wiosna'05
str. 1



publicystyka  strona główna


Warsztat

jolanta krysowata


      Turniej Reportażu wymyśliła Przylepa czyli Ewa Obara-Grączewska, polonistka z Oleśnicy. Zanim została panią nauczycielką sama chodziła do ogólniaka i się nudziła. Dlatego trafiła do Klubu Dziennikarzy Młodzieżowych (od lat świętej pamięci) i ćwiczyła się w dziennikarskim rzemiośle. Tam się poznałyśmy.
      Potem przyszły studia, tzw.dorosłość i tzw. dorosłe decyzje, które częściej zależały od okoliczności niż od nas. Ja zostałam dziennikarzem, a ona polonistką. Trafiła na drugą stronę szkolnej barykady i znowu zaczęła się nudzić. Dlatego wymyśliła Turniej Reportażu dla uczniów szkół średnich. Dziś mówi się „ponadgimnazjalnych”, bo przyszła reforma szkolnictwa i coś, co brzmi tak fatalnie (jak glista ludzka lub kisiel w zlewozmywaku) jest formalnie i polonistycznie poprawne.
      Po trzech latach Przylepa przeniosła się do Wrocławia. Turniej zabrała ze sobą, bo był jej. Dziś gospodarzami Turnieju są: X LO i Klub Firlej we Wrocławiu. Medialnie dopieszczają go Polskie Radio Wrocław, Gazeta Wyborcza, Telewizja Wrocław i Wędrowiec. Dolnośląska polityka, (bez względu na opcje) hołubi i patronuje. Marszałek, Wojewoda, Kurator i wszyscy mądrzy w sprawie są za i błogosławią. Są też sponsorzy, żeby laureaci nie zostali z dyplomem w ręku i ciepełkiem na sercu.
      Po co Przylepie ten ambaras? Mówi, że nie może znieść szkolnego sposobu na wszelkie pisanie. Młodzi ludzie zamiast się buntować odtwarzają lekturowe wzorce, podrabiają Marysię Konopnicką (sama Konopnicka to nic złego, ale podróba to podróba!) i za co by się nie wzięli wychodzi im rozprawka lub elegia. Tak jakby język pisany nie mógł być naturalny. Tymczasem trzeba umieć i jedno i drugie. W Turnieju nagradzamy to drugie. Przykłady tego, co spośród setek prac można wybrać, znajdziecie poniżej.
      Każdy z nas, jurorów (kolejne fatalne słowo, kojarzy mi się z nieświeżym żurkiem, którym się zatrułam w dzieciństwie na obozie wędrownym we wsi o adekwatnej nazwie Regulice koło Alwerni) ma swoją koncepcję, swoją wizję reportażu. Wiadomo, nigdy nie jest tak, że w każdej sprawie wszyscy mają pełną rację. Dlatego każdy przedstawi swoją. Zacznę od siebie. To nieszkodliwe wymądrzanie. Można z niego wziąć, co się chce. Można nie brać nic. Ale przeczytać nie zaszkodzi. Słowo jurora to nie talerz żurku w Regulicach. Nie odwadnia.


Kazanie na dole

      Dawno, dawno temu, kiedy byłam w wieku obecnych uczestników Turnieju Reportażu, uczyłam się dziennikarskiej sztuki w Klubie Dziennikarzy Młodzieżowych. Dzięki temu wyjeżdżałam na warsztaty, odbywałam praktyki w poważnych gazetach i jeździłam w delegacje. Meldowałam się w hotelach na podstawie legitymacji szkolnej, bo dowodu osobistego jeszcze nie miałam. Dziennikarzem chciałam być od zawsze, ale dlaczego tego chcę, przekonałam się w czasie jednej z takich delegacji właśnie.
      Znajomy fotoreporter z Mławy dał mi znać, że w jego rodzinnym miasteczku wystąpiła inwazja godna Hitchcocka. Chmary ptaków zawisły nad Mławą i nie chciały odlecieć. W ślad za nimi zlecieli się ornitolodzy i inni znawcy przyrody. Dziennikarza zaś ani jednego. Byłam więc pierwsza i jedyna.
      Już na miejscu przekonałam się, czym różni się Mława od scenerii z filmu Hitchcocka. Ptaki z horroru zadziobywały ludzi na śmierć. Ptaki z Mławy zapaskudzały okolice równie bezlitośnie. Na miasto, domy, chodniki, ulice i place lał się nieustający deszcz. Gęsty i śmierdzący. Służby miejskie nie podejmowały nawet prób uprzątania tego, co wciąż lało się strumieniami z góry. Z domów wychodzili tylko ci, którzy naprawdę musieli. Wyglądali komicznie pod parasolami, których nie można było odstawić do suszenia w przedpokoju czy korytarzu. Ja parasolki nie miałam (błąd w dokumentacji), a w miejscowym sklepie zabrakło ich już w pierwszym dniu inwazji. Przebiegałam więc przez Mławę z gazetą na głowie wypatrując jakiejś budy, pod którą mogłabym się schronić i pomyśleć. Los zdarzył blaszany kiosk z biletami autobusowymi. Przedstawiłam się panu z okienka, wpuścił mnie do środka ze zrozumieniem. Opowiadał, że to trwa już kilka dni, że diabli wiedzą, co to za ptaszyska i dlaczego zatrzymały się w Mławie, a właściwie nad Mławą. Ludzie mówią, że to chyba ruskie wrony, które wyhamowały, zamiast lecieć dalej na sezon i że to oznacza, że widocznie u Ruskich coś się dzieje politycznego, dlatego one wolą przeczekać w Polsce. Ta teoria spodobała mi się najbardziej. Już zachodziłam w głowę jak ją sprzedać w gazecie. Były lata 80-te i napisanie, że w ZSRR dzieje się coś tak złego, że nawet wrony zawracają, nie wchodziło w grę!
      Wtedy zdarzyło się coś dla mnie najbardziej istotnego. Choć nie miało nic wspólnego ani z wronami, ani z Mławą ani ze Związkiem Radzieckim. Do okienka podeszła pani pod parasolką i poprosiła o bilet. Każdy z nas tysiące razy w życiu to robił. Każdy wie jak wygląda kiosk od strony okienka. Wszyscy niezliczoną ilość razy pochylaliśmy się do odsuwanej szybki, mówiliśmy krótkie zdanie, dawaliśmy jakiś pieniądz i czekaliśmy na resztę. Ja wtedy w Mławie zobaczyłam kiosk oczami kioskarza. Głupkowato wygląda człowiek, który dyga przed okienkiem, rękę po bilet i resztę wyciąga jak po jałmużnę, a jeśli się uśmiecha, to z tej pozycji (środka kiosku) nie wygląda to grzecznie, ale służalczo. Fakt, że tym razem dygnięciu klientki towarzyszył parasol oblepiony ptasimi odchodami, że w blaszany dach budy bez przerwy walił gęsty deszcz, którego charakteru byłam świadoma, a zapach uświadamiał mi się bez przerwy, dodawał tylko pikanterii całej sytuacji[zmiana szyku]. Nie stanowił o jej wyjątkowości. Oto ja, uczennica jedynego Liceum Ogólnokształcącego w Wołowie, dojeżdżająca z Wińska (a więc automatycznie gorsza, bo ze wsi), nastolatka, w roli pani redaktor oglądam oczywistą, zwyczajną, pospolitą wręcz rzeczywistość z zupełnie innej strony. Nie jestem klientem kiosku, ale kioskarzem. Mam przy tym ostrość widzenia większą niż on, bo nie robię tego przez 8 godzin dziennie, aż do emerytury. Przeciwnie. Wpadłam tu na chwilę w imieniu wszystkich klientów wszystkich kiosków w Polsce, żeby im powiedzieć jak jest po drugiej stronie.
      Dziś nie pamiętam, jakie wnioski wyciągnęli naukowcy, ornitolodzy i inni badacze przyrody z inwazji ptaków na Mławę. Wiem, że wrony (według koncepcji kioskarza – ruskie), znikły równie nagle i niespodziewanie, jak przybyły. Natomiast widoku kiosku od strony kioskarza, wyglądu klienta od strony odsuwanej szybki, nie zapomnę nigdy. Od tego śmierdzącego, lepkiego mławskiego dnia, nie miałam już wątpliwości, dlaczego chcę być dziennikarzem. I jaka forma twórczości będzie dla mnie najważniejsza. Jaki gatunek zmieści historię Mławy, wron, parasolek, kiosku i Związku Radzieckiego jednocześnie. Reportaż. Oczywiście, że reportaż.
      Każdy z nas zna, choćby ze słyszenia, biblijny "Hymn o miłości". A gdyby tak słowo „miłość” zamienić na wyraz „reportaż”? Co nam wyjdzie?
      Że to on „(…) cierpliwy jest, dobrotliwy, nie zazdrości, nie jest chełpliwy, nie nadyma się. Nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego,(…). Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się raduje z prawdy. (…) wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi. (…) nigdy nie ustaje.”
      Reportaż to nie żarty, nawet, jeśli temat jest komiczny. Jeśli ktoś z was ma talent, tzw. lekkie pióro, a historie same mu się piszą i są piękne, niech zostanie pisarzem. Reporterem może być tylko ten, kto potrafi zrezygnować z każdego pięknego pomysłu, jaki wychodzi mu spod pióra, jeśli tylko nie jest on zgodny z prawdą o konkretnym człowieku, wydarzeniu, miejscu, sprawie, fragmencie wszechświata.
      Wiem po sobie jak trudne to bywa. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo.

WIOSNA 2005  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni