archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



publicystyka  strona główna



Porażka intelektu

horst-eberhard richter



W rezultacie naukowo-technicznej rewolucji człowiek przysposobił sobie potężne środki władzy, co skłoniło Sigmunda Freuda do nazwania go „protezowym bogiem”. Lecz czy jednocześnie rosło też jego człowieczeństwo, czy doznało ono raczej uszczerbku? Może on wskazać na oficjalne zniesienie niewolnictwa. Ale jak ma się sprawa z ujarzmieniem jego agresji?


Gdy w roku 1933 Albert Einstein zapytał Sigmunda Freuda o możliwość „wpłynięcia na psychiczny rozwój ludzi tak, aby stali się oni bardziej odporni na psychozy nienawiści i niszczycielstwa”, ten wskazał na proces kulturowy, którego jedną z cech miałoby być „wzmocnienie intelektu” zaczynającego już brać górę „nad życiem popędowym”. Tak więc wolno byłoby mieć nadzieję na ograniczenie popędowych zachowań, a zatem również agresji. Można byłoby też przyjąć, „że uzasadniony strach przed skutkami przyszłej wojny położy prowadzeniu wojen rychły kres”.

Tym, co następuje są niszczycielska wojna Hitlera i Holokaust. Okazało się przy tym, że człowiek nauczył się w międzyczasie tak doskonale organizować masowe uśmiercanie, że może ono odbywać się niesamowicie bezgłośnie i bez wywołania większego wzburzenia. Dywanowe bombardowania miast w czasie II. Wojny Światowej, Hiroszima i Nagasaki jak również dalsze atomowe zbrojenia demonstrują niepokojące zobojętnienie wobec nowych niszczycielskich energii. To zaś, że w okresie Zimnej Wojny w ostatniej chwili zaoszczędzony został ludzkości atomowy holokaust generał Lee Butler, były głównodowodzący amerykańskich sił nuklearnych, przypisuje raczej Bożej łasce aniżeli ludzkiej ostrożności.

Łańcuch nowych wojen, straszliwe wspólnictwo terrorystycznej przemocy i militarnej przeciw-przemocy w Izraelu/Palestynie oraz klęska w Iraku są dowodami, które na dzisiaj zaprzeczają oczekiwaniu Freuda sprzed 70 lat, jakoby „wzrastający intelekt” był w trakcie wzmożonego ujarzmiania instynktownej agresji i do spółki ze strachem przed skutkami nowoczesnych wojen miałby utrudniać ich wybuch.

Freud związany z tradycją racjonalizmu Oświecenia poświęcił, na korzyść intelektualizacji, mniej uwagi zakorzenionym w emocjonalności siłom wiązania, które stanowiły dla Adama Smitha, Hume’a, Rousseau i Schopenhauera podstawę humanitaryzmu i społecznej wspólnoty. Amerykański filozof Richard Rorty, o którym w ostatnim czasie wiele się mówi, zdecydowanie do tej tradycji nawiązuje i oświadcza: „Moralny postęp zależny jest od tego, że zasięg współczucia staje się coraz szerszy. Nie jest on zależny od tego, że wynosimy się ponad uczuciowość i przebijamy do rozsądku.” Dla człowieka wszystko sprowadza się do tego, aby był otwarty na potrzeby innych, których różnorodność wciąż wzrasta. Jest to w pierwszym rzędzie sprawa wrażliwości, a nie racjonalności.

“Wzmocnienie intelektu“ nie powinno więc odbywać się za cenę utraty uczuciowości i z korzyścią dla interesów władzy, która faktycznie tworzy istotną siłę napędową naukowo-technicznej rewolucji. Ambicja fizyków nieprzypadkowo doprowadziła do zbudowania atomowej bomby i jej ciągłej modernizacji. Już Francis Bacon u zarania nowoczesnych nauk przyrodniczych uznał za ich cel nieograniczone panowanie człowieka. Rozwój poznania aż do jego samoubóstwienia snuł się przed oczami Kartezjusza. In puncto wszechmoc ów postęp podarował teraz człowiekowi straszliwą szansę dokonania nieograniczonego atomowego zniszczenia naturalnego środowiska i własnego gatunku.

Stało się to możliwe, ponieważ ludzie zachodu podporządkowali się, niczym jakiejś nowej religii, tajemnej woli władzy nauk przyrodniczych. Wierna uległość okresu średniowiecza nie ustąpiła zatem miejsca – jak często się uważa – oświeconej dojrzałości, jest raczej tak, że szukała ona nowej podpory i znalazła ją w ściśle związanej z naukami przyrodniczymi religii zastępczej. Trafnie jak nikt inny ujął to naukowiec, specjalista w dziedzinie komputeryzacji, Joseph Weizenbaum: „Naprawdę sądzę, że nauki przyrodnicze, przynajmniej w krajach zachodnich, posiadają wszelkie cechy charakteryzujące zorganizowaną religię. Są tam nowicjusze, studenci uniwersytetów. Są tam księża, młodzi profesorowie. Następnie są tam monsignorowie, starsi profesorowie. Są biskupi i kardynałowie, no i są też katedry. Mój uniwersytet, Massachusetts Institute of Technology (MIT), jest katedrą w naukach przyrodniczych. Są nawet papieże, oraz – i jest to bardzo ważne – heretycy. Heretycy są karani, zupełnie tak samo jak heretycy dawnej religii. Są wykluczani. A gdy ktoś już w końcu zostanie za heretyka uznany, wówczas twierdzi się: Ten przecież nigdy nie był prawdziwym naukowcem! Wszystko to istnieje. No i wreszcie jest też cała masa wiernych. W tym sensie nie ma w ogóle żadnej różnicy pomiędzy wiarą w nauki przyrodnicze a wiarą w nauki kościoła katolickiego okresu średniowiecza.” Wzmacniani masą swych wiernych, naukowcy i inżynierowie nieustępliwie realizują albo zlecają realizację wszystkiego, co tylko zrealizować się da. Max Born, przyjaciel Einsteina i podobnie jak on laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, oświadcza bez osłonek: „Polityczne i militarne potworności jak również całkowity rozkład etyki, czego świadkiem stałem się w ciągu mojego życia, nie są symptomem chwilowej społecznej słabości, lecz koniecznym następstwem naukowego postępu, – który sam w sobie stanowi jedno z największych intelektualnych osiągnięć człowieka.”

Born zarzuca większości naukowców naiwny zachwyt dla własnych badań przy jednoczesnym niedomaganiu, polegającym na braku oceny możliwych następstw dla ludzkości. Godna uwagi jest reakcja mas na bombardowanie Hiroszimy z 200 tysiącami zabitych. Jest szok, ale ponieważ zdjęcia zniszczeń i ludzkich okaleczeń natychmiast znowu znikają i już wkrótce można świętować kapitulację Japonii, szok ów zostaje szybko odparty. Kto nie potrafi stłumić utrzymującego się w nim przerażenia, i w wyniku wewnętrznego nacisku musi dać mu publicznie wyraz, jak filozof Günther Anders, znajduje w Europie wprawdzie pewien posłuch, w Ameryce natomiast prawie wyłącznie silną dezaprobatę. Jeszcze po 50 latach zabrania się zorganizowania w Waszyngtonie wystawy poświęconej Hiroszimie – z obawy, że obrazy okropności mogłyby zranić wynikającą z domniemanego bohaterskiego wyczynu narodową dumę.

Istnieją przesłanki by sądzić, że obok Hiroszimy również 36 000 zmagazynowanych głowic atomowych jak i ledwie przerwany łańcuch wojen pozostawiły w ludziach nieprzetrawiony niepokój, który tylko chwilowo przesłonięty został triumfami dobrej woli przy końcu zimnej wojny czy też przezwyciężeniem apartheidu w Południowej Afryce. Szybkie zapomnienie tych sukcesów i paniczna mentalność wypraw krzyżowych po 11 września wskazują na gruntowny, zdominowany przez strach, wątpliwości i nienawiść nastrój. Wojna w Iraku została rozpętana raczej jako pretekst służący odwróceniu uwagi od nieumiejętności skutecznego zwalczania światowych socjalnych, zdrowotnych i ekologicznych problemów. Musiała zostać stworzona przynajmniej wojownicza wspólnota przeciw Złu, skoro nie wierzono już w pokojową i konstruktywną solidarność.

Jednakże obecna klęska w Iraku i wciąż przybierające wspólnicze łączenie się wojennej i terrorystycznej przemocy po 11 września jeszcze bardziej pogłębiły ów zły nastrój. Większości krajów zachodnich, na czele z USA, brakuje samouzdrawiających sił i dodających otuchy wizji. Zbrodnie tortur dokonanych przez amerykańskich żołnierzy w Iraku, które wyszły niedawno na jaw nie są jedynie ekscesem niekontrolowanych jednostek lub grupek. Można je raczej postrzegać jako nieświadomą zemstę żołnierzy za bezprawne instrumentalizowanie ich samych od początku tej zakłamanej i niezgodnej z Kartą Narodów wojny. Musieli oni zabijać niewinnych ludzi podczas poszukiwania broni, której wcale nie było, i mieli rewanżować się za 11 września, z którym nawet dyktator Saddam nie miał nic wspólnego. Za frustrację, jaką w ten prymitywny sposób odreagowywali, odpowiedzialne są wyższe szarże, te jednak podobnej odpowiedzialności nie chcą na siebie przyjąć. Według BBC-News z 15 czerwca generał Karpinski ujawniła pewne hasło, które brzmiało: „Oni (więźniowie - przyp. red. Freitag) są jak psy, i jeśli pozwoli im się choćby przez moment wierzyć, że nie są psami, to już straciło się kontrolę.”

Pasuje to do opublikowanych fotografii i zeznań świadków: amerykańscy żołnierze jeżdżący wierzchem na plecach nagich, czołgających się więźniów, którzy mają założone obroże ze smyczą i muszą szczekać jak psy. Inni muszą z sedesów czerpać jedzenie albo godzinami, głowy otulone w worki, zastygać w bolesnych pozycjach. Na zdjęciach widać więźniów podłączonych do kabli; jak się zdaje chciano na nich wymusić zeznania pod wpływem elektrowstrząsów. Wymuszone pornograficzne działania mają odebrać im ostatnie resztki ich godności. Należy złamać wolę tych ludzi.

Tak więc częściowo powracają do życia te same metody tortur, jakie znajdujemy w przekazach o inkwizycji z XIII w. i o późniejszych procesach czarownic. Teraz oprawcy znowu znajdują się w służbie potęgi, która chce wyzwolić świat od zła. Dawniej była mowa o chwastach, które trzeba wyrwać z ogrodu Pana. Dzisiaj celem jest wykorzenienie terroryzmu. Ale, podobnie jak swego czasu męczono na łożach tortur wielu niewinnych, tak i teraz większość irackich więźniów niczego nie zawiniła. Przed 800 laty papież Innocenty III przyznał samokrytycznie, że zepsucie w narodzie wychodzi w pierwszej linii od kleru. Ale znalazło się wtedy tylko niewielu oskarżycieli przeciw braciom w służbie. Papież Grzegorz IX trzymał parasol ochronny nad swym protegowanym Konradem von Marburg, który aż do chwili, gdy został zamordowany, siał jako inkwizytor strach i przerażenie, jednakże w oczach swego wysokiego rangą protektora robił dobrą robotę. Aktualny równoległy przypadek rzuca się w oczy.

Polowanie na pochodzące od czarownic zło trwało prawie 300 lat i kosztowało życie około 50 000 ludzi. Jak długo potrwa nowe polowanie na zło terrorystyczne, nikt nie potrafi dzisiaj powiedzieć. Amerykański prezydent obiecał: „Nasza wojna przeciw terrorowi zaczyna się od al-Qaidy, lecz nie skończy się, zanim nie zostanie odkryta, wyłączona i zwyciężona każda operująca w skali światowej terrorystyczna grupa.” Jak dotąd wojna wszczęta po 11 września nie osłabiła terroryzmu, a raczej go wzmocniła. W Iraku i Guantanamo sprowadził on – i to właśnie tak przygnębia – obronę przed terrorem do nieludzkiego poziomu, od jakiego chciał wyzwolić świat.

Inkwizycja, średniowieczne wyprawy krzyżowe i polowanie na czarownice były porażkami i silnymi przeszkodami dla zachodniego rozwoju kulturowego. Lecz kiedyś zostały w końcu przezwyciężone. Teraz jednak intelekt wykuł broń, której ludzie, w swojej nowej wierze, pokładają zaufanie. Zaufanie, którego może im zabraknąć dla ich własnej zdolności przebaczania i utrzymania pokoju. Amerykanie oddają własnej atomowej potędze hołd niczym Bogu, mówi burmistrz Hiroszimy. Odpowiednio do tego Pentagon ogłosił nową oficjalną strategię bezpieczeństwa, według której prewencyjne uderzenie może spaść na każdego, kto zamierzałby zagrozić nuklearnemu przewodnictwu USA. Oznaczałoby to ugruntowane na atomowym szantażu panowanie nad światem – w klimacie pełnym strachu, nienawiści, pragnień zemsty, pokątnych zbrojeń i szerzącego się terroryzmu; albowiem wynaleziona przez wiarę we wszechmoc nietykalność nie istnieje. Byłoby to więc cofnięcie się w średniowieczną magię – z tą różnicą, że fikcyjna diabelska moc przerodziła się teraz w konkretną apokaliptyczną broń masowej destrukcji.

Ale może jednak obudzi się jeszcze owa stłumiona chwilowo wrażliwość i spełni się nadzieja Einsteina, iż ludziom objawiona została prawda o tym, że w cieniu atomowej bomby wszyscy jesteśmy braćmi. Kto wie czy Izraelczycy i Palestyńczycy w końcu jednak nie zrozumieją, że w kwestii zakończenia tego okropnego, zrodzonego przez obie strony cierpienia są zdani na siebie nawzajem. I kto wie, czy gdzieś tam, skąd przychodzi islamski terror, i tam, gdzie podsycany jest wojenny przeciw-terror, nie dojdą do głosu siły, które stawiają na zbliżenie, na słuchanie i mówienie, zamiast na stosowanie niemej przemocy, godnej epoki kamiennej.



*




artykuł ukazał się 24 lipca 2004 w niemieckim tygodniku FREITAG

z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)

LATO 2004  str. 1   str. 2


publicystyka  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni