archiwum

lato'04
str. 1   str. 2 



szkice  strona główna



Ssawa

jędrzej morawiecki


Wrocławskie kino "Studio" znikło cichutko. Kierownik Mergies zwinął sprzęt, osiedle straciło kilka salek, rzędy trzeszczących foteli, bufet, wieczorne seanse. Dekaef odszedł pokornie.



Potem szły kolejne. W kinie "Polonia" zrobili pożegnalną nocną projekcję. Prowadzący stali smutni przy wejściu. Powiedzieli kilka zdań, zapuścili ostatnie taśmy. Po sali trzaskały puszki, widzowie świętowali pogrzeb kolejnego kina. Na koniec właściciele spłynęli wódką. Ktoś krzyczał, ktoś płakał. Pozostał niesmak i uczucie bezradności. Dawno odszedł ceglany "Wodomierz", umarł "Pionier", "Klub Dziennikarza". Grzecznie zakończył działalność "Światowid". Zabili dechami "Oko", "Oskara". Dzielnica zabliźniła miejsce po "Tęczy".



Są za to w mieście dwa multipleksy i dwa kina powtarzające repertuar molochów. Do tego jeden, dochodzący, cotygodniowy dekaef. Na razie trwa, zaszył się na Śródmieściu.



Brakuje sił. Na to by protestować. Na to by oderwać etykietę miłośnika małości, antyglobalisty, lewaka. By odrzucić stygmat ideologii, zacząć bronić ginący świat - w sposób czysty i bezpośredni. Milczenie i bierność rodzi ból.



Ból miasta rośnie nie na gigamarketach i wielkich kinach. Ból żywi się bezlitosnym ssaniem. Niszczeniem kolejnych ludzkich ośrodków, miejsc spotkań, instytucji animujących dzielnicę. Kina odeszły. Multipleksy wrzucają na ekrany drogą, podkolorowaną produkcję. Trzy te same sformatowane filmy każdego dnia, wypuszczane w kilkunastu salach.



Znajomy dostał nagrodę na "Offensivie" - festiwalu kina niezależnego, organizowanym przez multipleks "Helios". Zaproszony na rozbuchaną fetę otrzymał pustą figurkę. Na skupie złomu wymienił ją na piwo. Kolejnego roku figurki były za lekkie - na skupie nagrody nie przyjęli. Budżet festiwalu rozpłynął się w samozadowoleniu elit - dla twórców nie starczyło środków.



Nowe megakina pożarły "dekaefy", nie dały jednak alternatywy. Wessały różnorodność i obróciły ją w nicość. Niechby rosły plastykowe molochy. Byle pozwoliły trwać temu, co działa, co stanowi cząstkę mojego świata. Niechby wyparły nawet ten dawny świat za rzekę, w podwórka zdewastowanych kamienic. Niechby zepchały dawne ośrodki do nisz, zamiast zrywać i zgładzić miejską tkankę.



Łatwo uderzać w patetyczny ton. Ale czasem tyle tylko zostaje.



Miasto wyrugowało własną kinematografię. Teraz zżera księgarnie, sklepiki, targi. Na placu Grunwaldzkim znikły murowane sklepy. Dwa dni temu stała jeszcze drogeria, lumpkes, warzywniak, kiosk "wszystko po pięć złotych". Dziś leżą tu tylko gruzy, dalej pusty plac. Tonąca w krzewach buda piwiarni "Kaktus" znikła pod napisami: "pożeganie". Mimo że jeszcze parę dni temu pękała w szwach.



Za "cepeenem" widać targowisko z tanim tytoniem, straganami owoców, najlepszym chlebem, pasażem rusko-wietnamskim. Plac huczy rozmową, docinkami, śmiechem rosnącym wśród ciepłych murów.



Sąsiad mówi, że do końca roku bazar mają zklikwidować. Straszą od dawna, ale teraz, to już podobno naprawdę. Na miejscu bazaru, betonowych bud i "Kaktusa" stanie podobno Centrum Postępu, albo Centrum Rozrywki .



Nie wiem, czy sąsiedzi i sprzedawcy mają rację. Czy to centrum taką nazwę nosić będzie. Nie mam sił sprawdzić. Wiem, że plastyk zasysa kolejne punkty życia. Wiem, że nie będzie mnie stać by wejśc do rozrywkowego centrum i że to centrum nie jest moim światem. Wiem, że ktoś zabija moją rzeczywistość. Że czyni to bezlitośnie, że odbiera ten świat wielu mieszkańcom dzielnicy. Że ci są bezradni, zdezorientowani, że nie wiedzą nawet, co zaraz zniknie i co powstanie. Że zostali uprzedmiotowieni w imię postępu, ładowanego do głów z jedynej lokalnej gazety, zlepku dawnych tytułów, stworzonej przez medialny koncern.



Nie mam sił narzekać. Nie potrafię podnieść rąk. Patrzę na pożerany świat i wiem, że małe obiekty umierają w kłamstwie. Bo kina działały, knajpy miały klientów, bazary płyną obfitością. Ginący świat nie jest wsteczny, nie jest nieopłacalny, nie odchodzi w przeszłość naturalnym trybem. Ktoś go zasysa świadomie, ktoś wydaje decyzje, ktoś podnosi czynsze i gaworzy o wolnym rynku, o niewidzialnej ręce, o żelaznych zasadach. Nie mam sił dociekać.



Wychodzę z miasta.



filip łepkowicz



LATO 2004  str. 1   str. 2


szkice  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni