wiosna'05
str. 1



szkice  strona główna


O papieżu Janie Pawle II

Kilka osobistych przemyśleń

ks. zdzisław pawłowski


      Wydarzenia, związane ze śmiercią i pogrzebem Jana Pawła II, nauczyły nas myśleć i mówić o nim inaczej niż przedtem. Z pewnością przyjdzie czas na pogłębioną refleksję teologiczną jego dzieła, ale w tych dniach widzimy przede wszystkim jego osobę, o której nie można w żaden inny sposób mówić, jak tylko w kategoriach osobistego świadectwa.
      We mnie, podobnie jak u wielu, przeżywanie umierania i pogrzebu Papieża, odbywało się w połączeniu z procesem nawracania się. Przez pryzmat jego końca, poruszającego do głębi przez reakcje milionów, zobaczyłem jego życie w zupełnie nowym świetle.
      Widzę Jana Pawła II w jego długiej, bo prawie dwudziestosiedmioletniej posłudze, w dwóch wyraźnych postawach: męża stanu w latach 1978-1990 oraz ojca wszystkich po roku 1991. Papież jako mąż stanu nie był postacią polityczną. W swoich działaniach był raczej podobny do Mojżesza, przyczyniając się znacząco do wyzwolenia zniewolonych narodów. Jako jeden z nielicznych wierzył bowiem, że wbrew ówczesnym uwarunkowaniom historycznym możliwe jest zwycięstwo nad potęgą systemu totalitarnego nie przy użyciu przemocy, lecz siłą społecznej solidarności uciskanych.
      Choć jest to niewątpliwie jedno z najdonioślejszych wydarzeń XX wieku, to chyba większość z nas zapamięta Go z drugiej części jego życia. Wtedy to zaczęły się w nim pojawiać coraz wyraźniejsze rysy i zachowania ojca. Stawał się bliższy ludziom, łamiąc bariery religijne, społeczne, ekonomiczne i kulturowe. Szczególne uczucia ojcowskie okazywał najsłabszym – dzieciom i biednym, chorym i upośledzonym, odrzuconym i zranionym przez los. Nie mogę zapomnieć widoku, kiedy dotykał trędowatych, szedł po stopniach z utykającą dziewczynką, trzymającą go za rękę lub przytulał do piersi zapłakaną młodą kobietę. Ich twarze promieniały niezwykłym blaskiem. Był on odbiciem przywróconej im przez gest papieskiego dotknięcia godności. Nie mógł być to zwykły ludzki tylko dotyk. Musiał być w nim jakiś znak Boskiej miłości. Papież, swoim uważnym, skupionym spojrzeniem, zwracał się do znajdującej się przed nim osoby, w taki sposób, jakby poza nimi dwojgiem, nic i nikt nie istniał na świecie.
      W ostatnich latach życia, gdy choroba powoli odbierała mu fizyczne siły, a w cierpieniu stawał się coraz bardziej bezbronny, jego przybliżanie się do ludzi otrzymywało nowe rysy. Była to nie tylko ojcowska czułość, którą okazywał małym dzieciom, przytulając je do swego policzka i wpatrując się w ich oczy, jakby widział w nich samego Boga. Była to również niezgłębiona potrzeba bycia z ludźmi, zwłaszcza młodymi. Towarzyszyła jej radość z przebywania z nimi. Bycie z ludźmi często nas męczy i nuży. Jemu dodawało siły i czyniło Go szczęśliwym. Niezapomniany to obraz Papieża, wymachującego laską i śpiewającego razem z młodzieżą. To nie mogła być zwykła spontaniczność czy otwartość. Chyba tak cieszy się sam Bóg z bycia z nami.
      Czyż ta właśnie postawa Papieża nie tłumaczy faktu, że miliony zapragnęły być z Nim w jego odchodzeniu i ostatniej drodze? Czyż nie wyjaśnia również i tego, że w swoim przechodzeniu na Tamtą Stronę nie był sam? To przecież było wielkanocne przechodzenie i u jego kresu czekał na niego zmartwychwstały Jezus. Byli z nim także najbliżsi, ale też i setki tysięcy tych, których uczynił swoimi przyjaciółmi. Przyszliśmy do niego w modlitwie, w skupionej zadumie, a niejednokrotnie w nawracaniu się do Boga i do Ewangelii. Przyszliśmy poruszeni łaską, którą tak wytrwale głosił przez całe swoje życie.

WIOSNA 2005  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni