lato'05
str. 1  



publicystyka  strona główna



Gospodarka ekologiczna w komunitaryzmie

ruediger heescher


Gdy w swym niedawnym szkicu wezwałem do szerszego uwzględnienia w naszej dyskusji treści libertariańsko-anarchistycznych, wiele osób - jak się zdaje głównie młodych - zwróciło się do mnie z prośbą o więcej informacji na ten temat. Wielu z nich nigdy o czymś takim nie słyszało. Pytano o szczegóły. Chciałbym jednak ograniczyć się tutaj do punktu dla nas najważniejszego: ekologicznego gospodarowania w systemie komunitarystycznym, o którym w USA mówi się już wprost jako o modelu libertariańskiego anarchizmu i który jest tam już także w pojedyńczych komunach praktykowany.

Od czasu "zielonego projektu" (początki niemieckiej partii Zielonych - przyp. tłum.) postawiono gospodarce ekologicznej wiele wymogów. W trakcie tego procesu powstała też myśl, którą zamierzano urzeczywistnić w dwóch tysiącach niemieckich miast - bez rezultatu. Określeniem tamtej myśli na poziomie komunalnym jest Agenda 21.

O co, z "zielonego" jeszcze wtedy punktu widzenia, chodziło pierwotnie w zamyśle Agenda 21?

Już wtedy było zupełnie jasne, że nie można dłużej myśleć w kategoriach nieograniczonego wzrostu produkcji ani też kontynuować ustalonych toków produkcyjnych. Rynek ulegnie kiedyś nasyceniu, nie będą się też otwierały nowe rynki zbytu, a już na pewno nie na poziomie regionalnym. Należało więc oczekiwać, że wszystkie przedsiębiorstwa, aby mogły przetrwać, będą musiały skoncentrować się na innych rynkach zbytu; kapitalizm zależny jest bowiem od inwestycji i ekspansji. Bez wojen nie byłoby możliwe podbijanie nowych rynków ani też inwestowanie w powojenne procesy ich odbudowy. Już wtedy był to jednomyślny pogląd pokaźnej części światowej społeczności. Mówiła o tym lewica i doskonale wiedziała to prawica; ci drudzy jednakże temu zaprzeczali, gdyż udawało się jeszcze zachować pozory tego, że dzięki racjonalizacji i agresywnemu marketingowi można będzie wszystko utrzymać w obecnej formie. Teraz jednak widać, że racjonalizacja i najbardziej nawet agresywny marketing nie umożliwiają prowadzenia gospodarki przynoszącej zysk i podlegającej ciągłemu wzrostowi, który w pewnym stopniu pozwala na utrzymanie stabilnych układów społecznych.

Przypatrujemy się więc teraz efektom kapitalistycznego gospodarowania i większość z nas dziwi się, dlaczego już to nie funkcjonuje. Nawet w obrębie wielkich lewicowych formacji nie ukrywa się zdumienia wobec obecnego stanu rzeczy i chyba nie pamięta się już o pomysłach i wymogach, jakie w latach 70-tych i 80-tych były treścią alternatywnego gospodarczego rozumowania.

Jakaż to zatem idea kryła się za tym ładnie brzmiącym, obcojęzycznym słowem Agenda 21?

Otóż było nią dokładne przeciwieństwo idei neoliberalnej globalizacji. Jej przejawem jest komunitaryzm, praktykowany w nielicznych wioskach i miastach USA, będących dobrym przykładem na jej udane urzeczywistnienie. Nie chodzi tutaj o podważanie marksistowskiej teorii wielowartościowości, lecz o ekologiczne, solidarne gospodarowanie, które w ostatecznej kalkulacji byłoby bardziej efektywne i które służyłoby dobru objętego nim społeczeństwa. Dla bliższego wyjaśnienia kilka przykładów.

Jest rzeczą niezrozumiałą, dlaczego podstawowe artykuły żywnościowe, jakie produkowane są w każdym regionie, muszą być rzucane na szeroko rozumiany rynek europejski. Dlaczego np. mleko z "Muensterland" musi być dostępne nawet konsumentom w Austrii albo Bawarii? Czyżby Bawarczycy sami nie produkowali wystarczająco dużo mleka? Czy może mleko w Bawarii nie jest wystarczająco dobre, i dlatego trzeba tam sprowadzać mleko z okolic Muenster? Tak chyba raczej nie jest. Dlaczego więc nie wystarcza rozprowadzanie mleka z "Muensterlandu" w okolicach Muenster, tak samo jak mleka z Bawarii, w Bawarii? Już podczas transportu w chłodniach trwoni się bardzo dużo energii, no i zanieczyszczanie środowiska przez jeżdżące tam i z powrotem ciężarówki jest równie ogromne. Wszyscy znamy przepełnione autostrady, gdzie prawym pasem przeciąga nieprzerwany rząd ciężarówek, na lewym zaś ruch dławi się i co i raz tworzą się korki.

Czy jest też konieczne, aby regionalne produkty były "uszlachetniane" gdzie indziej? Kraby z Morza Północnego były od stuleci wyłuskiwane i rozprowadzane na miejscu. Najczęściej robiły to gospodynie domowe, które jeszcze przed dziesięcioma laty mogły sobie w ten sposób zarobić dodatkowe 10 marek za godzinę. Teraz kraby są przewożone w chłodniach bezpośrednio do Polski i tam dopiero wyłuskiwane przez polskich robotników. Następnie wyłuskane kraby przewożone są znowu na wybrzeże północne i stamtąd rozprowadzane dalej. Nie jest jednak już tak, że są one przeznaczane na rynek regionalny, lecz jako german shrimps transportuje się je samolotami nawet do USA; choć przecież USA same posiadają ogromną Shrimps Industry, pragnącą sprzedawać swoje produkty na rynku niemieckim. Czy kraby z Niemiec są tak dobre, że Amerykanin uważa, że miejscowe nie dorównują im jakościowo? Cena za pół kilo każe tak przypuszczać - jest jednak inaczej -, po prostu Amerykanie są sprytni i wymagają za tego rodzaju produkty wysokich ceł. Sugestywne reklamy wzbudzają potrzeby, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Każdy wie, że amerykańskie kraby są tak samo dobre, jeśli nawet nie lepsze, bo bardziej świeże niż kraby importowane z Niemiec. Chodzi tu zatem o nonsens, który nie przynosi ludziom żadnego pożytku, a jedynie coraz bardziej obciąża środowisko naturalne i przyczynia się do nieprzerwanego wzrostu zapotrzebowania na energię. Shrimps Industry w USA, ale także w Niemczech, jak najbardziej dostrzega, że w efekcie tego szaleństwa wyławia się nazbyt wiele i że właśnie w skutek nadmiernego wyławiania populacja krabów (i inne zasoby rybne) prędko się zmniejsza; niemniej kapitalistyczny przemysł zdany jest wszak na przyrost rynków zbytu i musi też wciąż rozszerzać własne rynki. Nie jest to gospodarowanie długoterminowe, lecz krótkotrwała gospodarka rabunkowa. Wszystko to znane było już w latach 70-tych i 80-tych i chciano położyć temu kres; tak się jednak nie stało.

Podobnie wygląda sprawa z warzywami, przy czym dzisiaj, choćby tylko ze względu na ceny, zmuszeni jesteśmy do kupowania warzyw sezonowych, pochodzących z własnego regionu. Ujawnia się tutaj praktycznie, że odbiorca końcowy znowu dostrzega zasadność kupowania szparagów w sezonie "szparagowym" i widzi, że nie ma konieczności kupowania ich już wczesną wiosną. Jest to postępowanie naturalne, jakiego nie da się wmówić żadną "nową potrzebą". No bo komu są tak naprawdę potrzebne szparagi już na wiosnę?

Wedle kontrargumentacji wywodzącej się z obozu neoliberalnego, odbiorcy należy pozwolić decydować samemu o tym, czy woli on kupić mleko z "Muensterland", czy z Bawarii. Decydują prawa rynku i to one właśnie tworzą równowagę; ma ona niby wynikać sama z siebie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Konkurencja jest gwarancją niskich cen, i tym samym jest ona dla końcowego odbiorcy czymś dobrym. Brzmi to całkiem nieźle, ale jest z doświadczenia błędne: powoduje, że wiele innych walorów naszego życia ulega marginalizacji. Ponadto podatnik musi płacić za budowę nowych sieci dróg, rozbudowę nowych sieci dostarczania energii przez centralnie zorganizowanych dostawców, jak w przeszłości w przypadku elektrowni atomowych (według ustawy uchwalonej po zmianie rządu w 1998 r. i utworzeniu koalicji SPD/Zieloni w Niemczech nie będą budowane nowe elektrownie atomowe, zaś istniejące mają zostać wyłączone w ciągu najbliższych 30 lat - przyp. tłum.) oraz za usuwanie skutków zanieczyszczenia środowiska itd. Cierpi na tym również osobiste poczucie jakości życia, która to, w obliczu zwiększającego się ruchu na drogach, związanego z tym hałasu i śmierdzącego spalinami powietrza, ale też wobec powodowanych w ten sposób zmian klimatycznych, które mimo katalizatorów wciąż postępują (emisja CO2), ulega ciągłej degradacji.

Komunitaryzm pozostaje natomiast na usługach zaopatrzenia regionalnego, autonomicznie decyduje się tutaj zarówno o zaspokajaniu zapotrzebowania podstawowego, jak i zapotrzebowania w energię, takoż o wszelkiej produkcji. W każdej komunie istnieje możliwość uniezależnienia się od energii atomowej i innych centralnych oferentów. Jest rzeczą możliwą, że każda komuna zdolna będzie autonomicznie wytwarzać energię przy pomocy wiatru, słońca, wody lub innych odnawialnych źródeł. Wszystko to jest możliwe i jako takie winno też być forsowane oraz wspomagane akurat przez nasz obecny rząd. W wyniku liberalizacji rynków energii elektrycznej szanse te są coraz bardziej zaprzepaszczane. Elektrownie miejskie nie mogą już nawet śnić o własnej konkurencyjności i wzmożonym inwestowaniu w nieszkodliwą dla środowiska produkcję energii. Wcześniejsze zyski elektrowni miejskich, które miały być zasadniczo przeznaczane na rozbudowę (pod)miejskich sieci transportu osobowego, ustały. Tym samym transport osobowy przeistoczył się na szczeblu komunalnym w wielką finansową czarną dziurę, co jest powodem tego, że miasta starają się uwolnić od tych "służb" i prywatyzują je, względnie sięgają do pewnego bardziej wyrafinowanego wariantu prywatyzacji: Cross Border Leasing. Jakiś, dajmy na to amerykański, koncern albo bank, kupuje ze względów podatkowych np. sieć tramwajową, aby później udostępnić ją miastu w formie leasingu. Komunalne kasy zapełniają się przy tym milionami euro, ale sieć tramwajowa, która wcześniej uznawana była przez społeczeństwo za wspólną własność, nie stanowi już własności komunalnej.

Podstawowe zaopatrzenie w żywność od dawna nie jest już kierowane regionalnie przez spółdzielnie, lecz centralnie przez przemysł chemiczny. W nie tak bardzo odległej przyszłości hybrydyzacji ulegną wszystkie zboża: będzie je można zasiać tylko jeden jedyny raz, zaś na siew następny trzeba będzie kupić nowe. Nasiona zhybrydyzowanych zbóż nie nadają się już bowiem do ponownego wysiewu. Wszystkie te modyfikacje genetyczne oczywiście tylko po to, aby uzyskać większą odporność przeciw szkodnikom, rzecz jasna przy uwzględnieniu trucizn umożliwiających racjonalizację monkultur i produkcji przemysłowej. Doprawdy? Nie trzeba tutaj mówić o tym, jakie negatywne konsekwencje mają podobne działania dla środowiska naturalnego. Do tego dochodzi jednak jeszcze jeden wielki problem. Rolnicy staną się znowu chłopstwem pańszczyźnianym - tym razem w służbie przemysłu chemicznego (lub siostrzanych firm Nestle). Takie uzależnienie zaczęło następować już wcześniej - wraz ze stopniowym wprowadzaniem sztucznych nawozów, pestycydów i fungicydów, teraz jednakże, właśnie za przyczyną nowych gatunków zbóż, stanie się ono ostateczne. Rolnicy, gdy raz zwiążą się umowami, nie będą się już mogli wydostać ze spirali uzależnienia. A jeśli nawet, to tylko poprzez powrót do starych gatunków zbóż, które nie są tak wydajne i co za tym idzie, przynoszą znacznie mniejszy zysk. To niebezpieczeństwo ma zostać jednak zażegnane, miejmy nadzieję, przez nasz obecny rząd: planowane jest zwiększenie podaży produktów ekologicznych.

Co z tego wyniknie, pokaże czas. Związek Rolników stanowi silne lobby wobec przemysłu chemicznego i nie jest łatwo przeciw niemu występować. Jak do tej pory zdaje się tam jednak zauważać brak woli do intensyfikacji regionalnego rozprowadzania produktów rolnych. Problem ten pozostaje więc nadal adoptowanym dzieckiem czerwono/zielonego rządu, który wzdraga się działać wbrew neoliberalnej doktrynie.

Tych kilku spółdzielczo zorganizowanych rolników (ekologicznych lub nie), którzy starają się rozprowadzać swoje produkty regionalnie, walczy jeszcze o przetrwanie, które możliwe jest albo poprzez żądanie wygórowanych cen, albo poprzez zadowolenie się egzystencjalnym minimum. Jednakże większość wcale się za to nie bierze i koncentruje się raczej na ekstensywnej hodowli bydła oraz zdaje się na subwencje rolne Unii Europejskiej, które notabene po przyjęciu dziesięciu nowych członków na pewno ulegną ponownemu zmniejszeniu. Tak więc również te gospodarki skazane są na upadek.

Na koniec, może nawet już za kilkanaście lat, nasze podstawowe potrzeby żywieniowe zaspokajane będą wyłącznie przez Nestle/przemysł chemiczny.

Wszystko to nie jest scenariuszem do jakiegoś filmu grozy, lecz już dzisiaj realną rzeczywistością.



z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszynski)

LATO 2005  str. 1


publicystyka  strona główna 

wędrowiec © dziennikarze wędrowni