zima'05
str. 1



szkice  strona główna


Anioł dla pani M.

anna dorota morawiecka



Postanowiłam jechać najwcześniejszym pociągiem, żeby zdążyć obrócić w tę i z powrotem w ciągu jednej doby. To miała być w pewnym sensie podróż ofiarna. Same odwiedziny w szpitalu mogły trwać najwyżej dwie godziny, ale długa jazda pociągiem pozwoli na oderwanie się od czasu i miejsca; można spróbować (myślałam) tak najmocniej się pomodlić; pomodlić o zdrowie dla Alisi.
Dworzec nocą jest groźny. Pasażerowie, inaczej niż za dnia – szukają pełnych przedziałów omijając przezornie puste. Ten, kto zostanie sam – ten frajer. Przeszłam przez jeden wagon – zaludnione przedziały szczelnie wypełnione. Wsiąść do pustego nie miałam odwagi. Wyszłam z powrotem na peron, minęłam "jedynkę". Wsiadając do kolejnego wagonu obejrzałam się przez ramię. Dwóch mężczyzn stojących na pustym peronie wpatrywało się we mnie z wielkim napięciem. Mało brakowało, a przytrzasnęłabym sobie nogę zamykając zbyt gwałtownie drzwi. Znalazłam wreszcie miejsce.
Wsiadł do przedziału nim pociąg ruszył – jeden z tych dwóch. W mojej zmęczonej głowie wszystko układało się w nieuchronną kryminalną intrygę: znaleźli ofiarę; teraz ją osaczają; ofiarę – czyli mnie. Powiesił kurtkę; wyszedł na korytarz; rozmawia przez komórkę; wrócił. Wygląda inteligentnie – a jednak się nabrał – udawałam sama przed sobą satysfakcję – jestem niezłą aktorką. Jadąc do szpitala z myślą, że mam rozmawiać z lekarzami "ucharakteryzowałam się" na osobę zamożną i bywałą w świecie. Tymczasem w kieszeni mam tylko bilet powrotny i parę groszy na tramwaj. Źle celujesz, panie złodzieju. Mój spiskowy myślociąg przerwał konduktor. Potwierdza się: gość jest podejrzany. Szuka nerwowo biletu. Podobno miał w tylnej kieszeni. Konduktor ostentacyjnie opiera się o drzwi. Ma czas. Flegmatycznie wyrzuca z siebie ironiczne, rutynowe teksty: "Nie ma biletu? Życie jest okrutne? A pieniędzy pewnie też nie ma?" Gość przeszukuje uparcie kieszenie. Trwa to stanowczo za długo. Robi mi się go żal – kimkolwiek jest. Konduktorowi już wystarczy. Triumfalnie wyciąga z kieszeni zmięty bilet: "Niech pan już nie szuka. Ja mam pański bilet. Leżał na podłodze." – sadysta.
Wypadł facetowi z kieszeni kiedy wyciągał komórkę. Właściwie jest całkiem sympatyczny.
Nie okazał żadnych gwałtownych uczuć. Zasnął. Ja nie mogłam zasnąć – i to wcale nie dlatego, że obawiałam się kradzieży. Próbowałam się modlić. Ciekawe, kim on jest. Ma dziwny znak na koszulce. Precyzyjny meander wyrysowany jedną linią. Wydaje mi się, że widziałam coś takiego. Może na ikonie. Spróbowałam go rozszyfrować. Wpatrywałam się jak Pandora w węzeł zabezpieczający Puszkę. Nieznajomy spał mocno. Nie obudził się aż do końca podróży. Wysiadałam z kieszenią pełną kartek zarysowanych znakiem, który miał na podkoszulce.
Było zbyt wcześnie na szpitalne odwiedziny. Wydostałam się z dworca. Leniwym krokiem poszłam w stronę kościoła ukrytego wśród drapaczy chmur – anorektycznych, agresywnie kłujących niebo budynki banków, hoteli i kuriozalnych "złote tarasy" – chyba centrum handlowo-rozrywkowe. Z rozrzewnieniem zauważyłam, że Pałac Kultury nabrał niespodziewanej szlachetności w kontekście nowego sąsiedztwa. Czułam się jak w gorączce. Dobrze, że już tu nie mieszkam. W jednym z tych nowych banków pracowała Alisia. Gdyby wtedy ją to spotkało można by zrozumieć. Ale teraz? Od roku jest na emeryturze. Pędzi cudowne, wymarzone życie wśród kwiatów, książek, z kotem Wilenką i narzeczonym Mariasiem u boku. Udar mózgu zaczął się na działce od wrażenia, że wdepnęła w coś nogą. Stopa zaczęła przyklejać się do podłoża. Potem zdrętwiała cała prawa strona.
Przypuszczałam, że kościół będzie jeszcze zamknięty. Ostatnio byłam tu dziewięć lat temu. Wtedy nasza mama umierała na raka. Podobnie jak teraz musiałam przeczekać do ósmej, żeby porozmawiać z lekarzem. Tamtym razem nie mogłam się nadziwić dlaczego nigdy wcześniej nie wchodziłam do tego kościoła. Stoi dokładnie naprzeciw liceum, w którym się uczyłam. Nie przyszłam tu nawet przed maturą.
Uklęknęłam przed szklanymi drzwiami.
W środku ktoś był. Jakaś kobieta dramatycznie oparta na klęczniku.
Weszłam.
Zapalono świece.
Spod ściany ruszył bezdomny.
Zadzwoniły dzwony.
Dotknął mojego ramienia. Nabrał się, że mam kasę.
Żal mi się zrobiło tej, która tak gorliwie się modli. Usiadłam pełna współczucia obok. Usłyszałam głośne, spokojne chrapanie.
Wszedł ksiądz i rozpoczęła się msza gregoriańska. A ja poczułam się przygarnięta i ugoszczona. Znalazło się dla mnie miejsce w tym obcym mieście.
Po lewej stronie blisko ołtarza stała znajoma mi rzeźba. To zabawne: znajoma – ale nie stąd – nie z Warszawy, tylko ze Lwowa. Tu mogłam ją spotkać milion razy, a widzę po raz pierwszy. Do Lwowa pojechałam rok temu na chwilę. W jednym z podwórek przy Zaułku Ormiańskim stoi stary, drewniany konfesjonał, a obok bliźniaczo podobna do tej kamienna rzeźba: klęcząca kobieta z głową wzniesioną do nieba i ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Dobrze pamiętam, bo to rysowałam. Dłonie, kształt głowy, linia ramion układają się dokładnie według znaku zaszyfrowanego na podkoszulce mojego nieznajomego z podróży. Tego, który z takim natężeniem przyglądał mi się na dworcu we Wrocławiu. Jeżeli tak? Jeżeli to wszystko zdarzyło się po to, żebym narysowała ten znak na kartce, którą mam w kieszeni, to w takim razie kim był ten drugi? Ten drugi, który stał na peronie i się na mnie gapił? Był podobny do tego, który dotknął mojego ramienia, kiedy wchodziłam do kościoła.
Tu już chyba przesadziłam. To się nie trzyma kupy.
Msza się skończyła. Ruszam w drogę do szpitala. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Wsiadłam do autobusu. Kasownik wyrwał mi brutalnie bilet, połknął – chwila niepokoju – wypluł. U nas na prowincji takich nie ma. To, co zdarzyło się potem, wydaje się snem. Autobus wjechał nagle w gęstą mgłę – tak gęstą, że gdybym nie znała drogi, nie trafiłabym. Część miasta z tyłu za mną grzeje się w słońcu, a tu zimno i wilgotno. Wizyta w szpitalu była zbyt krótka. Moja siostra boi się śmierci. Z trudem uczy się chodzić oparta o "balkonik na kółkach". Nie wolno jej patrzeć za siebie ani na boki. "Pani Alicjo, proszę patrzeć przed siebie" – mówi serdecznie rehabilitant, który dostał dodatkową opłatę. Wszystko będzie dobrze. Musi być dobrze.
W drodze powrotnej przypomniało mi się, że czeka na mnie niezrealizowane zamówienie. Po wakacjach miałam przynieść anioła dla pani M. Odkładałam to na lepszy czas, żeby mieć wypoczęty umysł. Mam w kieszeni klucz kompozycyjny tego obrazu – znak z podkoszulki nieznajomego. Ta dziwna podróż w tę i z powrotem wydaje mi się trwaniem w bezruchu: tak, jakbym to ja była ofiarą unieruchomioną chorobą, a moja siostra bohaterem, który wyruszył po żywą wodę, aby mnie ocalić. Wędruje teraz po szpitalnych korytarzach i nie wolno jej oglądać się za siebie. Walczy ze strachem przed bezradnością. Musi jej się udać.

ZIMA 2005


szkice  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni