lato'05
str. 1



reportaże  strona główna


Konwersja

jędrzej morawiecki


1. ODWILŻ

     Nie wiem, dlaczego Igorowi zależało tak bardzo na spotkaniu z Saszą. Nie powinien o nim wspominać. Sasza wyleciał z Góry, nie mieszka już w mieście, tylko w Żarowsku – wsi oddalonej od centrum sekty o dzień forsownego marszu. Nie jest szczęśliwy. Nie tryska zdrowiem. Nie pasuje do kolorowych folderów wspólnoty.
     A jednak Igor mówił o Saszy wielokrotnie. Biegał po ścieżkach Nowego Jeruzalem, oprowadzał po Mieście grupy dziennikarzy, inspekcje, pielgrzymów. Kontrolował prawidłowość marszruty gości i powtarzał z werwą turystyczne opowiastki o syberyjskim Chrystusie. Ale pewnego dnia zamilkł na chwilę, skręcił za drewnianą budę internetowej kafejki, napędzanej dieselowskim generatorem. Powiewał płaszczem idąc pośpiesznie przez paprocie. Stanął w końcu na jakiejś zawalonej topniejącym śniegiem ścieżce i spytał po raz kolejny:
- Pamiętasz z kim musimy się spotkać latem, kiedy znów tu przyjedziecie?



zdjęcie, maciej skawiński

     Igor ma piękną, uduchowioną twarz. Z oczu bije charyzma i głębia wszechświata. Kiedy go jednak lepiej poznać, dostrzec można w twarzy Igora aktorską grę, piętno zawodu. Widać, jak były aktor dramatyczny poleruje eksportowy obraz wspólnoty, zastyga w uśmiechu wycieczkowego przewodnika.
     Kiedy po raz pierwszy dostrzegłem na twarzy Igora maskę cenzora, obraz sekciarza stracił wyraz. Mądrość i światło zdawały się blaknąć pod skorupą indoktrynacji.
     Gdy jednak spytał po raz kolejny o Saszę, ujrzałem w masce pęknięcie. Przez szczelinę biło światło, którego nie rozumiałem.
     Po chwili Igor odwrócił się, roześmiał rubasznie i ruszył przez Miasto śpiewając hymny na cześć Pana.



2. WIOSNA

     Drzewa rozkwitły przed matczynym blokiem. Niedawno jeszcze wielka płyta sterczała czarnymi, smutnymi kikutami kasztanów i bzu. Teraz parkowa woń miesza się ze smogiem i zapachem znad fińskiej zatoki, forsuje ciepłem otwarte, plastykowe okna i zalewa kuchnię matki.
     Matka ociera łzy i smaży Igorowi wegetariańskie placki. Chłonie wiosenne powitanie, niedawne radosne krzyki na podwórku, płacz rozłąki, wzruszenie krótkiego spotkania.
     W pralce obok zlewu wiruje chiton syna. W petersburskim mieszkaniu przedobiednia cisza. Igor czyta Słowo.
     Wcześniej, po wejściu do domu, syn wyciągnął kasety, usadził matkę i sąsiadkę przed telewizorem, zamotał się przy pilocie, zawiesił na reklamie „apdżimnik. Lektor z telezakupów krzyczał: - Mała maszynka zmusza wasze mięśnie do skurczów i rozkurczów do stu razy na minutę. Ten fitness naprawdę działa i daje waszym gładziakom i pręgowańcom porządny wycisk! Jest tak wygodny i praktyczny, że możesz użyć go wszędzie: kiedy czytasz, siedzisz w domu, pracujesz przy komputerze, albo po prostu oglądasz tv.
     Igor tłumaczył zaś, że odwykł od cywilizacji i bezradnie wpatrywał się w gumową klawiaturę. Matka wyciągała mu pilota z rąk. Sąsiadka siedziała na kanapie, doradzała. W końcu kaseta z Nowego Jeruzalem ruszyła. Rozgrzany pokój wypełnił się kiczem, wizją raju, reklamą Miasta w sercu tajgi. Matka z sąsiadką kręciły głowami, patrzyły na cudne wodospady, zachody słońca, na błękitne oczy Nauczyciela, na duchowego przywódcę bujającego się na ogrodowej huśtawce, obejmującego dzieci, głoszącego Słowo, co spływa na duszę i przewraca wewnętrzne światy Rosjan szukających wiary.
     Igor powtarzał folderową wizję, śmiał się, milkł patrząc na ogień ze świątynnej góry, na swego Zbawiciela w czerwonym płaszczu. Powtarzał za Nauczycielem słowa kazania, opowiadał o codziennym życiu, o boskim trudzie i mozole. O tym, że Nauczyciel wiele zdziałał w ostatnim roku. Został na przykład członkiem Akademii Duchowej Jedności Narodów Świata. Tylko świadectwa nie dostał. Ale jeździł za granicę. I napisał list do prezydenta Rosji! Wielka rzecz: Chrystus zwrócił się do Putina. Odpowiedzi na razie nie ma.
     Igor opowiadał, matka uśmiechała się, sąsiadka Larysa wypytywała o szczegóły, a kobieta przystrojona w wianek z kwiatów mówiła z ekranu:
- Krocząc tą drogą zyskałam to, o czym zawsze marzyłam, o czym marzyli i inni. Szukałam tego w różnych pismach filozoficznych, u różnych nauczycieli i kiedy złożyła się ta mozaika pojmowania czegoś, mozaika tego, co nierealne, lecz co porusza całym człowieczeństwem... Kiedy poznałam Nauczyciela, puzzle złożyły się w całość.
- Jak to pięknie pomyślane – rzuciła matka, chociaż być może chciała mówić co innego, może chciała spytać, powspominać, zostać z synem sam na sam. Ale jakoś tak się to wszystko ułożyło, że najpierw Igor komentował kasetę, potem rozkładał na stoliku prospekty ze zdjęciami wspólnoty, kiedy zaś Larysa wyszła, rozmowę przykryła codzienna krzątanina.
     Matka stoi więc sama w kuchni, przekłada placki i patrzy przez okno. Igor zaś zapala w pokoju świecę, zlewa się w modlitwie z żywym Nauczycielem. Podczas obiadu wspomina tylko, że miał przywieźć dziesięć butelek oleju cedrowego, sprzedać produkty sekty. Fiedia Łosiew specjalnie te butelki przygotował. Ale Igor biegł do autobusu pięćdziesiąt kilometrów i zawalił. W jeden dzień przeszedł leśny dukt, zdarł buty i kiedy wsiadł do „PAZ-a”, skłonił głowę w kapturze na drgającej szybie i obudził się dopiero na rejonowym dworcu w Kuraginie. A wioska, w której bracia produkują balsam – pozostała po drodze w tyle. Fiedia poszedł pewnie wieczorem na sesję radiostacji, próbował wyjaśnić sprawę, w końcu zrozumiał, że butelki pozostaną w tajdze.
– Takie życie nasze – wzdycha Igor i wychodzi z domu, by pogrążyć się w jasnym, rozwrzeszczanym Petersburgu.

***

     Centrum „Nowy Świat” stoi z dala od szerokich prospektów i tętniących życiem stacji metra. Pozbawiony tabliczki budynek tkwi wśród ceglanych bloków i dyskretnie wchłania szukających wiary. Członków wielu sekt, organizujących w budynku duchowe spotkania, witają portierzy o stalowych oczach. Smutni szwajcarzy znają również Igora. W milczeniu wpuszczają go na piętro.
     Na pierwszym piętrze – w sali pociągniętej olejnicą koloru chałwy – trwa spotkanie. Pięćdziesięciu wyznawców czeka na łącznika, na brodatego stalkera spinającego świecki świat z Zoną - jądrem lasu. Igor wita zebranych, śmieje się głośno, opowiada najnowsze nowiny z Zony. Później zaczynają się pytania. Kobieta ze szczerą twarzą aktywistki próbuje rozstrzygnąć problem ezoteryczny: jedna z wyznawczyń jednoczy się w modlitwie z Bogiem zamiast z Nauczycielem, omija więc pośrednika. Igor denerwuje się, domaga konkretów, nie rozumie pytania. W końcu stwierdza, że rozróżnienia w istocie nie ma: i tu jest duch i tam – co za różnica, z kim się zjednoczysz? Potem informuje zebranych, że w Zonie Nauczyciel zawiesił wioskowe zebrania moralno-etyczne: - Wszystko dlatego, że kolektywne spotkania zmieniły się w sąd. Nieprawidłowo rozpatrywano rodzinne sytuacje. Bracia i siostry wpędzani byli w nielekki stan psychiczny. W trakcie publicznej spowiedzi i samokrytyki siedzieliśmy wokół nich jak prokuratorzy. Dlatego teraz wszystko będzie się dziać pod kontrolą Nauczyciela, z pomocą rąk najbliższych jego uczniów. Wszystkie zebrania wiosek odbywać się będą w obecności chłopaków z Góry: Wołodii Kiszyniowskiego, Saszy Starowierowa, Wadika i mojej – kończy Igor. Sypią się kolejne pytania: o wybory duchownych, o przeniesienie kapłana z wioski na estradę, do pionu rozrywki, o relacje między mężczyzną a kobietą... Nad ostatnim zagadnieniem Igor rozwodzi się szeroko: - Był ostatnio na Górze przypadek naruszenia. Mąż pozwolił iść żonie na tańce. Postawił jednak warunek: masz wrócić o ósmej wieczorem. Kobieta się roztańcowała, wróciła o dziesiątej. Złamała więc nakaz męża. Małżeństwo podzieliło się na zebraniu domowym problemem – prosiło o radę. Bracia i siostry dyskutowali, spierali się, w końcu przekazali pytanie do Nauczyciela. Ten przysłał przez uczniów jasną odpowiedź: krnąbrna kobieta musi opuścić Nowe Jeruzalem. A mężczyzna – jeśli bierze za nią odpowiedzialność – winien odejść razem z nią. Takie jest prawo. Tak postępować trzeba.
Wyznawcy kiwają głowami. Zebranie trwa do wieczora.
Później Igor żegna służbistów u wejścia, zanurza się na powrót w Petersburg.
Miasto lśni reklamami, komercją, barwnymi pochodami religijnych ugrupowań, agitacją New Age. Stalker maszeruje alejami, błyska gwiaździstym chitonem, miesza się w tłum krisznaitów, wchodzi na koncert baptystów, udziela wywiadu, rozdaje foldery...
W mieszkaniu krzepnie herbata z konfiturami i kwiatem bzu.



3. ŻNIWA.

     Lato jest wyjątkowo gorące. Tajga dyszy czterdziestostopniowym upałem. Ale urodzaj ma być dobry. Starzy sekciarze wrośli w ziemię, mimo że w połowie lat 90., kiedy niesieni religijną ekstazą zasiedlali upadłe kołchozy i wymarłe na wpół osady, nie wiedzieli w większości niczego ani o tajdze, ani o uprawie.
     Sasza podlewa kwiaty. Idzie przez ciepły ogród z konewką i przemawia do ukochanych róż. Były wojskowy lotnik porusza się z trudem. Strzelił mu kręgosłup, nogi odmówiły współpracy. Może organizm ugiął się pod ciężarem dawnych forsownych lotów? A może nie wytrzymał surowej, wegańskiej diety, której przestrzegali jeszcze kilka lat temu pionierzy sekty? Może ciało nie sprostało wymaganiom ducha?
     Sasza zapisał sobie kiedyś w dzienniczku: „Całe życie będziesz z niebiem”. I kiedy ujrzał Nauczyciela, porzucił rozpadającą się rosyjską armię i poszedł w las, by budować „chrystusowe” miasto. Nosił po kilkanaście kilometrów worki z cementem. Rozgarniając kolejne chmury komarów i meszek czuł, że dotyka niebios.
     Nauczyciel zatwierdził wtedy plan Centrum. Czternastu pionierów pogrążyło się w radosnym trudzie. Obalili drzewa w promieniu trzydziestu metrów. Postawili słup, na nim trójkąt, wewnątrz krzyż.
     Pracowali jak pszczoły. Nie było pieca. Do namiotu wkradał się wrześniowy mróz, dochodził już do dwudziestu ośmiu stopni. Grzali się przy jednej świeczce. Byli twardzi i pewni wiary.
     Później Sasza został nadwornym ogrodnikiem. Pielęgnował Centrum, obsadzał modlitewny krąg różami, ulubionym kwieciem Nauczyciela.
     A potem – złamany chorobą i rodzinnym rozdarciem - dostał od Nauczyciela mądrą podpowiedź. Zapłonął rozpaczą, zdusił wątpliwości i zgodnie z wolą Góry opuścił Miasto. Świat Saszy skurczył się do przydomowego ogródka.
     Sasza mija w milczeniu rodzinę. Patrzy na córkę, która poszła za nim do sekty, mimo strachu, mimo obiekcji żony, która marzyła o mieszkaniu nad Morzem Czarnym, o wojskowej emeryturze i klarownym życiu.
Sasza odstawia konewkę i przechodzi obok żony, skrytej w rozłożystej, starusieńkiej chacie. W chatynce, której niedoszła mieszkanka Krymu wstydzi się tak bardzo, w której milczy i kłóci się z mężem.
     Przechodzi Sasza koło zięcia – zrzucającego z przyczepy kloce drewna. Sasza nie wie co powiedzieć. Kiwa więc tylko głową, poprawia kostur i rusza dalej. Bo o czym z zięciem gadać? Dima trochę mieszka w chacie z córką, trochę u „Nowego Ruskiego”, młodziaka spoza sekty, który się skądś w Żarowsku pojawił i dał Dimie traktor „czterdziestkę”. Teraz zięć Saszy buja się ciągnikiem, wykupuje powoli od dobroczyńcy maszynę i wywozi tajgę w świat. Saszę cała sprawa boli, próbował Dimkę uświadomić. Ale Dima wierzy bardziej swojemu nowemu szefowi. A ten obiecał mu, że znajdzie zbyt na 150–200 kubików drewna, sprzeda je Chińczykom. Sasza pogrąża się w modlitwie, ale na ziemi stoi twardo: wie, że działka jest limitowana, legalnie takiej fury drewna nie wytniesz. Mija więc zięcia w milczeniu, zmieszany, nie wie, jak się zachować. Bo Dima wszedł do ciemnej, świeckiej gry. I próbuje w tę grę wciągnąć i Saszę. Potrzebna mu działka, papiery na limit, by pokryć choć część surowca. Sasza kroczy drogą Prawdy, ale nie chce Dimy straszyć, nie chce by ten się odwrócił. Milczy więc, rozdarty między sekciarską wiarą a interesem rodziny.
     Staje na skraju lasu. Myśli o lokalnej drzewnej pseudomafii, o milczeniu w chacie, o własnej chorobie, o dalekim, zanurzonym w tajdze, Chrystusowym mieście. O kwiatach w miejskim ogrodzie. O Igorze, ciągnącym ze świata. Igorze, z którym Sasza tak bardzo chce się spotkać.

***

     - Dobra herbata!
     Gospodarz kiwa głową. Igor doszedł do Ludy i Toli Puchariewa wieczorem. Sił na rozmowę zostało niewiele. Próbuje jednak zagaić gospodarzy: pyta o ilość krów we wsi, o budowaną szkołę, o zebranie, które miał obserwować. Puchariewowie stawiają jednak na stół ciastka i mówią skąpo. Krów we wsi mało, szkoły nie ma kto budować, każdy zabezpiecza swój byt, zamiast tworzyć religijny kolektyw. Może duch siadł, może okres przejściowy? Gospodarze nie wiedzą – podobnie jak nie mają pojęcia, dlaczego nikt nie przyszedł na zebranie, które Igor miał kontrolować. Oni sami wyszli z rodziny wioskowej, na zebrania nie chodzą.
- A Sasza jak tam? Wiecie co u niego? – pyta w końcu Igor.
Luda i Tola patrzą na siebie w milczeniu, kładą na stole cedrowe szyszki, które strząsnęli dziś z drzewa na wzgórzu.
- Saszy jest ciężko – mówi w końcu Tola. – Na razie jest mu bardzo ciężko.
Potem słychać już tylko siorbanie i trzask cedrowych pestek. W chatynce siedzą w milczeniu trzy bajkowe postaci: brodaty, zdrożony stalker w chitonie i dwójka leśnych ludzi z Primorskiego Kraju – ludzi o wąskich, rzeźbionych twarzach i miękkich, dobrych oczach. Ludzi z własnym światem mieszczącym w sobie słoneczniki w ogródku, rozmowy z wnukiem, co bodaj nigdy nie widział świeckiego miasta, brzozowe pudełka wyrabiane wieczorem przy mikroskopijnej żaróweczce, stosy harlequinów czytane przez Ludę, pokłady kaset z sensacyjnymi filmami, pochłaniane przez Tolę. No i piłę benzynową, którą dostali od jednej Niemki, w zamian za poprzedni dom, który również sami postawili, ale nie mieli pieniędzy, by zapłacić za odbiór budowy. Oddali dom, sami przenieśli się do przytulnej, choć malutkiej łaźni. Proza życia – wioska miała zgodnie z poleceniem Nauczyciela wyjść z systemu pieniądza, ale monetarna jednostka przygniotła marzenia. Przynajmniej na jakiś czas.
- Wracam ze Świata i czuję tu prawdziwe życie – mówi nagle Igor. – Tam już życia nie ma. Wszyscy się postarzeli, wszyscy pogrążeni w marności, pośpiechu, zgiełku. Tam już nie ma po co jechać.
Tola uśmiecha się łagodnie i chowa policzek w spracowanej dłoni. Potem wstaje, poprawia klemy na akumulatorze i uruchamia wideo. Zamiast rozmowy proponuje wieczór z Dżeki Czanem. Igor wspomina coś na wpół żartobliwie o szkodliwości filmów Świata Zewnętrznego, siada jednak na kanapie. Tola kontroluje woltomierz. Kaseta idzie w ruch.
     Być może Tola myśli o Ludzie, o tym, jak mówiła nieraz o wyjeździe z sekty, gdziekolwiek bliżej Świata, bliżej elektryczności. Może myśli o tym, jak pierwszy raz ujrzał Nauczyciela na kasecie wideo, o momencie olśnienia, o tym szepcie duszy: „to zaprawdę jest Chrystus”, po którym całe życie zmieniło bieg. Rodzina była przygotowana do przyjęcia Dobrej Nowiny, Tola już wcześniej czytał odpowiednie pisma, ezoterykę, poszukiwał samodzielnie wyjścia dla Wszechświata. Później jednak kolonizacja syberyjskiej wspólnoty odbiła się na zdrowiu, zaczęło być ciężko. W końcu w Świat wyjechali na powrót młodociani synowie, jeden siedzi u krewnych na Ukrainie, drugi na Białorusi. W Nauczyciela nie uwierzyli. Każdy ma swoją drogę.
     Tola mógłby Igorowi opowiedzieć o swoim rozumieniu słów Nauczyciela, o wątpliwościach tyczących roli kobiety, o tym, że nie wierzy, by Nauczyciel chciał, by wierni tworzyli małżeńskie trójkąty. Nie wierzy w to mimo wieści, które przychodzą z Góry. Mógłby Igorowi opowiedzieć o własnym, małym świecie, o marzeniu, by postawić obserwatorium dla miejscowych dzieci. Bo wieżę astronomiczną budował, zanim jeszcze poznał Nauczyciela. Teraz chce powrócić do dawnego pomysłu. Chce unieść ludzi z wioski bliżej gwiazd. Tola mógłby mówić wreszcie o duchowym spokoju, o drzewach. Albo o zdrowiu psychicznym, o które trzeba w sekcie tak bardzo dbać. Kiedyś opowiadał ciągle żonie o latających spodkach, które widzi nad domem. A potem zrozumiał, że tu nie można mówić zbyt wiele. I że trzeba pilnować własnych myśli – bo w sekcie są wielkie napięcia, ogromny umysłowy wysiłek. I nietrudno o nieszczęście.
     Po ekranie skacze Dżeki Czan.

***

     Drzewa pochylają się nad drogą, zamykają niebo mieszaniną brzozowych liści i igliwia. Nogi grzęzną w błotnistych koleinach, podeszwy mlaszczą, nogawki chłoną wilgoć. Droga wdziera się w ujarzmioną, skolonizowaną tajgę. Z lasu wyglądają jednak czasem borsuki, gdzieś wyżej krzyczy drapieżny ptak. Po kilku godzinach drzewa zaczynają gadać, zarastają skłębione myśli, rozbujane pod czaszką forsownym marszem. Mimo bólu w pękniętym żebrze, mimo nazbyt obfitego jak na tę porę roku błota – jest w samotnym marszu coś intymnego i ważnego. Jest spokój i Zona. Inna niż ta, której można doświadczyć w jeździe ciężarówką wypakowaną po brzegi pielgrzymami.
     Igor przetacza pewnie w głowie kłąb myśli, wspomnień, urywków zdań z Pitra. Idzie do kolejnej wioski.

***

     Tola Pszenaj nie obejrzy dziś koncertu Wołodii Kapunkina. Kiedy usadowił się na fotelu w wioskowym klubie i zaczął słuchać występów zdegradowanego duchownego, który nosi teraz czarny kapelusz i śpiewa o błękitnym żółwiu – wtedy właśnie na salę wszedł dawny przyjaciel, twardy pionier Czasu Euforii. Tola wstał więc, Igor objął ostrożnie półnagiego towarzysza, ten zarzucił na jedno ramię płócienną koszulę i ruszyli razem ze świetlicy w stronę domu.
     Teraz Pszenaj rzuca kotu kawałki ogórka, a Igor opowiada o wyjeździe, mówi, że agitował matkę, że ta skłania się już do przenosin w tajgę. Tola kiwa głową, mówi:
- Tak, dojrzeć do wyjazdu to niełatwa sprawa. Pamiętasz jak ze mną było? Odrzuciłem wszystko: posadę prezesa białoruskich kolei, perspektywy na ministerialny fotel u Łukaszenki, zagraniczne wyjazdy po technologię, bankiety, awantury, które tak kochałem. Twarz Chrysta w pałacu kolejarzy odwróciła wszystko. Jechałem tu, ochrzcili mnie w jeziorze, myślałem, że będzie jak w Raju. Wiara pionierów, neoficka wizja arkadii, a tutaj, słuchaj, chrzest ogniowy. Najpierw kleszcz mnie ochrzcił... Układ nerwowy naruszony. Dawni znajomi pomogli ogromnie, faszerowali, czym zdołali. Niemieccy, austriaccy kolejarze najlepsze lekarstwa zdobywali. Proces udało się zahamować. Ale czułem ciągle, jakby mnie opiekali na ognisku. Ból niewiarygodny. Miesiąc, potem drugi, rok, następny... Lekarze mówili mi, że z tą chorobą żyć się nie da. Pacjenci nie wytrzymują bólu, żadne lekarstwo nie pomaga.
- Narkotyki także nie? – rzuca Igor siorbiąc pokrzywę.
- Tego nie proponowali. Nie byłem w stanie leżeć, siedzieć. Mówili mi, że nie wytrzymam psychicznie i jak inni dobrowolnie porzucę życie. Wszyscy się za mnie modlili. I ja modliłem się bez przerwy, całymi dniami. A potem zrozumiałem, że w Świecie Zewnętrznym mi się nie polepszy. Ciągnęło mnie tutaj, mimo że sił nie starczało. Kiedy ból był lżejszy, wsiadłem w pociąg, przyjechałem. Na Górę wrócić fizycznie nie mogłem. Żyłem w wiosce na skraju tajgi. A potem przyszła poprawa. Najważniejszy moment, to skrucha za wszystko co wyczyniałem. Zdarzył się cud. Obudziłem się, jak nowo narodzony. Jestem coraz aktywniejszy. Przeniosłem się do wioski bliżej Góry. Zacząłem pływać w rzece. Tylko koszuli ciągle założyć nie mogę. Ale Bóg da, niedługo wszystko będzie jak trzeba. Kiedyś bałem się śmierci, teraz wszystko odeszło. Tak... Narodziliśmy się na nowo.
- Tu szkoła porządna – mówi Igor wpatrując się w lśniący portret Nauczyciela.
- Jechaliśmy tu w takiej euforii... – powtarza Pszenaj.
- Słuchaj, a ona ciągle te ogórki żre? – pyta Igor wskazując na puszystego kota.
- Gryzonie też wcina. Ale najbardziej lubi ogórki i kabaczki. A myszkami się raczej bawi. Łapie je, wrzuca do izby i biegają po domu.
- A zimą jak? Bez myszy wytrzymuje?
- Wcina solone ogórki.
- Sierść ma w zimie dobrą?
- W porządku. Czasem kupujemy jej rybę i gotujemy z kaszą. Czasem mleka... No widzisz, już pół ogórka zeżarła.
     Pszenaj głaszcze kota, dokłada pod kuchnię, milczy. Myśli może o urodzaju, o swojej socrealistycznej wizji wspólnoty, o ukochanych, kolorowych zdjęciach przepełnionych kwieciem, śmiechem dzieci i podretuszowanymi wizerunkami Nauczyciela. Pszenaj oddał sekcie serce i duszę – dawny świat zostawił za sobą. Nie akceptuje czarno-białych portretów, zamyślonych twarzy, zdjęć błotnistych dróg, jakie robią czasem korespondenci wjeżdżający do Zony. Nie przyjmuje niczego, co kojarzy się ze smutkiem, melancholią. Bo na zewnątrz Zony wydostawać się powinna jedynie informacja pozytywna i słoneczna – tak przykazuje Nauczyciel.
     Tola ma jednak w sobie prócz żołnierskiego posłuszeństwa głęboką wiarę, duchowość, którą można poczuć, lub nie, która jednak podskórnie z byłego prezesa kolei emanuje. Nie trzeba wiedzieć o słupie energii, która go trzasnęła z góry, która uderzyła w głowę i spłynęła po ciele, kiedy szedł przez las. Nie trzeba słuchać Nauczyciela, który to zdarzenie wyjaśniał z pomocą pamięci komórek i ciągłości wcieleń. Sam Pszenaj dobrze Nauczyciela nie zrozumiał.
     Wystarczy jednak spojrzeć Toli w oczy, dostrzec ten dziwny, gwiaździsty blask, nie wiadomo skąd – może od wegańskiej diety, może od uranu, co ponoć w tajdze leży, może wreszcie od samego lasu. Może to blask wiary głębszej niż agitacja.
     Pszenaj mówi łagodnie, mowę ma dobrą i wyrozumiałą – mimo żarliwej, fanatycznej wiary. Z dłoni Pszenaja tryskają potoki niepojętej mocy, robią zawijasy wkoło palców, spływają na rozmówcę. Podobno leczą.
Chociaż Igor chyba w Pszenajową energię nie do końca wierzy, bo nie od razu pozwala się uzdrawiać, odjąć ból, nie chce oddać cierpienia bolącego żebra i przeciążonego plecakiem kręgosłupa.
     Nadchodzi noc.
     - Jechaliśmy z takim entuzjazmem... - słowa przechodzą w litanię. Pszenaj tłamsi doktrynę jedynie słusznej pozytywnej informacji. – Teraz wszystko inaczej. Jesteśmy uczniami starszej klasy. Nie nadążamy, przeciążeni nauką...
Igor uśmiecha się. Potem śpiewa stary, pionierski psalm.

***

     Bliżej Nowego Jeruzalem z lasu wychodzi meszka. Włazi w skórę, szarpie kawałki twarzy, rani, spija krew. Igor się z owadami jednoczy, nie walczy. Z meszkami, komarami wygrać się nie da. Insekt wlezie wszędzie, pod ubranie, koc, prześcieradło. On staje się powietrzem, światem wkoło. Albo przyjmiesz owady, albo nie wytrzymasz psychicznie, oszalejesz.
Droga przechodzi w ścieżkę, pnie się w górę.
W głowie chmary myśli.

***

     Sasza czeka na polanie. Jest chyba bardzo wzruszony. Poprawia opaskę, pochyla brodatą głowę. Zmęczonym, krasnoludzkim jakby głosem mówi słowa powitania. Igor zdaje się denerwować. Kiedy siadają na pniu, przebiera nogami. Uśmiecha się. - Jestem w rozdarciu pomiędzy własną rodziną a Nauczycielem. Życie się splątało, Igorku – rzuca Sasza. – Oni nie chcieli tu żyć, przyjechali tylko popatrzeć i spakować dobytek z powrotem do wagonu. Ale poszli za mną. Znasz ten domek w Mieście, zaraz za wartownią? Ja zamieszkałem tam z żoną i trójką dzieci. Żyliśmy na dziewięciu metrach kwadratowych.
- Tam jest trzy na cztery, może nawet cztery na cztery – polemizuje Igor.
- Nie. Mierzyłem: dwa z czymś na trzy z czymś. Mieszkaliśmy tam, jak w przedziale.
- Teraz ja tam mieszkam.
- No widzisz! A myśmy tam w piątkę żyli. Napięcie w rodzinie już wtedy było ogromne. Postawiłem szybko letnią kuchnię, żeby choć latem było więcej przestrzeni. A do zimy i tak nie wytrzymali. Pierwsza powiedziała Elena: Dłużej tak nie mogę. Wracam. Ja stawiałem kolejne przeszkody, a ona coraz bardziej pogrążała się w smutku. Było z nią coraz gorzej. Chudła w oczach. Przyszła myśl o samobójstwie, zwierzyła się matce. Matka nie wytrzymała, żal jej było własnej córki. Zaczęła mi perswadować, że trzeba schodzić na dół. Najpierw wyniosły się dzieci. Zeszły tutaj, do Żarowska. Żona znalazła się między młotem a kowadłem, biegała to tu, to tam. Kilka lat próbowała tak żyć. Nic jej z tego oczywiście nie wyszło. Do tej pory się nie określiła. Napięcie stało się tak wielkie, że jeszcze chwila, a byśmy ich stracili. Czułem to, ale uważałem, że sami wybrali. Nauczyciel zdecydował jednak inaczej. Dał taką bardzo mądrą podpowiedź, bym wziął odpowiedzialność na siebie i opuścił Miasto. Ja wtedy miałem problemy z kręgosłupem, nie mogłem pracować, chodzić... Pogrążyłem się w rozpaczy. Nie pojmowałem podpowiedzi, do tej pory nie wiem jak było. Bardzo bym chciał wejść na Górę. Spytać Stasa jaka jest prawda. Czy to na pewno podpowiedź od Nauczyciela? Bo Stas spytał mnie wtedy, czy może porozmawiać z Nauczycielem o moich problemach rodzinnych. Odpowiedziałem: „Oczywiście, ufam wam całkowicie, Bóg wszystko widzi”. A potem Stas wrócił i rzekł: „Nauczyciel powiedział tak: Jeśli Sasza by mnie spytał, odpowiedziałbym mu, że wyjście do Żarowska, połączenie się z rodziną jest wskazane”. Wstrząs był straszny. Teraz egoizm się trochę uspokoił. Tłumaczę sobie, że to co jest dla mnie wskazane, daje mi Bóg. I to jest ważniejsze, niż fakt, jakie dokładnie pytanie zostało zadane. Skoro już je zadali i taka przyszła odpowiedź, to znaczy, że muszę wypełnić wolę.
Kiedy tu zszedłem, zdałem sobie sprawę, że wcześniej – na Górze – zadawałem ciału gwałt, stosowałem metodę Królestwa Przemocy. Wierzyłem, że wszystko zdołam zrobić, wszystko przezwyciężę. A kiedy dolna połowa ciała odmówiła całkiem posłuszeństwa, serce weszło w stan przedzawałowy, odczułem wielką słabość. Przywaliły mnie noszone wcześniej worki cementu, forsowne marsze, praca ponad miarę. Robiłem sobie masaże, stosowałem jogę, zmuszałem organizm do aktywności. Doszedłem do takiego stanu, że mogłem powiedzieć słowo i wylecieć z ciała. Znęcałem się nad własnym organizmem. No więc kiedy zszedłem tu z Góry, wspomniałem to wszystko i pomyślałem, że dobrze się stało. Trzeba poprawić kontakt z bliźnimi, spróbować ich wybawić. I to Małe może okazać się większe, niż to co przez swoje ciało oddawałem na Górze. Najpierw zacząłem odnajdywać kontakt z wnukiem. On był kluczem do mojego egoizmu. On nie dopuszczał nawet negatywnej myśli, od razu ją wychwytywał i wypowiadał na głos. Bóg dał mi drogę. Teraz jednak sytuacja się znów komplikuje. Oni chcą jechać do Noworosyjska, a tam wiele pokus. Moje życie jest więc proste, a jednocześnie poplątane. Bliskie utraty pięciu osób. A wtedy długo będą błądzić i rozbijać się po tamtym świecie. Tym bardziej, że jeśli nie zdołam ich utrzymać przy sobie ja, który znam ich już czterdzieści lat, to innym będzie jeszcze trudniej im pomóc. Ciągle jestem na krawędzi, staram się być z nimi i nie popełniać błędów.
- Taaak! Każdy dzień przynosi interesujące historie – Igor śmieje się i klepie w kolano.
- Igor... Zanim zszedłem tutaj, miałem tam pod opieką w Centrum sto róż. Ukochane kwiaty Nauczyciela, zawsze go radowały. Dlatego nosiłem w sobie takie życzenie... Ciągle chciałem cię ujrzeć i zapytać... Rozwiać te pogłoski, które do mnie dochodzą... Plotki, które do mnie specjalnie kolportują... Może po to, bym zaczął o czymś myśleć negatywnie... Chcę wiedzieć na pewno: czy to prawda, że wszystkie te moje róże wyrwali i rozdali?
- Maciej usunął wszystkie z Centrum. Tam teraz nowe plany... Ma być plac...
- A więc nie dawszy niczego w zamian, zniszczono od razu stare?
- Tak...
Milczenie. Sasza patrzy w niebo.
- Miasto się zmienia, bije puls życia. Dzieci się rodzą. – mówi w końcu wolno Igor. - Jeśli przyjrzeć się uważnie widać ogromne zmiany. Świat, który tworzy Nauczyciel zaczyna się już przejawiać na zewnątrz. Mimo że stoją jeszcze namioty, domki z polietylenu, widać już fundament Nowego Świata.
Sasza przekrzywia głowę i uśmiecha się słabo.
Igor kopie butem żyzną, ciepłą ziemię. Ma smutną twarz.



4. SCHYŁEK

- Drodzy moi! Wyjątkowość tego domu polega na tym, że każda najmniejsza deseczka zna Nauczyciela. Minie lat pięćdziesiąt, sto i będziemy z ogromnym trzepotem serca, z ogromną czcią wchodzić do tego domu. Jako że ten dom poznał żywego Chrystusa.
     Teraz przejdziemy w miejsce, gdzie wierzący czekali na spotkanie z Nauczycielem. Ogromne emocje, sama to przeżyłam. Nie porównasz tego z żadnym egzaminem. Jak wtedy, tak i teraz, w sali wisi kilka reprodukcji obrazów Wissariona, które niosą ogromną energię. Wissarion to nie tylko nasz duchowy przywódca, to także twórca, ten, który daje nam przykład, jak należy tworzyć. Wissarion przejawia się w tych obrazach, jako cudowny artysta-realista, do realizmu też nas ciągle wzywa. Wiecie z jego wielu wystąpień, że Wissarion niechętny jest takim nurtom, jak awangarda, pop-art, op-art i cała ta nowomoda, bo one nie mogą harmonijnie przekazać obrazu świata. Tylko realizm.
     Spójrzcie, na tych drzwiach wisi skromna tabliczka: Pokój Modlitwy. Kiedyś otwieraliśmy te drzwi z ogromnym drżeniem, za tymi drzwiami przyjmował Chrystus. Zajrzyjmy. Staraliśmy się zaaranżować wszystko tak, jak było kiedyś. To nasze maleńkie muzeum. Tu stoi fotel Nauczyciela. On na nim zasiada, kiedy tu przyjeżdża.
     A cóż tu widzimy? Oto gałązki, które przywieźli uczniowie, którzy byli z Nauczycielem podczas drugiego wyjazdu do Izraela. A to woda i kamyczki z Jordanu. Tu leży zaś magiczna szyszka, którą uczniowie przypadkowo wyjęli z ogniska. Nie spłonęła. A działo się to również w Izraelu. Tą szyszką nasz duchowny czasem błogosławi z różnych okazji. I uważamy za rzecz cudowną dotknąć tej szyszki i zaczerpnąć z niej wyjątkową siłę duchową. Oto i szyszka: bardzo ją kochamy.
     No i oczywiście najważniejszy element budynku, do którego zwykle podchodzą wierzący, by się pomodlić: to portret Nauczyciela. Możecie podejść, postawić świeczkę. Dzięki kontaktowi duchowemu z Nauczycielem otrzymacie siłę i wszystko, czego wam nie dostaje.
     A teraz wchodzimy do świątyni. Świątynia otwarta? Witaj Igor! Z wielką przyjemnością przedstawiam wam Igora, kolegę po fachu, razem wprowadzamy wycieczki do Zony. Igor jest takim naszym... artystą-aktorem. Spróbujemy wam teraz razem więcej opowiedzieć. Zdejmijcie obuwie.

Trzaskają flesze, turyści zdejmują buty, poprawiają słoneczne okulary, mijają w drzwiach brodatego przewodnika w chitonie.
Twarz Igora trwa nieruchomo w szerokim uśmiechu.
W oczach płonie ogień.
Twarz pęka.



Autor pisze pracę doktorską na temat Zony, oraz jest współautorem filmu dokumentalnego o Igorze



Inne reportaże na ten temat:

Zona: sekta Wissarionowców:
wyjazd 1 - strach i fascynacja
wyjazd 2 - wypaczenia
wyjazd 3 - tęsknota nienasycona

LATO 2005  str. 1


reportaż strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni