wiosna'05
str. 1



reportaże  strona główna


Skrawki podróży

adam płociński, tekst
jakub grygiel, zdjęcia



Część 1


1 listopada 2002 r.; Łówcza
Miejsce, w którym stał łówiecki dwór, chronią trzystuletnie lipy. Zgarbiły potężne konary w cichej modlitwie o liście. Oczywiście nieprędko zostaną wysłuchane, pomyślałem, przecież dopiero listopad. Wsiadłem do samochodu i ruszyłem do przejścia granicznego na Ukrainę w Rawie Ruskiej. Z Rawy Ruskiej do Lwowa można jechać główną szosą przez Żółkiew albo opłotkami przez Magierów, Wiszenkę. Zdecydowałem się dotrzeć do Lwowa przez Magierów, Wiszenkę, wracać przez Żółkiew.

3 listopada 2002 r.; Żółkiew

Zamek Sobieskich w Żółkwi nie przypomina królewskiej rezydencji. Umieszczono w nim kurnik, kilka majsterni, szkołę i sąd. Wszystko gdacze i wrzeszczy. W to zamieszanie cisną się czasem wiejskie baby w chustach na głowach, z workami w garści. Idąc ich tropem dochodzi się do ciasnej i ubogiej poczekalni sądowej. Zasiadł tam rząd wełnianych spódnic. Ukryłby ławy zupełnie, gdyby nie jedna para dżinsów. Oczywiście niejeden by chciał, żeby smutek wełnianych spódnic rozproszyła łąka różnokolorowych kwiatów subtelnie drgająca na zadach wiejskich bab. Niestety, wbrew jego oczekiwaniom, spódnice pozostały smutne.


rys. Zuzanna Morawiecka
Kwiaty zaś uczepiły się chust. Zakwitły tam nieruchomo, upodabniając postaci do pękatych wazonów.
Dżinsy włożyła Tatiana. Zamiast worka miała walizkę.
Tatiana ma dwadzieścia lat. Wygląda na dużo więcej. Dwa lata temu zakochała się. Żeby być bliżej ukochanego, wyszła za jego brata i któremuś z nich urodziła dziecko. Oczywiście małżeństwo się rozpadło, zbliżenie do ukochanego jakoś nie wyszło, więc Tatiana postanowiła ułożyć sobie życie na nowo i właśnie czekała na rozwód. Prosto z rozprawy miała się udać do Polski, do pracy. Do Polski przyjechaliśmy więc wspólnie. Na granicy spędziliśmy dużo czasu, bo żal nam było 10 dolarów na łapówkę dla celnika. Inni płacili i jechali. My tkwiliśmy w miejscu i gadaliśmy. Tatiana planuje ślub z Polakiem, żeby dostać polskie obywatelstwo i móc pracować w Polsce legalnie. (Przy okazji szczegółowo wypytała o mój stan cywilny.) Kiedy już zdobędzie polskiego męża, planuje ślub z Niemcem, żeby dostać obywatelstwo niemieckie, bo właśnie Niemcy są krajem, w którym chciałaby docelowo osiąść. Tymczasem jeździ do Polski sprzątać w domach. Zarabia 700 zł, czyli jakąś 1/3 średnich zarobków w Polsce. Z tego utrzymuje siebie i dziecko, które siedzi u rodziców. Po tych historiach małżeńskich do rodzinnego Magierowa raczej nie ma po co wracać (Kto mnie tam kurwa przyjmie?). Kiedy tak staliśmy na granicy, zrodził się pomysł wspólnego - mojego, Ines i Tatiany - wyjazdu na Ukrainę. Ustaliliśmy termin wyjazdu: 13 czerwca 2003 roku.

10 czerwca 2003 r.; Warszawa
Trzeci miesiąc jak Ines nie ma. Ciągle znajduję liściki, które powkładała na szlaku moich domowych wędrówek.

13 czerwca 2003 r.; Warszawa
Tatiana skrewiła. Jej komórka straciła aktywację. Ines też nie jedzie, bo jeszcze nie zdążyła wrócić. Odkładam sprawę wyjazdu na Ukrainę do 18 czerwca.

15 czerwca 2003 r.; Warszawa
Dzwoniła Ewa. Koniecznie chce jechać ze mną na Ukrainę. Wprawdzie miała ten czas spędzić ze swoim chłopakiem nad morzem, ale że chłopak musiałby przerwać urlop na jeden dzień z przyczyn, których nie pamiętam, obraziła się na wyjazd i postanowiła, robiąc mu na złość, pojechać ze mną.

18 czerwca 2003 r.; Warszawa
Dwie godziny przed wyjazdem zadzwoniła Ewa z informacją, że chłopak obiecał jej dać pojutrze niespodziankę, że nie wytrzymałaby jednego dnia w niepewności, co to jest za niespodzianka, i w związku z tym nie jedzie. Pozostało życzyć chłopakowi, żeby jego niespodzianka okazała się udana, inaczej niedoszła do skutku wyprawa Ewy obrosłaby winogronem faktów fantastycznych, o których chcąc nie chcąc byłby informowany w szczegółach. Ewa doradziła mi, żebym na Ukrainie odwiedził Oksanę. Oksana sprząta u chłopaka Ewy (tego od niespodzianki). Teraz wróciła na Ukrainę odpocząć i, jak twierdziła Ewa, z pewnością z naszej wizyty się ucieszy.



22 czerwca 2003 r.; Rawa Ruska
W drodze powrotnej z Ukrainy zabrałem Oksanę ze sobą do Polski. Czekając na granicy, usłyszałem historię Pianisty. Oksana literuje mi jego imię i nazwisko z prośbą o zanotowanie i upowszechnienie (J-A-N O-D-O-R-S-K-I).
Jan Odorski był człowiekiem dojrzałym (on był już w drugim ślubie...). Dobrze zbudowany, zgrabny (nic tam nie wisiało). Posiadał fabrykę dżinsów, którą codziennie na dwie godziny odwiedzał. Resztę dnia dbał o siebie albo się nudził. Żona młoda, lekarz, piekielnie ambitna, właśnie robiła drugą specjalizację. Wracała wieczorem zmęczona i zaaferowana. Bardzo skąpa (nienormalna), żałowała Oksanie herbaty i płaciła tylko trzydzieści pięć złotych dniówki. Dzieci do późnego popołudnia w szkole.
Dzień zmierzał do południa. Oksana miała na sobie spodnie, staniczek pod bluzką, potargane włosy i egzemę na dłoniach (może to było uczulenie). Właśnie szorowała podłogi. Jak zwykle o tej porze Jan Odorski przyjechał z fabryki. Przywitał się. Wziął rower i pojechał na pół godziny. Wrócił spocony, uśmiechnięty - w swoim przekonaniu pociągający. Z miejsca nawiązał rozmowę:
- Chodź, Oksanko, wykąpiemy się!
- Nie, dziękuję, ja jestem wykąpana, teraz mi się nie opłaca kąpać, bo jeszcze mam pół doma sprzątać.
- A co z chłopakami?
- Nie mam czasu, od rana do wieczora pracuję, dla mnie nieciekawe tutaj za chłopakami zaglądać.
- Pani tak pracuje, pani trzeba bogatego kochańca!
- Debil.
(Słowo to, jakkolwiek dotyczyło Jana Odorskiego, najwyraźniej nie było do niego adresowane, skoro zmierzał już do łazienki, a Oksana powiedziała je tak cicho, że nie mógł go usłyszeć.)
Łazienkę opuścił szybko, w negliżu, tj. w slipach tylko (jak pedał). Potem przez chwilę łasił się do Oksany. Mówił miłe rzeczy dotykające obrazu sprzątającej dziewuchy. Oksana nieustająco chlustała wrzątkiem i tarła co sił. Była przy tym bardzo ostrożna. (Jak chciałam gdzieś się schylić, żeby coś wytrzeć, to musiałam siadać delikatnie, żeby jak najwięcej ta pupa nie wystupała.) Widząc obojętność dziewuchy, Jan Odorski dopadł fortepianu, z hukiem odkrył klawiaturę i z pomocą efektownych dźwięków mazał obraz mężczyzny wrażliwego. Bardzo się starał. Co z tego, skoro Oksana włączyła radio i szorowała dalej. Zgiełk szkicował lekko i z polotem. Aż Jan Odorski uwolnił się ze struktur znaczonych linią ołówka i wparował do kuchni. Właśnie tam Oksana czule przygarnęła go ramieniem swojego spojrzenia, po czym zagryzła zębami głośnego rozśmiechu. (Mnie tak śmiesznie, że facet ma czterdzieści parę lat, ma fabrykę, czy coś, że bogaty, że inteligentny wszyscy myślą, a tu lata w slipach i gra na fortepianie dziewczynie z Ukrainy, która sprząta. Istny debil.)

24 czerwca 2003 r.; Warszawa
Ewie było zupełnie obojętne, czy Oksana się z mojej wizyty na Ukrainie ucieszy. Oksana informowała Ewę, że musi przedłużyć swój pobyt na Ukrainie z powodu choroby, której rozwój spowodował konieczność hospitalizacji. Ewa nie dając wiary tym wiadomościom wysłała mnie na Ukrainę, żeby z pierwszej ręki uzyskać informację o stanie zdrowia Oksany. Nieświadom podstępu doniosłem Ewie, co i jak, i dziś Oksana straciła pracę.

27 czerwca 2003 r.; Warszawa
W południe przyszła Oksana i usmażyła górę naleśników, które wypełnią mój jadłospis na najbliższe dni. Oksana planuje wyjazd do Włoch. Wtedy rzuci Iwana, bo kiepsko mu idzie z zarobkiem, a Oksana bardziej od samotności lęka się biedy.

9 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Dziś konsumowałem zaproszenie Ewy na leczo. Nie było złe, choć wiem, że w kuchni stać ją na więcej. Jak się w czasie obiadu dowiedziałem, Ewa ze swoim chłopakiem chodzą na terapię do psychologa. Polecił im pisać do siebie listy i wysyłać pocztą. Chłopak wysłał, ale z odległej poczty, żeby sobie na miejscu nie robić obciachu. Ewa podłożyła mu list pod poduszkę. Chłopak odmówił przyjęcia. Zagroził, że jeżeli list nie zostanie wysłany pocztą, o uchybieniu doniesie terapeucie. Ewa poszła więc na pocztę, bo tak jak chłopakowi, zależy jej, żeby terapeuta miał o niej jak najlepsze zdanie. Ponieważ Ewa jest leniwa i lubi obciach, wysłała list z poczty mieszczącej się w sąsiednim budynku. Po tygodniu list nie przychodził. Udała się więc na pocztę i zrobiła awanturę, w której następstwie udało się ustalić, że na skrzynce, do której wrzuciła list, była przyczepiona kartka z napisem pomoc dla powodzian. W czasie obiadu Ewa usiłowała mnie ubezpieczyć i namówić do przyjęcia intratnej posady przy sprzedaży szminek.

10 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Byłem z Oksaną na spacerze w Wilanowie. Nie zabrała Iwana, bo, jak mi powiedziała, miał swoje sprawy. Kiedy wróciła do siebie, pochwaliła się chłopakowi, że postawiłem jej bilet do muzeum. Padło oczekiwane przez Oksanę pytanie: Dlaczego obcy chłopak kupuje ci bilet? Padła też przygotowana odpowiedź: Bo jestem biedna!

12 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Zadzwoniła pani Bożena - właścicielka domu, w którym Oksana z Iwanem wynajmują mieszkanie, a właściwie przerobiony na mieszkanie garaż. Podpity głos spytał, co chciałbym zjeść na obiad, który pani Bożena chciałaby przygotować 14 sierpnia, w czwartek. Zażyczyłem sobie bigos z dziczyzną i karkówkę pieczoną. Zostałem zobowiązany do kupienia półlitrowej butelki wódki. Pani Bożena jest alkoholiczką.

14 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Oksana przyszła bez pani Bożeny. Poprzestaliśmy na kanapkach, niestety. Oksana chce studiować, ale jest problem, bo nie skończyła technikum. Kiedy była w drugiej klasie, wybuchła na Kaukazie wojna i trzeba było uciekać. Rozdzielili się. Oksana z matką przyjechały do Lwowa, ojciec gdzieś do Rosji, nie ma z nim kontaktu. Oksana nie mogła kontynuować nauki w technikum, bo słabo znała ukraiński, a poza tym musiała zarobić na utrzymanie. Przez dziesięć lat trochę odłożyła i wreszcie może pomyśleć o studiach. To ostatni moment, zanim zostawione na Ukrainie dziecko Oksany podrośnie i będzie wymagało większych nakładów. Oksana postanowiła więc w Kijowie kupić odpowiednie zaświadczenie, że ukończyła technikum, i z tym dokumentem rozpocząć studia w Polsce. Już teraz chce usiąść do książek. Prosiła, żebym nauczył ją korzystać z katalogu. I właśnie to była przyczyna, dla której umówiła się ze mną w bibliotece na 19 sierpnia, czyli na wtorek.

19 sierpnia 2003 r., wtorek; Warszawa
Godzinę przed wizytą Oksana zadzwoniła i odwołała spotkanie. Niespodziewanie postanowiła zrealizować odkładany od miesięcy pomysł wyjazdu z dzieckiem na Krym. Zostawiła mi ciekawy adres. Dziadek Tupski mieszka w Kobyłce pod Warszawą. Ów człowiek bardzo kiedyś jej pomógł. Przyjął pod swój dach, za niewielkie pieniądze, i załatwił pierwszą pracę.

24 sierpnia 2003 r.; Kobyłka
Nie zastałem Dziadka Tupskiego.
- Tato zawsze był człowiekiem pogodnym, ale teraz na starość to już umysł nie ten - powiedziała córka.
Wyjechał w Polskę. Kupił gdzieś na wschodzie parcelę, najął ludzi i buduje dom. W podróż wyruszył niezarejestrowanym samochodem, bo Dziadek Tupski ma już 83 lata i z kryminału kpi. Ani żony, ani córki Dziadek Tupski nie poinformował, gdzie dokładnie kupił parcelę. Wiadomo tylko, że gdzieś w stronach, z których pochodzi, czyli nad rzeką Bug. Być może wie coś na ten temat syn Tupskiego, który także gdzieś wyjechał i wróci w poniedziałek. Dziadek Tupski ma na imię Jan.



25 sierpnia 2003 r., poniedziałek; Warszawa
Syn Jana Tupskiego się nie pojawił. Telefon odebrała żona Jana. Potwierdziła, że mąż wielu Ukraińcom pomógł. Ale od dwóch lat zapadł na zdrowiu, przeszedł kilka operacji i teraz Ukraińców nienawidzi. Do tej przemiany przyczyniła się też jakaś kradzież i drobne chamstwo. Jan Tupski pochodzi z Koterki.

26 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Śniło mi się, że Ines zamieniła się w potężną kobietę z kwadratową szczęką i że zupełnie nie wiedziałem, jak z nią rozmawiać.

27 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Astrologowie z całego świata zgromadzeni w namiocie w centrum Phnom Penh ostrzegają, że dzisiejsze zbliżenie Marsa do Ziemi zapowiada w najbliższym czasie serię katastrof.

28 sierpnia 2003 r.; Warszawa
W internecie szukałem rozkładu jazdy kolei, żeby sprawdzić, czy do Koterki dociera kolej. Przy okazji internetowa wyszukiwarka wypluła reklamę strony internetowej nie związanej z koleją:
SEXOLATY, onanizm,
sado-maso, sado, maso,
wolność, medycyna, sperma,
cipa, cipka, cipeczka,
libido, zboczenia, młodość,
autorytet, sens życia, szczęście,
rozkosz, miłość,
łechtaczka,
walenie...


29 sierpnia 2003 r.; Warszawa
Wyjąłem ze skrzynki zaproszenie do odwiedzenia Bazyliki Serca Jezusowego w Licheniu. W ofercie: atrakcyjna prezentacja wyjątkowych produktów z możliwością ich zakupu. Chętnie bym z prezentacji skorzystał. Niestety Jan Tupski pojechał w przeciwnym kierunku niż Licheń. A przecież jutro ruszam do Koterki go szukać.



Część 2


30 sierpnia 2003r.; Koterka
godzina 20
W barze poruszenie. Janek zauważył, że wszystkie miejscowe kobiety szukają farby do włosów, a farby brak. Nie wie, czy jest to następstwo zbliżenia Marsa do Ziemi, czy jakaś zapowiedź. Janek pracuje w Warszawie na budowie. Do Koterki przyjeżdża na weekend, na seks. O Janie Tupskim nigdy nie słyszał. Podobno najlepiej zorientowanym w wiosce człowiekiem jest staruszek o przezwisku Dziennikarz. Jeśli Tupski kiedykolwiek miał coś z wioską wspólnego, to Dziennikarz będzie o tym wiedział.

31 sierpnia 2003 r.; Koterka
godzina 13
Właśnie kiedy przybyłem do pałacu, rozpoczynało się spotkanie Towarzystwa Przyjaciół Koterki. W atmosferze nieobecnych luster i oskubanych złoceń dawnej sali balowej, na kolorowych krzesełkach wypożyczonych ze szkoły, rozsiadło się kilka niemrawych osób. Trzeba było wybrać prezesa Towarzystwa. A tu wszyscy w niedoczasie i nikt się nie kwapi, żeby tę funkcję przyjąć. Nagle otworzyły się drzwi. Wszedł siwy przygarbiony starzec. Podszedł prosto do Hrabiny i przedstawił się: Jan Tupski. Hrabina odskoczyła, bo jego oddech śmierdział. W swoim obszernym wystąpieniu Jan Tupski wskazuje na złą sytuację Polski, o czym ma między innymi zaświadczać sytuacja konserwatorów pomp, którzy mają coraz mniej klientów, ponieważ ludzie wolą sprowadzać z zagranicy nowe pompy, niż naprawiać stare w zakładzie, który prowadzi jego zięć, pod Warszawą. Analizując sytuację gospodarczą Polski, sięga do czasów pierwszego sekretarza partii komunistycznej Władysława Gomułki:

Za Gomułki puste półki
Ni szyneczki, ni kiełbaski
Tylko gumki na kutaski
I globulki do cipeczki
I koreczki do dupeczki

Potem przechodzi do czasów następcy Gomułki, czyli Gierka, kiedy to lud miał się modlić słowami:

Nie będę kradł
Nie będę jadł
Ani szyneczki
Ani żeberek
Tak mi dopomóż Gierek.

W końcu wraca do czasów współczesnych konkluzją, że w Polsce brakuje kapitału, a przecież od samego mieszania herbata słodyczy nie nabiera.
Jan Tupski przyjechał swoim nierejestrowanym samochodem z Sutna, wioski oddalonej o kilka kilometrów od Koterki. Wozi ze sobą drabinę, bo jest poręczna i ktoś mógłby ją zachwycić i ponieść. Rzeczywiście buduje tam sobie dom i zaprasza, żeby go na budowie odwiedzić. Jan Tupski zupełnie nie był zainteresowany, kto ostatecznie zostanie prezesem Towarzystwa Przyjaciół Koterki. Opuścił pałac zaraz po swoim wystąpieniu, pomrukując: Tu się z pewnością już nic ciekawego nie zdarzy. A były to słowa prorocze.

godzina 15
Podczas zwiedzania ruin pałacu letniego rzucił mi się w oczy napis wykonany sprayem na murze nad drzwiami jednej z sal: Pracownia Artystyczna. We wnętrzu wiele przedstawień kopulujących par, także sprayem na ścianie. Nad całą tą orgią panował wizerunek namazany na lewo od drzwi. Przedstawiał diabła z kozią bródką i odwrócony krzyż.

godzina 18
Ciężko dojechać z Koterki do Sutna - wioski, w której buduje swój dom Jan Tupski, bo jest tylko jeden autobus dziennie, o niedogodnej porze. Znacznie łatwiej pojechać rowerem. Stąd decyzja, żeby pożyczyć rower. Poszedłem ugadać sprawę w barze. W barze atmosfera niesprzyjająca załatwianiu spraw. Dziarski młodzian, do którego zwracano się przezwiskiem „Słoniu”, miota wzrokiem, szukając osoby, którą mógłby pobić. Złorzeczy przy tym straszliwie. (Chuje jebane! Kurwa! To są chuje złamasy!) Z dalszej wypowiedzi wynikało, że inny klient baru skoczył na niego jak małpa, wypierdolił Słonia, po czym sam spierdolił. Słoniu dał się zaskoczyć - stąd jego frustracja. Niezależnie od potrzeby szybkiego odreagowania już syci się perspektywą zemsty: Jezus Maria, jak ja go zobaczę kurwa, niech z matką jadę, z moją mamą kochaną, do Koterki, jak go zobaczę, to go zapierdolę normalnie kurwa, jak będę trzeźwy nawet. On przegrał życie!
Oczywiście że nie chciałem przegrać życia, dlatego starałem się jeść swoją fasolkę i nie rzucać w oczy. A jednak dostrzeżono mnie.
- Nie gniewaj się, że tak brzydko mówimy - zwrócił się do mnie kompan Słonia.
- A co ma się gniewać?! - wrzasnął Słoniu. - On ma swoje życie, my mamy swoje życie. On kurwa studiuje, on ma kurwa swój świat, a my jesteśmy pachołkami, którzy musimy na niego pracować. Też mamy swój świat. No nie?


godzina 20
Ponieważ w barze nie szło dziś nic sensownego załatwić, postanowiłem udać się do Dziennikarza i jego spytać o rower. Okazało się, że roweru nie ma. (Wypatrzyłem, że stał jakiś rower oparty o płot, ale oczywiście nie mam pewności, czy to był jego rower, choć jestem pewien, że nikt w tym czasie Dziennikarza nie wizytował.) Dziennikarz autorstwo Pracowni Artystycznej przypisał Łukaszowi, słuchaczowi Lubelskiej Szkoły Plastycznej, autorowi wizerunku Chrystusa w koronie cierniowej, który wisi w kościele, synowi fryzjerki. Dziennikarz strasznie zżyma się na powrót Hrabiny. Przed wojną jego ojciec pracował dla jej ojca. Ładował drzewo z wyrębu na wozy. Była zima. Spocił się. Zaziębił. Umarł. Miał 28 lat. Hrabia usunął wtedy wdowę z czwórką dzieci z mieszkania i przydzielił ich do jednego pokoju, w którym już mieszkała jakaś rodzina. Z 56 arów nie byli się w stanie utrzymać. U hrabiego za cały dzień pracy można było zarobić 50 groszy. Póki jeszcze zapasów trochę żywności było po ojcu, to jeszcze, jeszcze, potem był głód. W tym czasie hrabia przebudował pałac w Koterce i kupił kolejny, w Warszawie. Historia jest za szczera. Uraz został. Hrabia uciekł za granicę zaraz po wybuchu wojny. Rosjanie zajęli wioskę na pięć dni, zanim weszli Niemcy. Kiedy rabowali pałac, Dziennikarz zakradł się do magazynów serów hrabiego i miał możność ich pokosztować. Pierwszy raz zamieszkał w pałacu, kiedy Niemcy spalili wieś w odwecie za zabicie żołnierza. Ci, którzy przeżyli pożar, poszli mieszkać do pałacu. Odbudowywali się i stopniowo wyprowadzali, zabierając okna, meble i drobiazgi. Wtedy Niemcy kolejny raz spalili wieś, tym razem dla żartu. Zamoczyli kota w ropie, podpalili i puścili przez zabudowania. Ponownie wioska poszła mieszkać do pałacu. Ponieważ okna wcześniej porozkradali, więc pozabijali otwory deskami. Znowu się stopniowo odbudowywali i wyprowadzali. Pałac pustoszał i przestawał być komukolwiek użyteczny. Zniszczał więc.

godzina 22
Łukasz nie ma roweru, który mógłby sprzedać lub pożyczyć. Wypiera się autorstwa Pracowni Artystycznej. Rysunki zrobił Piotrek, jego kolega ze szkoły plastycznej, którego zaprosił na weekend. Rzecz w tym, że Piotrek wszędzie popodpisywał się inicjałami Łukasza i to do tego drugiego ksiądz w czasie kazania w kościele kierował uwagi o satanistycznych mszach w pałacu, w czasie których rzekomo pali się znicze i wylewa krew. Znalazło się kilku rosłych chrześcijan, którzy chcieli Łukasza nawrócić. Dwóch najbliższych kolegów Łukasza ze szkoły ma plany na życie. Pierwszy jest Świadkiem Jehowy. Planuje w związku z tym żyć pustelniczo i nie dotykać kobiet. Drugim jest Piotrek, ma plany przeciwne. Pisze rymowane piosenki. Jak twierdzi, poszukując rymów można sformułować myśl, do której by człowiek samą refleksją nie doszedł. Łukasz sceptycznie patrzy na plany obu kolegów, właśnie dlatego sam planowania unika. Oczekiwałby od znajomych, żeby się fajnie ubierali, dobrze bawili i oczywiście, żeby go otaczali.
Słucha reggae.
Hoduje pająka ptasznika.
Chciałby robić tatuaże. Wcale nie chodzi o to, że pociąga go skóra, że to praca na żywej materii, że ta powierzchnia oddycha i z wiekiem ulega deformacji. Nawet o tradycyjnej metodzie robienia tatuażu poprzez wbijanie w ciało z użyciem młotka drewnianych kołeczków mówi bez błysku w oku. Zostają tylko względy towarzyskie i materialne. Za mały tatuaż można dostać 100 zł.

1 września 2003 r.; Koterka
godzina 20
Poznałem w barze Krzysztofa. Krzysztof to jest Koterczak, co żył lub nie żył, przeżył lub nie przeżył. Ostatnio w życiu układa mu się źle, za co wini żonę:
- Zobacz, jak moje ręce wyglądają - pokazuje mi pochlapane dłonie. - Lakiery, Farby. Szpachle. Paznokcie poprzebijane. Głupia baba i koniec. Miałem dziewczynę nauczycielkę. Szalały za mną. Coś tam tego i tak dalej. Nogi rozkładały. Może bym i dobrze wybrał. Dużo lepiej bym wybrał! Ale tego tematu nie ma co ruszać. Jak sobie wybrałem, tak mam.
Krzysztof jest człowiekiem po czterdziestce, niskim, ale przystojnym. Rysy twarzy takie, jak na portretach z pałacu. Jeździł w latach 80. na Węgry handlować. Kupował koszule z pięknymi fotkami i nadrukiem Sabrina, Samanta albo Michael Jackson. Był taki szał, że na małej reklamówce koszulek zarabiał 300 dolarów. Przewożenie pieniędzy przez granicę było wtedy zabronione. Nigdy się nie udało celnikowi wytropić, gdzie Krzysztof chowa pieniądze:
- O ty znowu Kristof jesteś? Ty jesteś oszust. Gdzieś ty schował? - pyta celnik.
- Ja wiem, gdzie schowałem. Nie znajdziesz.
- Znajdę.
- Nie znajdziesz.
- Znajdę.
- Mam palinkę. - Krzysztof uśmiecha się i żartobliwie potrząsa palcem.
- A ty mi nie pierdol o palince, ja tu muszę znaleźć.

- I nie znalazł nigdy. Podwójne dno miałem w walizce, ale ja wiedziałem, że on tam będzie szukał. Ja miałem podwójną górę!


Teraz Krzysztof jest blacharzem i stąd te zniszczone dłonie. Klepał samochód taksówkarza, który woził sekretarza partii robotników. Z tej fuchy jest dumny, bo wyklepał jak trzeba. Z zarobkami gorzej. (Polityka naszego kraju tak się popierdoliła, że nic nam się nie opłaca robić.)
Po półgodzinie rozmowy Krzysztof zapewnił, że stałem się częścią jego życiorysu. Pochodzę z Warszawy, co zdaniem Krzysztofa zaświadcza, że znam życie, jestem więc świetnym partnerem do barowych dyskusji. Krzysztof zadeklarował się szybko rozwiązać mój temat rowerowy. Zna w sąsiedniej wiosce, w której prowadzi zakład lakierniczy, dziadka, który ma niepotrzebną damkę, bo dzieci kupiły mu rower górski, i z pewnością będzie można od niego tę starą damkę tanio kupić. Umówiliśmy się, że następnego dnia w południe zadzwoni i powie, co i jak. Podobno po wojnie Dziennikarz współpracował z komunistami. Niszczył prywatną inicjatywę, przeprowadzając bardzo drobiazgowe kontrole. Tak wykończył dwóch młynarzy w okolicy.



2 września 2003 r.; Koterka
południe
Krzysztof nie dzwoni. Zajrzałem do Historyka. Stary kawaler po czterdziestce. Obrażony na szkołę, bo w szkole zatrudniono młodego historyka. Pełny etat wynosi 18 godzin tygodniowo. W szkole w Koterce pracy jest na 12 godzin. Czyli obecnie na jednego historyka przypada po 6 godzin, a to oznacza cięcie po pensji. Ostatnio ciotka prosiła go o pośredniczenie w sprzedaży do pałacu kafli piecowych, które stamtąd po wejściu komunistów ukradła. Historyk poszedł z osiemnastowiecznym holenderskim kaflem, na dowód, że kafle ma, ale Hrabina ucięła rozmowę szybko: swojego kupować nie będę. Poczuł się parszywie i w pracy założonego przez Hrabinę Towarzystwa Przyjaciół Koterki raczej udziału już nie weźmie. Także z władzami nie chce mieć nic do czynienia. Chciał im sprzedać starą kronikę wsi, którą pożyczył od spadkobierców dawnego wójta i potem nikt się o jej zwrot nie upomniał. Władze nie były tym zakupem zainteresowane. To zdarzenie nawet, na krótki moment, zainspirowało go do myśli o emigracji. Swoją niechęć do gminy, szkoły oraz pałacu Historyk rozciągnął na archiwum, które gromadzi od lat. Dokumentuje ono historię Koterki i jej mieszkańców. Teraz, skoro z wioską nie chce mieć nic wspólnego, karmi się planem spalenia archiwum. Z pewnością gdyby zrobił to dziś, nikt w wiosce by tej straty nie dostrzegł. To wkurza go najbardziej. Spalenie musi więc odłożyć w czasie, a przecież w takich przedsięwzięciach człowiek bywa niecierpliwy. Historyk ma stary rower, z którego nie korzysta, bo potrzebuje roweru lepszej klasy niż ten, co ma, i kiedy chce sobie pojeździć, to taki lepszy rower pożycza od sąsiada, który z pewnością mi by tego roweru nie pożyczył - zapewnia Historyk. Dlatego zaproponował pożyczenie nieużywanego roweru. Zażądał przy tym rozmaitych dokumentów oraz referencji na piśmie, których niestety nie posiadałem, więc sprawa pożyczenia od niego roweru zdechła.

godzina 20
Spotkałem Krzysztofa w barze. Znowu była tylko fasolka. Krzysztof przypomniał sobie wczorajszą obietnicę i bardzo przepraszał za jej niedotrzymanie. Nie zadeklarował się w sprawie dalszej pomocy w kupieniu roweru, a ja nie naciskałem, skoro miałem do czynienia z człowiekiem niesłownym. Znów zaczął wspominać swoją młodość:

W tamtych czasach
Na osiemdziesiątym piętrze
Po balkonach jak małpa pomykałem...


Po tym wstępie opowiedział tę samą historię co wczoraj, więc to była zapewne jakaś ważna dla niego sprawa. Rzecz dotyczyła awantury w warszawskiej restauracji.
Na Żoliborzu
Na Starej Baśni sześć>
Żeśmy wojnę zaczęli taką
Że się Krzysiek zrzygał w łazience

Kelner do mnie z pretensją
I od byle czego zaczęło się coś
Zaczął od chamów wyzywać
Mówię:
Chłopaki zaczynamy inną strefę
Wojna to wojna
Bijemy się

Kelner podchodzi - lufa
(Jak mu pierdolnąłem to witrynę zbił)
Drugi podchodzi - lufa
Trzeci podlatuje - lufa

Potem na balkon
I z balkonu w ogródek
A tam ktoś mi zapierdzielił kopa
Wywaliłem się

Patrzę - leży rurka
Powoli podniosłem
Odwinąłem się
Jak mu przypierdoliłem
(Nie wiem kto to był)
Wyłożył się

A ja przez niego
Przez tory
Popierdoliłem prosto do hotelu

To były czasy dobre
Ja cię pierdolę


3 września 2003 r.; Sutno
Idąc lasem od Koterki, w Sutnie, przy starym dębie, obok krzyża, trzeba skręcić w lewo. Stąd już widać łysy pagórek, na którego szczycie kleci swoją bajkę o domu Jan Tupski. Używa desek podłogowych z rozebranego domu, eternitu, blach ocynkowanych, płyt wiórowych i wieloskrzydłowych drzwi od sklepu przy ulicy Foksal w Warszawie. Twierdzi, że ten dom jest mu bardzo potrzebny.
W szczycie domu Jana Tupskiego jest dziura. W przyszłości zmieści w niej drewniany element architektoniczny odziedziczony po śmierci kolegi. Element ów przywiózł kolega ze Lwowa, kiedy go wysiedlali, i w Warszawie wykorzystywał jako domek dla ptaków. Jan Tupski chce wyłożyć element wyprasowaną folią aluminiową, zainstalować w szczycie domu i zmieścić w nim figurkę Matki Boskiej.

4 września 2003 r.; Sutno
poranek
Od samego rana Jan Tupski zapędził mnie do roboty.
Rządzi ostro:
- A tu jest dziura... Daj deskę. Ta deska niedobra. Daj tamtą, z zacięciem. Ale uczesz ją najpierw. No, weź siekierę i uczesz trochę tę deskę.
- Ja walę z tej, ty z tej. No, wal teraz. No, bij gwoździa. No, bij! ZABIJ! No! No jeszcze! I starczy! STARCZY! Z tego się nie strzela.
- Nie możesz tego trochę ulżyć do góry?


5 września 2003 r.; Sutno
Jan Tupski swoje kontakty z Ukraińcami zaczął od Ani, którą spotkał w sklepie. (Ona nasza pierwsza lokatorka była Ukrainka.) Wypytała go, gdzie mieszka i co porabia. Jan Tupski wzbudził zaufanie dziewczyny, zwierzyła mu się więc ze swojego zmartwienia. Jak większość jej rodaków przyjechała do Polski pracować na czarno. Wynajmuje kwaterę razem z czterema młodymi Ukraińcami, którym nie ufa, boi się więc trzymać zarobione pieniądze w domu. Jan Tupski zaproponował, żeby pieniądze trzymała u niego. (Przyjdziesz do żony, żona od ciebie weźmie, gdzie schowa, to mnie nic nie obchodzi. Żona jest i rano, i wieczór, ja nie zawsze jestem w domu.) Ania jeszcze tego samego wieczora pieniądze przyniosła. Kilka dni później stawiła się u Tupskiego z walizką. Okazało się, że jej współlokatorzy zadzwonili za cztery tysiące złotych. Gospodarz ich wszystkich wygnał i Ania nie ma gdzie mieszkać. Płakała. Została przyjęta. Kiedy kilka miesięcy później Ania wyjechała na wakacje na Ukrainę, przy furtce Jana Tupskiego stanęły trzy młode Ukrainki. Dostały adres od Ani i chciały się u Jana Tupskiego zatrzymać. (No i przyjechali, stoją w bramie, ja przyszedłem się ich zapytać, czemu nie idą dalej. Oni nie znają. Dostali adres od Ani, że tu można się zakwaterować. A ja mówię: No, ja nie wiem. Żony nie ma. Ja sam, tego... Nie wiem, nie wiem...) Panie wszczęły lament:
- Panie, jak by my znali, że wy nas nie weźmiecie, to by my nie jechali wcale!
Jakoś nawinął się zięć Tupskiego. Wylegitymował je. Nadia uczycielka. Marylka studentka. Stenia księgowa.
- Na długo? - spytał zięć.
- Na miesiąc - odpowiedziały panie.
- Dziadek, bierz, nic nie gadaj.
Zostały przyjęte. Stenia znalazła pracę w piekarni. Pozostałe jeździły sprzątać na Warszawę. Uczycielka pojechała po miesiącu, bo się zaczynała szkoła. Marylka i Stenia przedłużyły sobie jeszcze o dwa tygodnie. Kiedy wyjechały, przed furtką Jana Tupskiego stanął Igor, syn Steni (mater moja tu była...). I tak to się kręciło do zdarzenia, jakie miało miejsce w lutym tego roku.
To była taka tragedia, że o pierwszej w nocy wpadł na podwórze Ukrainiec i zaczął łomotać do drzwi, żeby go niezwłocznie wpuścić. Nie został wpuszczony, bo nikt go nie znał, a pora i okoliczności nie sprzyjały zawieraniu znajomości. Chwilę po tym dopadła go sfora mężczyzn i zaczęła tłuc (tłukli ile wlazło, on tak upadł, skulił się, a oni go bili gumami, młotkami...). Potem uciekli, a on leżał ten Ukrainiec i krew na pobitej szybie, bo on koniecznie chciał się do środka dostać. Całe zdarzenie obserwowała żona Tupskiego. On w tym czasie twardo spał. Zbudziła męża i mówi:
- Leży człowiek, szkło pobite, zabili człowieka, leży człowiek, wstawaj.
Wstał, poszedł obejrzeć zabitego człowieka i stwierdził, że na trupa nie wygląda. (Na trupa on nie pokazywał.) Jan Tupski ma pewną wiedzę w tym zakresie, bo przecież był na froncie. (Ja trupów widziałem na froncie. Trup nie leży spokojnie! Zdrowy człowiek jak go zabiją, to musi się świergać, pręgować, nogami, rękami, głową czasami wali. O! Taka jest sprawa. A on spokojnie tak leżał.) Zadzwonił po pogotowie i policję. Kiedy wrócił na schody, trupa już nie było. Uciekł. Ani policja, ani pogotowie go nie znalazło. Szukali w budynkach gospodarczych, tymczasem trup się schował gdzie indziej. (On taki frajer, żeby się schować gdzieś do budynku?) Odjechali, a Jan Tupski rozpoczął własne poszukiwania. Znalazł oczywiście. Potem dowiedział się, że Ukrainiec był winowat. Ale czym zawinił, to się już nie interesował. (Czy my mamy czas w swoim wieku dochodzić, czym on był „winowat”? Czasami to się mówi: a pies im mordę lizał. Bez niczego by go nie bili.)

Spałem w domku Jana Tupskiego. Nocą szron osiadł mi na włosach. Trzeba wracać do domu leczyć przeziębienie.



6 września 2003 r.; Koterka
W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę w Koterce. Przed sklepem stali kudysie, tj. alkoholicy, i wspominali lipę: Ona była wolna. Ona krzywo stała, obserwowała, co tu się dzieje. Te wszystkie radości. Te wszystkie wesela, te wszystkie pogrzeby, tych wszystkich pijanych... Lipa rosła przy rozstaju dróg. Była bardzo stara. Istotnie miała tę przedziwną właściwość, że zamiast zawłaszczać niebo, wolała płożyć się po ziemi, wokół krzyża i zaglądać. Ścięto ją ostatnio przy poszerzaniu drogi.

7 września 2003 r.; Warszawa
W skrzynce zastałem list od pani redaktor w sprawie rozdziału III. W ocenie pani redaktor historia o znalezieniu listów w pociągu sugeruje, że wszedłem w ich posiadanie nielegalnie. Dlatego, zdaniem pani redaktor, warto byłoby napisać, jak było naprawdę, bo prawda kryje wątek osobisty, który mógłby w książce scalić elementy, które miejscami są ze sobą powiązane bardzo luźno, albo wcale.
Tak więc prawda jest następująca:
W 1992 r. w Krakowie zmarł mój wujek. Pomagałem ciotce porządkować papiery, jakie po sobie zostawił. Przy tej sposobności znaleźliśmy archiwum d’Abancourtów. Wujek był ostatnim z d’Abancourtów i po kądzieli. Nie miał dzieci i krewnych ze strony matki. Ponieważ ani ja, ani ciotka do tej rodziny nie przynależeliśmy, powstała wątpliwość, czy jesteśmy uprawnieni, żeby w odnalezionych papierach węszyć. Nieotwarta skrzynia spoczęła w piwnicy.
Kilka lat później podróżowałem rowerem po Ukrainie. Pewnego razu wieczór zastał mnie w zapadłej wiosce nieopodal Buczacza, w Jazłowcu. Przenocowałem w ruinach miejscowego zamku. Rano odkryłem, że w jednym ze skrzydeł żyje zakonnica, s. Annuncjata, niegdyś matka generalna niepokalanek, która opuściła Polskę rozczarowana lokalnym kapitalizmem (wolę tutejszą biedę...). To od niej usłyszałem o błogosławionej Marcelinie. Nie potrafię dziś powiedzieć, co takiego zainteresowało mnie w osobie Marceliny, że postanowiłem poznać jej losy.
Figurka świętej Tereski w kościele św. Bartłomieja w Drohobyczu ponagliła mnie w sprawie niepokalanek. Znów pojechałem do Jazłowca. Następne miesiące poświęciłem studiowaniu żywota błogosławionej. I właśnie przy tej sposobności w archiwum niepokalanek w Szymanowie natknąłem się na informację o wychowance niepokalanek Helenie d’Abancourt oraz o dwóch zakonnicach o tym nazwisku (siostrze Szczęsnej i siostrze Ksawerze).
Pojechałem do Krakowa, zszedłem do piwnicy i otworzyłem skrzynię. Wnętrze zawierało listy błogosławionej Marceliny do Ksawerego d’Abancourta. Szybko znużyła mnie ich lektura. Jako że w tym czasie dojrzał już mój związek z Ines, bardziej ciekawiło mnie, co do siebie pisali małżonkowie, Aniela i Ksawery.
Oczywiście także w osobie Ksawerego, jak zresztą w każdym z bohaterów tej książki, odnalazłem detale, które mnie mocno obeszły, ale to zbyt osobiste, żeby się z tym obnosić.

8 września 2003 r.; Warszawa
Oksana dzwoniła. Wróciła z Ukrainy. Na Krym ostatecznie nie pojechała. Posiedziała we Lwowie tydzień i wróciła wczoraj wieczorem. Iwan pojawił się dzisiaj rano. Znalazł sobie dziewczynę dwa domy dalej. Jest osiem lat od Oksany młodsza. Polka, co w przypadku ślubu ułatwiłoby mu zdobycie wizy wjazdowej do Polski. Iwan zapowiedział, że dniami będzie zaglądał do Oksany, ale nocami woli niepokoić młodszą. Oksana straszliwie mu naurągała. Iwan mruknął tylko, że największymi obelgami go nie przebije. Oksana koniecznie chce zapoznać mnie z obrzydliwością swojego związku z Iwanem. Żąda, żeby to OPUBLIKOWAĆ.

9 września 2003 r.; Warszawa
Bankier dzwonił. Opowiedziałem mu o Hrabinie z Koterki, która po upadku komunistów wróciła do pałacu, remontuje go, rozkręca interesy i daje ludziom pracę, choć z finansami u niej krucho, bo odzyskując pałac, nie odzyskała majątku, który niegdyś zarabiał na jego utrzymanie. Rzecz w tym, że ludzie nie bardzo tę pracę cenią. Może dlatego, że Hrabina kiepsko płaci, a może dlatego, że Hrabina ich nie lubi za to, że popsuli jej pałac?
- Na jej miejscu kupiłbym największą fabrykę w okolicy - powiedział Bankier.
- Po co?- Żebym ją mógł zamknąć.
- Po co?
- Żeby ten lud nie miał pracy.
- A co to da?
- Rewolucję.
- Ale wtedy by ciebie wyrżnęli?
- Zaletą rewolucji jest, że lud wyrzyna się sam.
- Czy od tego nie przybywa dobrze pracujących robotników?
- Wielkie idee nie muszą być spójne.
- A znasz spójną?
- Trzeba wprowadzić niewolnictwo, które nauczyłoby lud pracować.
- Nie jesteś społecznie wrażliwy.
- To prawda, nie jestem społecznie wrażliwy. Jestem Dydaktykiem.


10 września 2003 r.; Warszawa
Jutro Ines wraca.


Reportaż pochodzi z książki Adama Płocińskiego pt. "Trakt"
wydawnictwo Pogranicze, 2004

WIOSNA 2005  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni