, tchnięcie życia... Tak chcę tę naukę realizować. Prócz tego opiekuję się hektarem truskawek - 41710 krzaków. Do tego samochód, sad... Pracy starcza. Czasem zejdziesz wieczorem z pola, siądziesz na ganku z kawą, czy pójdziesz na piętro, a ksiądz zada pytanie: dla kogo żyjesz? Co masz zamiar dalej zrobić? Co byś zrobił, gdybyś dostał lokal? Ja odpowiadam, że nie wiem: czy zostawić wszystko, czego pilnuję, czego się podjąłem i iść na mieszkanie? Bo przez półtora roku człowiek się zżył. No i wiąże mnie jeszcze córka, która tu jest. Po eksmisji obijała się po koleżankach, w końcu przez opiekę się dowiedziała, że tu jestem, przyjechała, no i została - niestety. Biedne dziecko. Zarwana nauka... W grudniu skończy liceum... Przyjechała do mnie w rocznicę śmieci matki. Została. W tę sobotę - w moje imieniny: zawiera związek małżeński".

  Andrzej uśmiecha się, milczy, w końcu idzie sprzedawać jabłka. Odpala busa, wytacza się z majątku.

Patrzy jeszcze na Dziadka, co siedzi pod drzewem w polach i cierpi. Dziadek powtarza: "Ja się nie mogę pozbierać. Bo byłem w rewelacyjnych warunkach materialnych. Przyroda tutaj niczego sobie. Ale jakby miasto tu powstało, to byłoby elegancko. A tak - ciężko. Jestem na to miejsce skazany".

  Kępy drzew, z jednej przetaczają się tiry, z drugiej polna droga, wzgórza, las. Ciężkie powietrze.




  XII.

Stachu nie słyszał krzyku na fajrant. Robi ciągle zaprawę, ładuje do wiadra, łapie sznur, ciągnie w górę. Lepiej pracować niż mówić. Zresztą o czym tu opowiadać? O kolejnych domach dziecka? O tych kilku miesiącach dorosłości? O skrawku życia "na swoim", po którym zaczęła się seria kryminałów? O pierwszym aresztowaniu? No bo przecież nie o tym, jak mu nagle odbiło i poszedł obrabiać działki. Tego tłumaczyć się nie da. To głupota po prostu. Tak samo kolejne wyroki: pierwszy roczny, potem parę dni wolności, zaś na wokandę... O przyjściu do Barki też za wiele nie ma co gadać. W ostatnim więzieniu w Strzelcach Opolskich podszedł po prostu ksiądz, podał rękę, zostawił adres. Tyle. Żadna historia. Stachu trzaska wiadrem, ładuje piach, kruszy cement. Lepiej szykować miejsca dla świń, zająć się miodownikiem, robić wylewkę, niż wspominać wpadkę w piciu.

  Dzień kiedy wyleciał z Barki, kiedy znów coś mu odbiło i walnął browara z kolegą, a tamten opowiadał jeszcze później, że niby to Stachu go zaprosił... Mniejsza z tym. Obaj wylecieli i już. Przed wyjściem wyprawili jeszcze Stachowi urodziny. Potem półtora roku żył na poznańskim dworcu, na wagonach. Później przyjęła go Barka poznańska. Potem była mała bójka, dowiedzieli się, znowu na dworzec... Szkoda języka na mowę o dykcie, nalewkach, kolejowym fuzlu. O detoksie, powrocie do Barki. Najważniejsze, że w listopadzie stuknął rok bez alkoholu. Najważniejsze to robić i milczeć. I żadnej gadki o tym co na zewnątrz. No bo co z tego, że Stachu tak naprawdę ma mieszkanie na Śląsku? Jak wytłumaczyć księdzu, że on do tego mieszkania absolutnie nie może? Ksiądz Józek powtarza: "Spróbuj iść na swoje". A Stachu mu niezmiennie odpowiada: "Nie jestem całkowicie przygotowany". Bo co mu będzie klarować, że plotki na mieście chodzą? Że lokal Stacha zajęty? Że hałasu robić nie można, bo na mieszkanie chodzą klienci, co go ścigają? Pierdołów nagadali złodzieje, że Stachu konfident i takie tam. Prawda taka, że mu ekipa powiedziała jasno: nie przyjeżdżaj, bo cię chłopaki dopadną i będziesz na dzielnicy pod asfaltem leżeć. Ale tego przecież księdzu mówić nie trzeba.

  Lepiej robić. I pamiętać, że Barka to wspaniała rzecz. Że niejednemu życie ratuje. Niektórzy tego nie potrafią uszanować. A on już pojął: pół życia przerąbane. Dziesięć lat kryminału styknie. Więcej Stachu nie chce. Za bardzo szanuje swoje miejsce.



  XIII.

  Ksiądz Józek: "Jeśli miałbym szukać, czy się coś zmieniło, to powiedziałbym, że dziś mniej mówię, a więcej słucham. Przynajmniej mam taką nadzieję, że bardziej potrafię ich wysłuchiwać i towarzyszyć, a nie tylko ładować im coś do głowy. Ufam, że tak jest."




  XIV.

  Kieszonkowiec Misiek wypadł z zawodu. Cóż zrobić? Wiek już nie ten, ręce się trzęsą... No i za dużo kryminału. Zna go każda policja: Kraków, Warszawa, Katowice... Kojarzą go po imieniu, po ksywach... Gdzie się nie pokaże, zaraz go w coś wrobią. Taka prawda. No i uciekł od fachu. Pozostaje wspominać. Żydka i Lwowiaka, co go uczyli. Wrocławską "Mokkę", gdzie się zawsze złodziejska plejada schodziła. Kieszonkowe szkółki: "Robotniczą", "Jedynkę"... "Trzeba było mieć rekomendację. W ten fach mógł wejść tylko człowiek sprawdzony: prawdziwy chłopak z ulicy, pewny, do policji odważny. Teraz nic już nie zostało. Kraść już nie idzie, nie ma czego. Ludzie nie ci, wszystko innej daty. Nie opłaca się. Weźmie człowiek trzy, cztery skóry, w tych skórach zero pieniędzy, a i tak się siedzi. I na co to wszystko? Ja miałem: trzy, dwa dziewięć, cztery i pół, pięć... Wszystko za kieszeń. Nigdy nie zastanawiałem się nad swoim losem. Nigdy! Przekonałem się wychodząc któryś z rzędu raz z więzienia, że wolność wszystkie marzenia rozwiewa. Miałem rozsądne plany na życie, odłożone pieniądze... Jak rodzice zginęli, ja dziewięć lat we Wronkach kończyłem. Zostało mi tylko pół roku odsiadki. Nie puścili mnie na pogrzeb, że się niby nie zgłoszę. Odsiedziałem dziewiątkę, wyszedłem w lipcu w 1983 roku. Do sprzedania był dom w Głuchołazach, działka, trzy samochody. Wszystko puściłem. Poszedłem w tango. Zostawiłem tylko mieszkanie - sto dwadzieścia metrów. Zabrali mi je w 1990 roku. Dali mi dożywotnio trzydzieści siedem metrów - na stałe, za darmo. Kumpel załatwił. Mieszkanie mam, ale co mi z tego? Cztery ściany, pustka. Rodzice nie żyją, z siostrami nie ma więzi. Co dalej? Dalej nie ma nic. Bo Głuchołazy to specyficzne miasteczko: żadnej pracy, pustka. Człowiek by siedział, to by się rozpił, wrócił na ławkę. Mnie tam wszyscy znają. To prawda: mam po Polsce znajomych - jakieś konkubiny i w ogóle. Z tym problemu nie ma. Problem tylko w szyi. Gdyby nie wódka - żyłbym jak człowiek. A tak: wiadomo jak jest. Przy wódce różne rzeczy się robi. To nie tak, że wypijesz - dwa trzy piwka i koniec. U mnie wtedy się dopiero zaczyna.

  Prawda: w Barce nie piję. Ale ja nie chcę robić tylko na mieszkanie i papierosy. Jak by człowiek jeszcze wiedział, że tu zostanie - to by była satysfakcja, a tak... Jedna radość została: chciałem odejść od wódki i mi się to tu udało. Cztery tygodnie postu. To już mały sukces. Po to tu przyszedłem. Przyszłość? Jak nie będę pił - wszystko dobrze. A jak znów pójdę w alko - wszystko się zacznie od nowa". Kieszonkowiec Misiek siedzi w świniarni, wspiera nogi na cementowej podłodze, poprawia stołeczek. Ma pomagać przy hodowli. Patrzy na Piotrka, spawającego zagrodę, na jego żonę - Gosię, na dziecko, co biega wśród żerdzi, krzyczy do prosiąt. Emerytowany złodziej kiwa głową, rozkłada ręce, przyznaje szczerze: "Jestem tu niby do pomocy, ale ja się na tym nie znam. Każą wyrzucić gnój - zrobię. Tyle potrafię. Ale nie mam zamiłowania do wieprza. Piotrek murować umie, zastrzyk umie dać, wykastrować świniaka umie. Każe mi zwierzę trzymać. Ale ja tego nie zrobię. Raz widziałem, jak tym świnkom zęby łamał, żeby cycka maciory nie gryzły, to już miałem dość. A on bez zmrużenia oka. Wszystko zrobi - ogon obetnie, walnie lekarstwo na biegunkę... Zaszczepić trzeba? Daje zastrzyk w dupę. Tak, roboty w Barce starczy. Sama robota. Ale rozrywki żadnej nie widzę. Żadnego KaO. Ciągle tylko praca i jedzenie, praca i jedzenie... Piotrek z Gosią dzieci mają i co? Jakie tu warunki? Muszą brać do obory dzieciaka, nie mają gdzie zostawić".




  XV.

  Gosia kiwa głową. Woła dziecko, siada na cemencie, zaczyna mówić. Że życie traktowała nie bardzo serio, że sobie zabimbała. Że do Barki przyszli z Piotrkiem z mieszkania. Żyli u matki. "Mąż pomagał, pracował... Ciągle było mało, ciągle czegoś szukała. Wracał z roboty zmęczony, zasypiał. Robił - źle. Stracił pracę - źle. Mieliśmy dość, chcieliśmy się wyprowadzić i jesteśmy tutaj. Miało być lepiej, a... U matki dziecko zawsze miało na lekarstwa, pampersy, batoniki. A tu?

  Pożyczyłam od Romka choć na cukier i kawę. No i daję dzieciakowi cukier" - płacze. "Ktoś przyjedzie z zewnątrz: wszystko ładnie. A jak jesteśmy sami - żremy się jak psy. Wyzwiska, kłótnie... Bo każdy jest po przejściach. Ja wiem, że jestem nerwowa i wyklinam. Ja się staram być inna i nie umiem. Bo oni się z fałszywości przy księdzu ukrywają, ładnie mówią. A ja nie mogę. Ja krzyczę. Jesteśmy tu pół roku. Chcemy stąd wyjść, bo tu nie ma perspektyw. Cały czas robisz, nie ma kto przypilnować, dziecko łobuzuje... Weźmiesz je do pokoju pobawić się, to zaraz słyszysz, że leserka. A ja nie chcę całe życie w oborze. Tak się nie da. Może ktoś pomoże znaleźć mieszkanie, pracę, pospłacać długi. Może z tego wyjdziemy... Ale to pewnie tylko bajka. Życie daje popalić. Choć męża mam wyrozumiałego. Inny dawno by już miał dość tych moich nerwów. Bo przeze mnie on wpada w konflikty. Ale myślę, że nie jestem przecież taka zła. Za dużo klnę po prostu. Ale inaczej się nie da. Może się usprawiedliwiam?

  Co jeszcze powiedzieć mogę? Długo my czekali na to dziecko i się w końcu pojawiło. Jest łobuziak straszny. Ale chociaż się złoszczę i krzyczę to ogromnie go kocham. Kochane dziecko".

  Uśmiech i szloch giną w mroku, w trzasku łopaty, w spawalniczym syku, w kwiczeniu świń. Piotrek przerywa robotę, tłumaczy, że żona przejawia skłonność do przesady, że konflikty mieli wszędzie, że wszędzie gdzie jesteś - znajdziesz kłopoty międzyludzkie. "Ja chcę się wyprowadzić, ale nie dlatego, że tu źle. Bo nawet jakby się złe działo, to jak ja mam pewność, że czynię słusznie - jestem spokojny. Choćby był kłopot na kłopocie, to jak będziesz dobrze postępować - wyjdziesz na swoje. Jedynie człowiek fałszywy musi kłamać. Fałsz mówi i we własne kłamstwa się zaplątuje. On się zadusi w splocie nieprawdy, ja pozostanę wolny.

  Chcę stąd wyjść, bo Barka to izolacja od świata zewnętrznego. To dobre dla alkoholików. A myśmy nie przyszli tu z powodu alkoholowego. Nie to, że nie piłem, ale nie zdarzało mi się zapijać, nigdy dzień po dniu. Jest tu pan Antek od AA, próbuje wmówić mi chorobę alkoholową. A skoro nie odczuwam choroby alkoholowej, to jej nie ma. Ale ta izolacja mnie dusi. Ja potrzebuję żyć z ludźmi na zewnątrz, obracać się między nimi. Tu jest inny rytm. Zamknięty świat. To mnie blokuje.. Ja się znam na murarce. Jestem dwa lata poza zawodem, tyle już się zmieniło... Muszę tam być, tak czuję. Jak robiłem trzy lata na hurtowni, to poznałem masę materiałów, wszystkiego, czego nie znajdziesz w szkole. Bo jak znasz tylko podstawy, tylko to, co wyniosłeś z zawodówki, to albo cię szybko zwolnią, albo całe życie będziesz robić jako pomocnik". Piotrek mówi jeszcze o komorniku, co im struł życie, o tym, że właśnie by przed nim uciec - zmieniali ciągle pracę, że figurują w banku dłużników niespłacalnych, że mają czterdzieści osiem tysięcy w plecy. Potem chwali się świniarnią, dziełem własnych rąk. Mówi, że wcześniej tu był śmietnik. "Gnojówa po kostki stała. Wszystko zrobiłem z tego, co dostaliśmy. Pracowaliśmy na przykład w hurtowni u Kamila, poprosiłem i dali stalowniki. Z ostatnich worków cementu wylałem korytarz. Po to, żeby jak ksiądz będzie kogoś przyprowadzać, żaden gość nie utonął. Pracuję dalej: dwa kojce zalane, nowa słoma... Zrobiłem w głowie biznesplan, że musimy wyjść na swoje. Bo niby przychodzi rolnik, opowiada, że po co to robimy, że to nieopłacalne. A sam trzyma trzysta świń. He, he. Wystarczy pracować. Czego nie wiem - w książce znajdę. Ostatnio dobry miot był. Tylko ta zapasiona wygniotła małe.

Miała dziesięć, zostały cztery. Ten prosiak był trzy razy mniejszy od wszystkich. Biegunka, potem zapalenia płuc dostał... Na kozim mleku go wychowałem. Przyjechał Paweł, miejscowy weterynarz, dobrodziej. Dopomógł, prosiak się wygrzebał". Gosia: "To ulubieniec mojego synka". Piotrek: "Przywieźli mi te karmniki, ale pordzewiały, dziury. Trochę pomyślunku i można wszystko zrobić. Kojec na dwadzieścia pięć zwierząt... Byle tak dalej było. Świnię trzyma się pięć do sześciu miesięcy, a ten po czterech ma już sto czterdzieści kilo. Z kilogram dziennie przybywa". Gosia: "Na tym się fajnie jeździ". Piotrek: "Obaczymy jaki drugi miot będzie. Ja lubię przy zwierzętach robić. To pomaga. Serce się cieszy. Tyle że... Żeby tu powstało coś dużego.. Żebym mógł normalnie funkcjonować jako zwykły Polak, obywatel. Wtedy chciałbym tu zostać. Ale człowiek ma swoją chciwość. Chciałbym jeździć nie tylko rowerem, chciałbym odwiedzić rodziców samochodem. Nie chcę ciągle na piechotę. Wiem, że to rarytasy. Ale chciałbym, żeby dobrze pracować i mieć coś z tego. Własny dochód. Bo ta bezinteresowność... Nie potrafię tak na dłuższą metę. Jesteśmy tu z dzieckiem. A jak sobie akurat rząd wymyśli, żeby rozwalić takie barki? Co wtedy? Z czym stąd wyjdziemy?".

  Stuk w drzwi. Do środka wchodzi ksiądz Józek z nauczycielką i dwójką uczniów. Oglądają kojce, rozmawiają, patrzą na świnie. Piotrek odchodzi na bok, staje na słomie. Patrzy na wycieczkę i mówi cicho: "Miodu w życiu nie miałem, ale nie uważam, żeby mnie los jakoś ciężko doświadczył. Fakt: jak robotę straciłem, to dwa tygodnie na ambonie w lesie spałem. Ale nie żałuję. Jak patrzę na to wszystko, to przynajmniej wiem, że kiedyś przyjdzie tu następny taki jak ja i będzie miał na czym robić. Będzie z czego ludzi wykarmić".




  XVI.

  Wszyscy idą na kawę.

Koniec dnia. Dziadek wraca do domu. Mija góry siana. Potem zadaszone kostki słomy na zakręcie polnej drogi. Naprzeciw widać krzyż z kartonowym Chrystusem w złoconej aureoli. Na Barkę spływa ciemność. Widać tylko światełka odległej, nieosiągalnej szosy.



  XVII.

  Mijają miesiące.

  Sadowscy w Poznaniu mówią o sukcesach ustawodawczych. Są dumni. Rząd będzie wspierać osoby długotrwale bezrobotne, bezdomne, uzależnione, chore psychicznie, między innymi przez zasiłek integracyjny (około 400 złotych miesięcznie). Wsparcie ma dotyczyć osób , które chcą zmienić swoje życie w "centrach integracji społecznej" CIS. Inspiracją dla ustawy była "Szkoła Barki". "Wreszcie, po tylu latach, przestaliśmy być tak osamotnieni w poszukiwaniu nowych dróg" - powtarza Tomasz Sadowski.

  W opolskiej Barce plony były dobre. Świniarnia skończona. Iwona wyszła za mąż. Był uroczysty ślub i barkowe wesele. Bez alkoholu, przepełnione parzoną kawą, ciastem, oranżadą. Dobre wesele, z tańcem, wzruszeniem, z Andrzejem pełnym godności, szczęścia, dumy z córki. Wesele mechanicznej muzyki, prostych żartów, rozmów na ganku, pogaduszek Miśka kieszonkowca, ciętych ripost Iwony.

  Teraz Barkę przysypało śniegiem. Rudolf miał trzeci raz operację na przepuklinę, bardzo się bał. Mówił o niej jeszcze na weselu.

Dziadek wrócił do Kluczborka. Mieszka podobno na śmietniku, w którym przedtem żył. Pan Zbigniew spędzał Święta Bożego Narodzenia poza Barką. Wrócił pod wpływem alkoholu. Trafił do innego schroniska.

  Piotrek niedawno jeszcze powtarzał: "Wszystko się dopiero rozkręca, układa. Najważniejsze, żeby komunikacja była. Najważniejsza szczerość. By się wszystko opierało na Prawdzie. A że nie zawsze tak jest? Co tu się dziwić: jak w rządzie się tak żrą, jak kraj cały swarą stoi, to i u nas nie jest łatwo." Teraz wyjechał z Gosią w Świat, do rodziny, opiekować się ojcem.

  Kieszonkowiec Misiek wytrzymał w Barce niecałe półtora miesiąca. Znikł "załatwiać sprawy". Gdzie jest - nie wiadomo.

  Andrzej przestał kląć. Zrozumiał, że trzeba inaczej rozmawiać. Że Bóg mu podał rękę. Andrzej to czuje. Zupełnie namacalnie. Czuje, że Siła Wyższa jest przy nim. Dziuniek z rodziną przeniósł się do nowego budynku Barki w Strzelcach. Ma rok na to, by w pełni się usamodzielnić.

  Człowiek, który nie potrafił wytrzymać na zewnątrz, bo czuł nieufność środowiska, bo przestał pasować do świata - wyjechał powtórnie. Pracuje, ma mieszkanie, w wieku czterdziestu pięciu lat podjął naukę w szkole średniej. Barka jest z niego dumna, przełamał stereotyp.

  Ksiądz Józek mówi: "Jak pisał Święty Paweł: raz dokonawszy wyboru możesz ciągle wybierać. I wybierają. Są tacy, którzy już tu zostaną. Są i tacy, którzy widzą przyszłość poza domem Ja bym chciał, żeby wszyscy ludzie, którzy tu mieszkają, mieli żywą więź z Panem Bogiem. To prawda - na apelu jasnogórskim stawiają się wszyscy. Ale w niedzielnej eucharystii uczestniczy mniej niż jedna trzecia. Ale ja w tej sytuacji nie mogę nic uczynić. Nie mogę rozkazać. Jedyne, co mi pozostaje, to przypominać - że Msza jest o tej i o tej godzinie, że czeka samochód, że można pojechać do wsi.

  Mam nadzieję, że Barkę można nazwać nawróceniem. Nawróceniem nie do Boga jeszcze, ale na godziwy sposób życia."



*




reportaż powstał na zamówienie Tygodnika Powszechnego

LATO 2004  str. 1   str. 2


reportaże  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni