archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



szkice  strona główna



Słońce

anna dorota morawiecka


  Moja mama kochała słońce. Zawsze przechodziła na słoneczną stronę ulicy i jak słonecznik podnosiła twarz w kierunku światła. Bała się kotów, chociaż podobnie jak one przesuwała się razem ze smugą światła i potrafiła całymi godzinami wygrzewać kark na słońcu. Po wielu latach od jej śmierci to, co kiedyś wydawało się niezrozumiałym dziwactwem, ułożyło się w logiczną całość. Tę historię można by porównać do precyzyjnej rzeźbiarskiej roboty: na początku, przy pierwszych uderzeniach dłuta, nie widać całości, tylko detal obserwowany z małej odległości. Trzeba wielokrotnie oddalać się i zbliżać, obracać rzeźbę milionem profili, oglądać z wielu stron, z dołu i z góry; i znowu na wyciągnięcie ręki – wszystko po to, żeby wiedzieć, które uderzenia dłutem są potrzebne, a których ślad należy usunąć. Komunikat musi być jasny i czytelny. Historia kultu solarnego wyznawanego przez moją matkę jest opowieścią o odnalezieniu sacrum i o wielkiej religijnej namiętności. Jeżeli choć raz odczuje się na swojej twarzy dotyk Boga, budzi się tęsknota silniejsza od wszystkiego, czego doznało się na ziemi.

Co roku jeździliśmy nad morze. Spędzaliśmy tam miesiąc, a czasem nawet dwa. Pamiętam pierwszą naszą podróż pociągiem na Półwysep Helski. Ja i moja siostra śpiewałyśmy na całe gardło "Było morze, w morzu kołek…" i wdrapywałyśmy się na siedzenia, żeby zobaczyć pierwszy raz w życiu prawdziwe fale migające w prześwitach sosnowego lasu. Spokojna tafla Zatoki Gdańskiej po prawej stronie pociągu i tajemnicza lewa strona ukrytego za lasem pełnego morza. Po drodze mama opowiadała o tym, że kiedy miała tyle lat co my, jej mama i starsze siostry na wydaniu jeździły latem z Wilna na Hel, bo tam spotykała się elita. Potem wybuchła wojna i nie zdążyła dorosnąć do wieku, w którym panienka z dobrego domu powinna pokazać się w Jastarni. Przez długie lata pielęgnowała w swojej wyobraźni marzenie o samodzielnej i samowolnej wyprawie w niedostępne niegdyś rejony. Mit o morzu wzmacniała fikcyjnymi kartkami wysyłanymi do znajomych przez wtajemniczoną w intrygę koleżankę mieszkającą w Sopocie. "Najserdeczniejsze życzenia znad cudownego Bałtyku śle Inka." Tymczasem Inka co najmniej przez dwa tygodnie ukrywała się przed światem w zacisznym, słonecznym kątku na mazowieckiej wsi. Wreszcie stała się niezależną, wyemancypowaną dentystką z dwojgiem dzieci i alimentami od nieudanego męża. Nadeszło nasze pierwsze lato. Wielka przygoda. Marzyłam o białych żaglowcach, sztormach wdzierających się na ląd, syrenach i konikach morskich, skarbach wyrzuconych na plażę, bursztynowej komnacie i Bóg wie o czym jeszcze. Tymczasem okazało się, że trzeba leżeć godzinami w osłoniętym od wiatru grajdole i "wystawiać się do słońca". Mama przychodziła na plażę o świcie i odchodziła po zachodzie. Oglądanie zachodu było obowiązkowe. Ucieczka w cień równała się w oczach mamy z dezercją i karygodnym marnotrawstwem. Kiedy skóra nasyciła się słońcem do granic możliwości, można było zacząć wędrować po brzegu. "Morski wiatr najpierw chłodzi, potem rozgrzewa." Zimą przed zaśnięciem zamiast wieczornej modlitwy mama kazała zamknąć oczy i wyobrażać sobie morze. "Przypomnij sobie szum fal. Co siódma fala zalewa ci stopy."


*



  Pamiętam straszny sztorm. Morze było ciemnozielone, piasek fosforyzująco biały, niebo granatowe, a przy horyzoncie czarne. Wiatr zapierał dech i wydawało się, że za chwilę będzie koniec świata. Archaniołowie zatrąbią i zacznie się sąd ostateczny. Chwyciłam za ręce moje dzieci i przekrzykując wycie wiatru zawołałam do mamy, że uciekamy za wydmę do lasu. Miała wtedy siedemdziesiąt parę lat i niebieską parasolkę na ramieniu. Nikt i nic nie było w stanie skłonić jej do ucieczki. Szła w religijnym uniesieniu na przekór wiatrowi, potykając się o coraz silniejsze fale. Nie mogłam jej wtedy towarzyszyć. Pędziłam z dziećmi przez las. Potem owinięci w śpiwory, ściskając w rękach gorący napój, czekaliśmy z niepokojem na jej powrót. Przyszła szczęśliwa i nieco rozczarowana naszym tchórzostwem. To były ostatnie nasze wakacje. Następnego lata umarła. Siedziałam dwa miesiące przy jej łóżku, a za oknem nie było słońca. Lipiec i sierpień tego roku przypominały jesienne miesiące. Raz tylko, pamiętam, któregoś ranka usłyszałam w jej pokoju hałas przesuwanej szafki. Resztkami sił odepchnęła od łóżka robiący cień sprzęt i wystawiła stopy na słońce.

Umarła. Skończyły się męczące wakacje nad morzem. Nie było już żadnego familijnego obowiązku smażenia się na bałtyckiej plaży wśród rozwrzeszczanego, kolorowego tłumu. Zaczęłam tęsknić. Za nią i za morzem. Wbrew rozsądkowi, bez pieniędzy, odpowiedzieliśmy na zew. Namiot rozbity nielegalnie na plaży – choćby na jeden dzień. Woda i chleb, cebula, worek karmy dla psa i bilet powrotny do domu. Wspominając tamte wakacje zaczynam czasem wątpić, czy ich nie wymyśliłam. Tydzień mistycznego spotkania z morzem. Dzień i noc, skwar i ulewa, wschód przeszywający niebo krwawą raną i groźny zachód zwiastujący niepewność mroku. Na wydmach zbieraliśmy poziomki. Bóg na pewno ukrywa się w morzu i w słońcu. Kuszące są jasne, świetliste drogi, które wyznacza światło na wodzie. Nie jest konieczne, żeby iść po powierzchni wody do słońca. Jeżeli idzie się brzegiem patrząc w słońce, nie zbacza się z drogi. Droga idzie razem – jak cień albo wierny pies. Nie da się zejść z drogi, bo wyznaczają ją tylko dwa przeciwstawne punkty: cel czyli słońce i punkt wyjścia czyli ja. Nie można tylko zapomnieć, że celem jest źródło światła. Słońce, podobnie jak księżyc, obserwuje nas jasną źrenicą bez względu na to, czy o tym pamiętamy i gdzie jesteśmy. Na drugim końcu jasnej smugi wyzłoconej przez zachód słońca idzie moja mama. Po drugiej stronie słońca.





LATO 2004  str. 1   str. 2


szkice  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni