archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



fabuła  strona główna



Sen o życiu prawdziwym

artur kumaszyński


K. mówi o sobie, że jest miejskim łazikiem, że każdą wolną chwilę spędza na spacerach po Wrocławiu i rozmowach z przechodniami. Twierdzi, iż zna wszystkich żyjących tu ludzi.

«Wszystkich?» pytam, udając zdumienie.
«No», odpowiada i patrzy na mnie równie ironicznie, «nie ma ich tutaj aż tak znowu wielu, większość mieszkańców tego miasta to... chodzące trupy.»
«Miasto nieżywych?»
«Tak jakby», mówi K., «choć czasem miewam jeszcze nadzieję, że oni "tylko" śpią... cholera ich wie.»

Jest późne popołudnie. Jeden z ostatnich upalnych dni tegorocznego lata. Patrzymy na spadającą z hukiem ze sztucznego wodospadu elektrowni Odrę.

«Wiesz, oni bardziej mnie fascynują niż ci żyjący, no, rozumiesz, ci co działają, pytają, szukają, akceptują lub odrzucają. Za tymi nadążam, są mi bliscy, podczas gdy te umarlaki należą jakby do innego świata. Jeśli wyobrazisz sobie, że życie jest rzeką, to oni nie są rybami, tylko niesionymi przez nurt przedmiotami, nie wiem, patykami, deskami, starymi kaloszami.... Dopiero gdy pojawiają się przeszkody, zatrzymują się na nich i czekają. Za nimi dobijają następni, zatrzymują się i tak dalej. W końcu gromadzi się ich tak wielu, że rzeka nie może dalej płynąć w ustalonym kierunku i zmienia swój bieg.»

Przerywa, aby zapytać mnie, czy rozumiem, co chce powiedzieć. Ponieważ jednak odpowiadam niezdecydowanym wzruszeniem ramion, K. stawia kolejne pytanie.

«Czy myślisz, że wśród lemingów są takie, które dostrzegają, albo chociażby przeczuwają katastrofalny finał ślepego biegu? A jeśli tak, to czy próbują skłonić ruchomą masę do zatrzymania się, do zmiany kierunku? No i w jaki sposób próbują je wyrwać z lunatycznego snu?»

Pod nami, jakieś pięć, może sześć metrów, szalejąca, wirująca, bijąca pianę woda, nad nami, nieco z lewej, most Pomorski, po którym przewala się kawalkada samochodów i co i raz stukają po szynach koła tramwajów wypełnionych... chciałem pomyśleć – ludźmi, ale nie wiedzieć czemu chwilowo z tego rezygnuję... i także na to ostatnie pytanie odpowiadam milczeniem.

«Stary, słuchaj, oni śpią nawet jak zbiorą się w masę, wychodzą na ulicę, ale tak naprawdę wcale nie wiedzą, o co walczą - co najwyżej: przeciw czemu; mówię ci, są przedmiotami zatrzymanymi na kamieniach i tylko w ten sposób zmuszającymi wodę do żłobienia sobie nowego koryta.»

K. wpatruje się we mnie badawczo, i, nie dostrzegając w moim spojrzeniu zrozumienia, zaczyna opowiadać:

«To było w czwartek lub poniedziałek, albo może w środę, w maju lub w sierpniu, albo na początku września roku któregoś z osiemdziesiątych... wskoczyłem do <zerówki> jadącej w stronę <pekawuenu>. Tramwaj jak zwykle wypełniony był umarlakami.

Pomyślałem: jak by ich tu można życiu przywrócić? Bezboleśnie, z szacunkiem, acz radykalnie.

Może gdybym temu siedzącemu suwerennie i dostojnie panu, nad którym akurat stałem, zdjął z głowy kapelusz i założył go na fryzurę siedzącej przed nim damy?

Człowieku, opanowała mnie jakaś gorączka, jakaś paląca pokusa.

Ręka drzemiąca w czeluściach kieszeni odbierała już odpowiednie impulsy, rozpoczęła się walka: dłoń podjęła gwałtowne próby wyzwolenia się spod kontroli wyćwiczonego do normatywnego myślenia mózgu. Na początku świerzbiła tylko i lekko się pociła, ale już po chwili zaczęła przechodzić do rzeczy. Po milimetrze, dysząc i sapiąc, pokonywała siły grawitacji, rozrywając po drodze łańcuchy przeróżnych zakazonakazów zniewolonego narządu właściwie myślenia.

Tak, bracie, czasami i ja, wtłoczony w masę, zaczynam wątpić w to, że żyję. Ale oto zbliżało się maleńkie "zmartwychwstanie".

Oczy coraz uporczywiej wpatrywały się w kapelusz, a ręka właśnie była się wynurzyła z mrocznego azylu kieszeni. Wystarczyło już tylko sięgnąć. Co nastąpi?

Rozejrzałem się wokół. Oni stali i siedzieli. Wisieli... Obojętni.

Osoby osobne, zmęczone, zatroskane, złamane, wypalone. Ludzie przecież, ale cóż kiedy nieżyjący. Nierzeczywiści. A tacy czymże są wobec mej woli i kapelusza, wobec głowy kobiety i wciąż jeszcze walczącej z ciążeniem i kupą innych uwarunkowań dłoni?

Widzę ich, sam pozostając niewidzianym – niewidzialnym.

Bo musisz wiedzieć, że oni nie widzą nikogo, kto choćby tylko udaje, że działa zgodnie z ustalonymi normami.

I mógłbym nadal pozostać niewidzianym, ba, nawet stać się niewidzącym, lemingiem bezwolnie biegnącym wraz z nimi ku otchłani.

Lecz nie. Chcę tę barierę przekroczyć. Granicę krępującej i sztucznej konwencji. Granicę wmuszonych i wyuczonych reguł.

Teraz mógłbym sprawić, żeby mumie ożyły. Taki czar czarowny czarodziejski i magia nietajemna.

Jak zareaguje elegancki właściciel kapelusza? A jak pani, co przed nim? A inni? - wyrwani raptem z niebytu.

Tymczasem ręka osiągnęła już strefę próżni. Unosi się lekka i wolna. I jeszcze wyżej. I wyżej. A teraz już prosto do brązowego celu...

Ale oto tramwaj zatrzymuje się ze zgrzytem. Przystanek – Plac Pierwszego Maja. Dama z fryzurą do kapelusza wstaje. Wysiada. Puste miejsce. Moja dłoń zatrzymuje się na wysokości obiektu pożądania.

Elegancki powoli odwraca w moją stronę głowę i zezuje na mój znajdujący się teraz dokładnie przed jego nosem wskazujący palec.

Głupio.

Tak więc palec spoczywa przez króciusieńki ułamek momentu na czubku owego nosa, po czym ręka znika w katakumbach kieszeni.

Co będzie?

Mężczyzna wstaje i mierzy mnie wzrokiem.

Stary idiota – mówi wystarczająco głośno, abym stracił atrybut niewidzialności. Ale ja minę mam niewinną. Powstała sytuacja jest więc pełna nieścisłości. Oni nie wiedzą dlaczego <idiota>, ja nie wiem, dlaczego <stary>. Pan przechodzi do przodu wagonu. Siadam na jego miejscu.

Pasażerowie przez moment jakby-żyją-jeszcze-z-rozpędu, ale już po chwili znowu zanurzają się - w śmierć.

Nie dobudziłem ich, ale ta chwila lekkiej konsternacji pozwoliła mi dalej wierzyć, że ci ludzie "jedynie" śpią...»


*



«W oknach tramwaju przesuwają się obrazy smutnego, szarego miasta. W oddali słychać przeciągły, wibrujący ton milicyjnych syren. Przed <świebodzkim> tramwaj zmienia dzisiaj trasę. Jako jedyny zrywam się z siedzenia i wyskakuję na ulicę. Dalej muszę iść piechotą.

Dobiegają odgłosy walk, z każdym krokiem coraz silniej: skandujące głosy, walenie w tarcze, świst i wybuchy wypełnionych gazem granatów. Pojawia się coraz więcej ludzi.

Na chodniku przede mną mnóstwo porozrzucanych, świeżych jeszcze goździków i róż. Białych i czerwonych.

Rozognieni starciami z ZOMO demonstranci przechodzą obok nich, niektórzy po nich przebiegają, rozpłaszczając butami nierozwinięte pąki.

Zielone, wdeptane w kamienny chodnik ronią czerwone łzy – płatki - jak krew z ust zabitego strzałem w tył głowy.

Białe płatki jak ślina torturowanego powstańca.

Ale są i żywe. Dojrzałe i piękne. One nie chcą TAK umierać.

Ludzie przechodzą. Ludzie biegną.

A kwiaty oddają ducha na betonowej ulicy.

Deptane zamienią się w miazgę, inne uschną z tęsknoty za matką – Ziemią.

Wiesz, pamiętam jak dziś, że w momencie, gdy zdałem sobie z tego sprawę, przeszedł mnie jakiś cholerny dreszcz.

No ale otrząsam się i zaczynam te zniszczone nadzieje układać w krzyż. Dlaczego akurat w krzyż?

Nie wiem, to też być może wzięło się z tego zasianego, wmuszonego, wyuczonego...

Obojętne, w każdym razie obok mnie dwoje młodych ludzi zajęło się Jeszczeżywymi. Do tych dwojga dołączają inni.

A ja chodzę pomiędzy i zbieram trupy, ale tym razem są to trupy prawdziwe, bo te kiedyś żyły, pełnią swoich możliwości.

Robię im pogrzeb. Ktoś zapala świecę. Ktoś drugą. I szóstą, i dziesiątą. Sto świec.

Żywe kwiaty ułożone w słowo <SOLIDARNOŚĆ> domagają się prawa do godnego życia, i do godnej śmierci.

Do tego wołania przyłączają się dziesiątki zgromadzonych wokół nas ludzi, potęgując okrzyk setek tysięcy ust w całym kraju.

Wzdłuż ulicy przejeżdżają piekielne maszyny ziejące gazem, plujące lodowatą wodą. Ktoś rzuca w ich stronę kamieniem. Ten uderza w żelazny pancerz i głucho upada na jezdnię. Jakiś desperat chwyta kosę, drugi za motykę łapie i sypie się to wszystko na defilujące machiny kierowane bezrozumnymi pachołkami systemu.

Kamienie, gniew, rozgoryczenie, złamane nadzieje, tęsknota za wolnością, cierpienie odbijają się od grubej skóry też-w-końcu-niby-ludzi i upadają; kosy i motyki rozpływają się w obłokach gazu.

Cisza. Spokój. Kwiaty. Krzyż. Solidarność. Pogrzeb. Świece.

U wylotu ulicy znów ukazuje się gwiżdżąca, wyjąca kawalkada żelastwa. Zbliża się powoli, dumnie, nie do zatrzymania, nie do uniknięcia – jak Przeznaczenie, prawie.

Przeszła, wyrzucając w naszym kierunku ładunek próżnej i obojętnej – i choć tylko wpojonej, to jednak - nienawiści.

Znowu spokój i Jużwłaściwieniekwiaty.

Ale oto ukazuje się ponownie. Tym razem nadjeżdża cicho. Ciężarówka i kilka radiowozów. Kolumna zatrzymuje się przy nas raptownie i z samochodów wysypują się ciała potępione, konstrukcje niewolnicze i kalekie umysły.

Dzikimi choć tępymi oczami szukają ofiar.

Hełmy, tarcze, pały; i maczugi, dzidy, kusze, karabiny maszynowe, wyrzutnie rakietowe, atomowe bomby i czyjeś wszechpotężne, wszechważne JA.

Ktoś podnosi mnie z kolan - uciekaj, szybko!!!

Uciekaj, uciekaj, krzyczy jakiś głos w mojej głowie, jak stara, zepsuta płyta.

Patrzę jeszcze na swych nieboszczyków i na Jużwzasadzienieżywych miażdżonych teraz potężnymi buciorami zomowców.

Zielone pąki rzygają krwią poronionych płatków. Zielone pąki zaślinione białym Jużniekwieciem. Tymi już nikt się nie zajmie. Nie znajdzie się już nikt, kto podaruje im cząstkę swojej duszy.

Ostatkiem sił wpadam do dużego SAM-u. Parę osób umarłych spacerujących wokół pustych niemal regałów. Osób osobnych i nierzeczywistych; zatopionych w ciepłych troskach i radościach, w narzuconych im kłopotach i nadziejach.

Poczułem się bezpiecznie, brakowało tylko przesuwających się w oknach obrazów szarego, smutnego miasta, bo miasto widziane z okien sklepu wrzało.

Jednakże tutaj nikt mnie nie widział. Nikt nie potrafił, nie chciał umieć mnie widzieć. Nikt nie zwrócił na moje wtargnięcie uwagi. Może tylko ekspedientka na stoisku mięsnym rzuciła krótko wzrokiem w stronę, z której powiało przeciągiem. Wziąłem koszyk i wszedłem w głąb sklepu.

Wtem mocne trzaśnięcie wejściowych drzwi, brzęk tłuczonego szkła, szarpnięcie za rękaw i piekący ból na plecach.

– Ty stary skurwysynu, nie spierdolisz tak łatwo.
– Tylko nie stary...

I trzask kości w stawach i plecy znowu prostujące się z bólu.

Wyciągnęli mnie ze sklepu jak worek węgla i wlekli dalej w kierunku wielkiego szkolnego podwórza.

Wlekli mnie, ale i kilka osób osobnych, zdziwionych, nierozumiejących; nierzeczywistych. Zaspanych jeszcze, ale też... jakby naraz budzących się do życia.

Szum. Szum. Szszszum. To w głowie. I nic. Tylko szum.

Jeden z przebudzonych zaczął nagle uciekać, drugi nagle krzyczeć, trzeci nagle prosić, czwarty nagle płakać...

Przegonili nas przez otwartą żelazną bramę. Na przeciwległej stronie podwórza, za niskim ogrodzeniem, około stu metrów przed nami, stoją już zgniłozielone pojemniki na schwytanych.

Sprężyłem się. Ja - glista śliska i tłusta wysmyknąłem się z łap łapaczy. Ja - lew osaczony i dziki rzuciłem się w tył, do bramy. A tam już... I głową w mur. I już. I już. Ból.

– Ty stary psie.

Tym razem nie mam już siły się oburzyć. Ja - stary pies obity. Ja - koń ujarzmiony. Powtórnie zatrzeszczały kości w stawach.

Pozostało jeszcze może około siedemdziesięciu kroków... i ja - śmieć w blaszanym, zgniłozielonym pojemniku. Przegrałem... Na pastwę... Mocno ściągają lejce. Smaganie batów zmusza do nerwowego kłusa. Z krótkofalówki dobiega skrzekliwy głos wołający o posiłki.

– Trzymaj go dobrze, żeby znowu nie spierdolił.

I pobiegł – posiłek.

Ależ nie. Spokojnie. Nie ma obawy. Ja już nie uciekam.

Wyraźnie widzę zielone kubły, wokół których krążą hieny, pazernie zerkające na znajdującą się wewnątrz puszek zdobycz – wśród niej przerażone, niczego nie pojmujące osoby osobne, lecz jeszcze-czy-może-wreszcie ŻYWE.

Ja tymczasem zrezygnowany kładę już głowę na pieniek, gdy z prawej strony, w odległości kilku metrów, dostrzegam młodego chłopaka podnoszącego z ziemi spory kamień. Zamierza się nim w naszym kierunku.

– Puść go bandyto, bo roztrzaskam ci łeb!

Teraz. Teraz, albo wiszący nad tobą topór opadnie. Uwalniam jedną rękę, wymierzam cios i zrywam się do ucieczki. Nieznajomy rzuca kamieniem. Razem przeskakujemy przez zielone ogrodzenie. Przebiegamy przez ulicę. Jakaś brama, podwórko, znowu brama.»


*



K. zamilkł nagle. Nie wiedzieć kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Przez dłuższą chwilę żaden z nas nie przerywa milczenia. K. stoi lekko przechylony przez barierkę i wpatruje się w wodę, której teraz nie da się już odróżnić od nieba.

«Pytałeś tego chłopaka, dlaczego ci pomógł?»
«Pytałem. Jakiś czas wcześniej zabrali jego ojca, a kilka dni później poinformowali, że zmarł w areszcie... na zawał.»

I znów cisza, wodospad zamknięty, rzeka płynie bezszelestnie, ruch na moście ustał.

W zamyśleniu słucham jeszcze przez jakiś czas jak K. opowiada o martwych wrocławianach; o tym jak właśnie układają się w swych przytulnych trumiennych łóżkach, modląc się o sen, w którym nie boją się żyć naprawdę.



LATO 2004  str. 1   str. 2


fabuła  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni