lato'05
str. 1



reportaże  strona główna


Słocza

adam płociński, tekst
zuzanna morawiecka, rysunki


    Śląsk Cieszyński. Jeszcze wtedy była tam Austria. Gdzieś koło 1912 r. niektórym członkom mieszkającej tam wspólnoty ewangelickiej przestały wystarczać kazania w zborze. Zaczęli się spotykać po nabożeństwach, by sami, już bez pastora, studiować Biblię. Oczywiście pastor miał zastrzeżenia, czy studiują w sposób profesjonalny. Odeszli więc od zboru i zostali tzw. zdecydowanymi chrześcijanami, którzy, jak zapewnia jeden z nich (Rudolf Kanafek), liczą się z Bożą egzystencją w życiu codziennym.
    1962 rok. Śląsk Cieszyński był już wtedy podzielony między Polskę a Czechy. Większość ze zdecydowanych chrześcijan znalazła się w Czechach. I właśnie w 1962 r. mieszkający po stronie czeskiej Edward Franiok miał widzenie, że miejsce, w którym żyją, zostanie zniszczone, że nie zostanie ani zielona trawka. Powiedział sąsiadom o proroctwie. Postanowili uciekać. Dokąd? Ktoś przeczytał w prasie, że Polska potrzebuje osadników na Bieszczady, z których wysiedlono Rusinów. Długo się modlili, żeby nabrać przekonania, że to jest właściwe miejsce do ucieczki. W czasie tych modłów jeden dostał od Boga objawienie, że jest to miejsce właściwe. Pojechała grupa entuzjastów. Wysoko w górach znaleźli opuszczoną wieś – Słoczę.
    Kiedy dopełniali formalności związanych z wyjazdem do Polski, Gustaw Firla miał widzenie, że jeszcze nim wyjadą, dopadnie ich wilk w owczej skórze... Jakoś niedługo po tym na Śląsk Cieszyński przyjechał (chyba z Niemiec?) niejaki Frank, który zaraził Rudolfa Kanafka nauką Williama Branhama. I właśnie na tle nauki Branhama zdecydowani chrześcijanie przyszli do Słoczy podzieleni. Mimo upływu trzydziestu lat szansa na porozumienie wydaje się żadna.
    W 1972 r. w Słoczy osiedlił się także Paweł Węglorz. Wówczas zdecydowany chrześcijanin. W przeciwieństwie do reszty mieszkańców przybył z polskiej części Śląska, z Jasienicy.
    Rudolf i Paweł postanowili przestać być zdecydowanymi chrześcijanami. Pierwszy został branhamowcem, drugi poszukuje na własną rękę.


CZĘŚĆ 1

    Pawła spotkałem na drodze. Szliśmy z Ines z Głębokiego w poszukiwaniu opuszczonej dzwonnicy. Wskazał nam drogę (w las, pod górę i prosto w dół). Weszliśmy w las i pod górę, ale potem wpadliśmy w takie krzaki, że i ścieżka zarosła, i żadnej wskazówki, w którą stronę iść. Jeżyny, pokrzywy, dookoła pomruki, których lepiej nie analizować, i zapadający zmrok. Rój bezczelnych much nad głowami. Kiedy pokaleczeni, wściekli i skłóceni wracaliśmy, Paweł wciąż czekał na drodze. Brudnej ścierki zapadającego zmroku uczepiły się sreberko jego długiej brody i złote guzy damskiego płaszczyka, którym był okutany.
    – No tak, wpuściłem was w te jeżyny i pokrzywy, tak że widzę, że pani ma tego dość – zwrócił się do Ines – ale gdyby mieć lepsze ubranie, no to jest całkiem przyjemna droga.
    Ines pozostała milcząca. Paweł się rozgadał. A my byliśmy już bardzo, bardzo zmęczeni. Chcieliśmy spać. Obiecałem Pawłowi, że odwiedzimy go następnego dnia.

Model

    Kiedy przyszliśmy ponownie, wręczył Ines nieco zhuśtaną – jak to określił, kartkę i zaproponował, żeby usiedli naprzeciwko siebie i nawzajem się sportretowali. (Paweł: Mnie łatwo sportretować... najpierw jajo, potem ciach, i ciach... takiego Żyda... brodę...) I kiedy się tak portretowali, Paweł podpytywał o rysowanie modeli na Akademii:
    –Portretujecie kolegę czy obcego? Kto płaci? Ile? Ma się rozebrać czy w spodenkach? Byle dziada z dworca napędzacie? Czy on się krępuje? Musicie wszystko zrobić? Jak chłop, to i... i... jak to się nazywa... genitalia? I to tak podchodzicie blisko? Jak blisko?
    Na wszystkie zadane pytania otrzymał odpowiedź. Zastanowił się i zażenowany tym, co usłyszał, stwierdził:
    – Ja wolę raczej malować przyrodę, krajobrazy, konia...
    I trzeba przyznać, że wychodzi mu to lepiej niż portretowanie.

Rodzina

    Matka Pawła była jedną z pierwszych zdecydowanych chrześcijanek. Jeszcze jako panna organizowała spotkania wspólnoty. W czasie jednego z takich spotkań poznała przystojnego chłopca, Ottona Lanca, z którym niebawem zaszła w ciążę. W tym czasie Otton Lanc zaglądał również do innej dziewczyny. Także te wizyty okazały się owocne. Trzeba mu więc było dokonać wyboru. Jedna była piękniejsza, druga bogatsza. Wybrał bogatszą, oczywiście. Tymczasem matka Pawła, jako piękniejsza, pozwoliła się uwieść innemu zdecydowanemu chrześcijaninowi i wzięła z nim ślub na kilka miesięcy, zanim powiła chłopczyka, który okaże się najzdolniejszy spośród wszystkich jej dzieci, tak że Paweł jest pewien, że brat zostałby profesorem, gdyby nie wojna, która odcięła go od nauki na sześć lat; został krawcem. Ten brat wciąż żyje. Na skutek stresów, jakie musi przeżywać nieślubne potomstwo w łonie matki, ma silną nerwicę. Ojczym wystawił kiedyś kołyskę na mróz i to także mogło mieć jakiś wpływ na zdrowie psychiczne malucha. Potem matce urodziło się jeszcze dwoje ślubnych: Paweł i Hanka.

Błogosławiony

    Luty 1947 roku. Ojciec Pawła już od dwóch lat był na Syberii, dokąd po wkroczeniu do Polski zesłali go Rosjanie niemnożko porabotać, za pomoc, jaką w czasie wojny organizował dla sierot i wdów po partyzantach. (Rosjanie bezpodstawnie, zaznacza Paweł, posądzili ojca, jakoby jego pomoc omijała partyzantów komunistycznych.) Tymczasem Paweł pełnił służbę w kotłowni Miejskiego Zakładu Ogrodniczego w Białej Krakowskiej (dzisiejszym Bielsku-Białej). Była tam mała izdebka. Spał w niej. Kiedyś o świcie wstał, podłożył do pieca, usiadł w kącie przy lampie i zaczął czytać ewangelię wg św. Łukasza:

   Błogosławieni ubodzy, albowiem wasze jest Królestwo Boże.
   Błogosławieni, którzy teraz łakniecie, albowiem będziecie nasyceni.
   Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie.
   Ale biada wam bogaczom, bo już odbieracie pociechę swoją.
   Biada wam, którzy teraz nasyceni jesteście, gdyż będziecie cierpieć głód.
   Biada wam, którzy teraz się śmiejecie, bo smucić się i płakać będziecie.
                                                   (Łuk. 6)

Paweł:
– Mnie się to podobało do tego stopnia, że czułem siebie też jako ten biedny. Czułem, że to do mnie to słowo. Poczułem, jakby mnie kto kocem obłożył ciepłym. I dreszczyk, jakby elektryzowało coś... A uczucie miałem takie błogie, jak nigdy na świecie takiej radosnej przyjemności nie miałem żadnych... ani... ani...

Żona(1)

    Doskwierała mu samotność. A że jakoś w tym czasie poznał kobietę, która wydała mu się właściwą, więc się ożenił. Była to Ślązaczka i ewangeliczka.
    Paweł o żonie:
    – Przyznała mi się, że jak pierwszy raz mnie zobaczyła, to się jej obrzydzenie... że absolutnie za niego nie. Ale po kilku rozmowach się przywiązała.

Irka

    Już nie był kawalerem, ale jeszcze nie wyjechał do Słoczy. Obiadował w stołówce zakładowej z siostrą Hanką i jej koleżanką - Irką Klein (Paweł: – Panienka taka... panna, ale taka panna, panna – nie panna). W czasie tego obiadu poprosił siostrę o pomoc przy różach. Z pomocą zaoferowała się i Irka. Poszli we trójkę. Kiedy skończyli robotę, siostra poszła do domu, a Paweł z Irką szedł na autobus. W trakcie tej drogi spytał Irkę o zapłatę.
    – Paweł, ja nie chcę nic od ciebie, ale chodźmy tu do lasku, do lasku chodźmy. Ty pójdź! Ty pójdź!
- Irka, nie dam rady, boję się grzechu.


Zegary

    Po powrocie do domu zasnął, zmęczony zajęciem przy różach.
    Miał sen: On nie był przedstawiony jako anioł. To była osoba, której nie widziałem. Widziałem tylko jej dłoń, a właściwie palec – tam masz iść! A miałem przed tą osobą taki respekt, jak dzieciak przed nauczycielem. Palec wskazywał na południowy wschód. Tam w oddali była droga. Przy drodze przystanek. Stali na nim mężczyźni i każdy prężył swoją pierś, jakby chciał pokazać, że to jego teren i obcy nie ma czego na nim szukać.
    Paweł udał się we wskazanym kierunku. Wziął ze sobą żonę, choć i ona, i cała jej, jak i jego rodzina, byli tej wyprawie przeciwni: Bo Ukraińcy, bo tam zimno, bo szkoły nie ma, tam jest niski poziom... Dotarli do Słoczy, gdzie spotkali zdecydowanych chrześcijan z Czech.
    Zbór należy do Boga, dlatego może być zarejestrowany tylko w niebie, uważa Paweł. Nie wolno zboru rejestrować na ziemi, bo w ten sposób wikła się go w sprawy doczesne. Porzucił więc wspólnotę, kiedy zdecydowani chrześcijanie podjęli działania zmierzające do jej rejestracji. (Wy jesteście u władz, za co? Bo wam władze coś obiecały?!)
    >Kiedy Paweł wystąpił, sołtys odmówił mu prawa do nabycia ziemi. Ale Pan Bóg tak naszykował, że pustą parcelą, o którą zabiegał renegat, zainteresował się zakład karny w Moszczańcu. Lepiej było zgodzić się na Pawła.
    – Pan Bóg tak mi otworzył drzwi – stwierdza z zadowoleniem Paweł.
    Na Śląsku, gdzie była rodzinna wieś Pawła, dziś jest gęsto zaludnione osiedle. Miał kiedyś katastroficzny sen o tej ziemi: Główna droga porośnięta trawą, bo nie ma komu jechać do wsi. Nic tylko ruda ziemia. Nie wiadomo, czy po trzęsieniu ziemi, czy jaki meteor. Po tej drodze szła mama, a z nią trzy siostry. Wszystkie płakały. A ja byłem w ogrodzeniu między żerdziami. Nie za kratami, a czułem się tak, jakbym był więźniem, niewolnikiem. Cóż to za niewolnik, kiedy mogłem w każdej chwili wyjść? Ale nie wychodziłem. Miałem ze sobą duży kosz na siano, grabie, widły, łopatę i kosę.
    Dokładnie tam, gdzie według snu Pawła ma się zasypać, mieszka dziś jego córka z mężem i dziećmi. Hodują paprykę w szklarniach. Paweł nieustannie ostrzega córkę przed kataklizmem i zawsze córka go uspokaja: To się stanie, jak już będzie po papryce.
    Paweł ma świadomość, że w każdej chwili może wrócić na Śląsk i zamieszkać u córki, ale z pewnością tego nie zrobi. Już się tak przyzwyczaiłem do tego pustkowia, że tam nie, już absolutnie nie!
    W baraku u Pawła wiszą dwa stare zegary. Jeden rodzinny, przywieziony jeszcze ze Śląska – ten zegar jest popsuty. Drugi, kupiony ze złomu, gdzie po śmierci męża przyniosła go pewna wdowa razem ze szpargałami, co do których przydatności zupełnie nie miała rozeznania. Zegar śląski wisi wyżej, ten ze złomu niżej.
    – Niech górny zegar spoczywa, a dolny idzie! – zarządził Paweł.

Sen

    Po przybyciu do Słoczy Paweł miał sen. Chodził po polu zmartwiony, obok niego dreptał trzyletni chłopczyk ubrany w płaszczyk w kratkę. Nad ich głowami latało mnóstwo samolotów wojennych. Leciały ze wschodu na zachód. A dzień był pochmurny.
    Pierwsza urodziła się Pawłowi córeczka – to ta, co hoduje paprykę na Śląsku. Kiedy miała trzy latka, dostali dla niej w prezencie płaszczyk, dokładnie taki, jaki się Pawłowi przyśnił.
    Żona miała bardzo ciężki poród, dlatego po narodzinach córki życzyła sobie tak robić, żeby dzieci nie było. Potem zmieniła zdanie. Chłopak urodził się ciężki (4 kg).
    Kiedy żona była w ciąży z drugim dzieckiem, umówili się, że jeśli będzie to syn, zostanie wychowany w wierze
ojca,jeśli córka - w wierze matki. Ponieważ urodził się syn, był więc wyznania Pawła, czyli nie chodził do żadnego kościoła, co irytowało teścia - zaangażowanego prezbiterianina - do tego stopnia, że dziad posunął się do szantażu. Kupił pasiekę i obiecał ją wnukowi, jeśli rodzice zapiszą go do Kościoła ewangelickiego. Paweł z żoną się nie ugięli. Pasiekę dostał inny wnuk. (Paweł z zadowoleniem o innym wnuku: Ożenił się potem z katoliczką, zaczął wódkę pić, palić papierosy i żona przestała z nim żyć.) Pawła bardzo postępowanie teścia zmartwiło.
    Pewnego dnia, kiedy chłopczyk miał już trzy latka, wybrał się Paweł z synem lucernę postawić do kupek. Dzień był pochmurny. Ciągło od północy aż hej! A lipiec. A zimno. Ubrał więc synka w ciepły płaszczyk w kratkę, z którego córka już zdążyła wyrosnąć. (Potem schował ten płaszczyk do ula i tam myszy go zjadły, tak że do dziś zachował się jedynie mały jego fragment, ale nie bardzo wiadomo, gdzie leży.) Wziął grabie i poszli w pole. Idzie i martwi się pasieką, której syn nigdy nie dostanie. Nagle usłyszał okropny szum. Nad ich głowami przeleciało trzydzieści samolotów wojennych. Właśnie trwały pokazy lotnicze.

Żona(2)

    Paweł o żonie:
    – Można z nią było konie kraść. Co to znaczy? Że umie tajemnicę zachować. Jest fizycznie sprawna. Żeby konia ukraść, trzeba mieć też odwagę, spryt. I miała to. Choć nie kradła.
    Była dobrą żoną. Nie trzeba było się z nią awanturować. Spokojna była. Z nią się nawet dobrze rozmawiało – bo lubiła wysłuchać i małomówna, ale jak powiedziała, to tak...
    Bardzo, bardzo dobra, ale troszeczkę jej brakowało. Nie była samodzielna. Łatwowierna – dała się okraść Cygance.
    W okulizacji szybka i staranna
(okulizacja – uszlachetnianie róż w szyjce korzeniowej).
    Chyba ona się więcej poświęcała...
    Uśmiechu troszeczkę było... ale za dużo nie.
    Ciekawa rzecz, jak mi raz powiedziała, że odchodzi i zabiera dzieci, to ja powiedziałem: „Wiesz, Helu, ty pójdziesz, zabierzesz mi dzieci, to i życie moje pójdzie, to ja się powieszę chyba albo coś, bo tak... tego...”. I odszedłem krowy poprzestawiać, bo pasły się na łące. Przychodzę, a ona płacze i mówi: „Zmieniłam zdanie! Nie będę już tak robić”. Słowa dotrzymała.

    Paweł troszkę się zapędził w opowieści o żonie, o których potem wolał, żeby nie zostały opowiedziane. (Jest napisane: co komu szepczesz do ucha, wróble będą na dachu ćwierkać.) Następnej nocy miał sen. Śniło mu się, że jest goły całkiem i taki nagusieńki idzie między ubranymi ludźmi, którzy się z niego śmieją.
    – Wstydzę się bardzo. Gdzieś portki zgubiłem, gdzieś koszulę...
    Ten sen potraktował jak ostrzeżenie. Dlatego prosił, żeby niektórych historii o żonie nie pisać, żeby sen się nie spełnił. Te historie trzeba więc pominąć.
    –Żona była bardzo dobra, ale przed Bogiem była zła.
    W ocenie Pawła Bóg ma do niej uraz, że pewnej październikowej niedzieli zawiozła męża do swojego ojca, wiedząc że ojciec zamierza mężowi urządzić haję, czyli wielką awanturę. W czasie awantury teść wytknął Pawłowi, że nie chodzi do kościoła ewangelickiego, że jest kociarzem, w końcu oświadczył, że każdy, kto czyta Biblię, głupieje, bo Biblia jest zgorszeniem. Za to zdanie teścia do końca życia Paweł winił żonę. Kiedy umierała na raka mając zaledwie 48 lat, oferował jej modlitwę w intencji ozdrowienia, ale pod warunkiem, że przeprosi Boga za słowa ojca. ( Bo jak można prosić, jeśli się taki grzech nosi?) Nie przeprosiła. Przy ostatnim widzeniu straszył:
    – Zabierają cię już, jak to jest z tobą? Przeprosiłaś? Bo jeżeli nie, to szkoda się modlić!
    – Daj mi spokój z tymi sprawami!–
syknęła. Wkrótce odeszła i przed Bogiem pozostała zła.
    Kiedy żona umarła, cała wieś postanowiła pojechać na pogrzeb na Śląsk, żeby pokazać, jak dobrze nas traktowali, ironizuje Paweł. Umarli niech chowają umarłych, odpowiedział im Paweł i wyjazdu na pogrzeb odmówił. Potem jednak się złamał i pojechał. Przeprosił nawet teścia ( nie wiem, za co). Prowadzony przez trzecią żonę teść warknął mu jedynie:
    – Ja bym ci coś powiedział, ale nie będziemy się przed kościołem wadzić.

Dom

    Żony już wtedy nie było. Mieszkał z dziećmi w pokoju wynajętym od sąsiadów i próbował zbudować własny dom, ale budowa mu nie szła. Najpierw nie miał pieniędzy na materiały budowlane. Na kredyt nie miał co liczyć, bo mało zarabiał. Kiedy zdobył pieniądze, przyszedł kryzys i nie można było materiałów kupić. Wypowiedziano mu pokój. Przeniósł się więc z rodziną na plac budowy. Mieszkali pod folią ogrodniczą. (Pamiętam pogodną październikową noc. Na dworze było minus 8 stopni. Widziałem księżyc w pełni. Gwiazdy rozmazywały się na folii...) Syn spał z nim pod folią, córka chodziła na noc do sąsiadów. Wracała z samego rana, tak że dnie spędzali wspólnie. Potem przenieśli się do Michałówki. Była to chata należąca do Michała, który mieszkał w sąsiedniej wsi. Michał zadłużył się i było ryzyko, że za długi zlicytują mu chatę. Liczył naiwnie, że kiedy Paweł w niej zamieszka, chata nie zostanie mu odebrana. Potem Michałówka została sprzedana i Paweł wrócił na swój plac. Kupił drewniany barak z budowy, przeniósł go i mieszka w nim po dziś dzień. (Jak było na polu minus 29 stopni, a przy gruncie minus 30 stopni, to koło łóżka miałem minus 10, a powiew był taki, że ręczniki koło łóżka na sznurku bujały się.) Żeby się trochę dogrzać, zapuścił długą brodę, która mu czasem zamarza. Nie uważa tego baraku za swój prawdziwy dom. Na wszelki wypadek przechowuje na podwórzu pod blachą dębowy próg z domu, w którym się urodził. Kto wie, może jeszcze da się go gdzieś wykorzystać?

Msza(1)

    Oderwałem się od pisania i puściłem z domu lasem wystraszonych drzew, na most, z którego widać było skarpę, na niej zamek i kościół z krzyżem aspirującym do serca płonącego na niebie. Kazanie było o cudach.
    Nie może być uzdrowienia bez jednoczesnego odpuszczenia grzechów, twierdził kaznodzieja.
    W przypadku choroby zalecił więc żebranie o obie te rzeczy jednocześnie, tj. o cud uzdrowienia i uwolnienie od grzechu. Doradzał przy tym dobry nastrój i pogodną twarz, co, jak zapewniał, zwiększa skuteczność modlitwy.

Stróż

    Paweł uważa siebie przede wszystkim za ogrodnika. Jego wiązy szczepione na prostych bukowych pniach tworzą bramy do niejednego gospodarstwa w okolicy. Ale mimo tych upodobań posadę stróża także poważał. Nigdy w czasie pracy nie spał, choć pracował co drugą noc. Stróżował w zakładach futrzarskich.
    Paweł:
    – Strasznie się tam kradło, tam stróż czasami przyszedł o głowę (znaczy, że życie stracił).
    Stróżowali we dwójkę, Paweł i taki, co siedział w więzieniu za morderstwo kolegi z pracy (skręcił mu kark, a ciało wetknął do kanału). Zdarzyło się pewnej chmurnej nocy, że już Pawła trzymał za głowę.
    – Ale tak z miłością on to robił! „Ha, oj ha! Pawełku!”, on mówił. Tak mnie wziął koło karku, a ja zesztywniłem kark i wyrwałem się.
    Po tej przygodzie w czasie stróżowania kolegi raczej unikał. Zaczął też nosić za pazuchą pałkę, na okoliczność gdyby kolega raz jeszcze go podszedł (wtedy bym mu wywinął). Wkrótce Paweł zwolnił się z tej pracy, bo zajęcie było niebezpieczne, bo to nie było takie dobre być takim wścibskim, bo tak mu doradził wujek i w końcu z tej głównie przyczyny, że nie miał do tej pracy przekonania, a jest przecież napisane: Co czynicie, czyńcie z wiarą. Zabrał się za hodowlę królików.

Oszustwo

    Kiedy Paweł zarobkował hodując króliki, zdarzyło mu się oszukać człowieka. Oddając skórkę do skupu, ukrył jej wadę, przez co została wyżej sklasyfikowana niż powinna, a Paweł dostał za nią więcej pieniędzy, niż mu się należało. Wyszedł ze skupu i zaczął się bać. (Bałem się, że jak będę Boga prosił o coś, to nie będę wysłuchany, bo mi zaś szatan powie: „Tyś okradł człowieka”.) Wrócił więc i przyznał się do oszustwa. Wspólnie z właścicielem skupu ustalili, że ten ostatni sprzeda skórę dalej jako droższą i dopiero jeśli ten numer nie przejdzie, Paweł będzie zobowiązany zwrócić nienależne pieniądze.

Królik

    Króliki przewoził Paweł koleją. Pielęgnuje w sobie niemiłe wspomnienie dwóch otyłych pań, z którymi podróżował kiedyś ze Śląska. Panie wracały z pogrzebu. Dokuczyły mu narzekaniem na królika, którego Paweł trzymał w pudełku (że uczulenie). Żeby te utyskiwania ukrócić, udał się Paweł do konduktora i uzgodnił z nim, że królika umieści na korytarzu, w skrzynce na urządzenia elektryczne. Tak zrobił. Tymczasem panie, ciągnąc wątek królika, zaczęły się posilać. (Paweł: A grube były, a jeszcze tak chciały nocą się dojeść.) Nieoczekiwanie pociąg zahamował i widelec wpadł im za siedzenie. Przyszedł konduktor. Wtedy one z miejsca zaczęły mu się żalić na królika, który przecież spoczywał w skrzynce na urządzenia elektryczne, i na widelec, że upadł. Konduktor je zbył (taki był grzeczny...) twierdzeniem o niemożliwości wydobycia widelca. Na to panie rzuciły się na kolana, zadarły kufry ku górze i tuż przed Krosnem udowodniły, że jednak widelec wydobyć się dał.
    – Znalazły, ale już nie pokuszały! – wspomina Paweł z uśmiechem. – Taka to była jazda w tym pociągu.

Tulik

    Tulik był Żydem z Sanoka, z którym Paweł się przyjaźnił i do którego kilka razy w roku jeździł z wizytą.
    W domu Tulika wisiało zdjęcie młodego Tulika z panną młodą. Tego związku nigdy nie miał okazji skonsumować. Żonę wyszukał mu ojciec. Potem był ślub, a kiedy już wszystko było na dobrej drodze, żeby się małżonkowie poznali, wybuchła wojna. Po jej zakończeniu żona wyjechała na Zachód, Tulik został w Polsce.
    Paweł przywoził Tulikowi miód i orzechy.
    Tulik czytał Pawłowi Pięcioksiąg. Paweł słuchał tego wytrwale, bo liczył, że kiedyś Tulik pozwoli mu przeczytać fragment Księgi Izajasza, mówiący o Chrystusie, ale ta kalkulacja zawiodła. Kiedy tylko próbował, Tulik krzyczał:
    – Nie wolno czytać to miejsce! Rabini zabronili!
    Paweł: – Nie pozwolił czytać, no to nie, no to trudno, nie chciałem mu tego robić.
    Księga Izajasza:

   Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy,
   i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać.
   Wzgardzony był i opuszczony przez ludzi,
   mąż boleści, doświadczony w cierpieniu
   jak ten, przed którym zakrywa się twarz,
   wzgardzony tak, że nie zważaliśmy na niego.
   Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie.
   A my mniemaliśmy, że jest zraniony,
   Przez Boga zbity i umęczony.
                                                   (Izaj. 53)


    Na przywożone przez Pawła miód i orzechy Tulik był łasy. Podejrzewał, że Paweł może uzależnić ich zostawienie od wysłuchania przez Tulika przytoczonych wersetów. Dlatego na wszelki wypadek miód i orzechy odbierał Pawłowi już w drzwiach. Dopiero potem siadali do ksiąg i zwykle rozstawali się w gniewie.

Książka

    Paweł doczytał się, że pierwsi chrześcijanie niszczyli złe książki. Ponieważ w posiadanym Vademecum lekarza chorób ogólnych dopatrzył się elementów czarodziejskich, więc wrzucił poradnik do pieca. Potem raz jeszcze przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że była to książka wartościowa. Udał się do księgarza, kupił nowy egzemplarz. Ma go.
    W swoim postępowaniu przyrównuje siebie do biblijnego króla Hiskiasza.
    – On dużo złego zlikwidował, on był taki reformator, już het po Dawidzie, było dużo złych królów, ale on był taki jeden potem lepszy król, no ale też jakiś błąd tam zrobił. Jeśli my będziemy takimi reformatorami, trzeba żeby błędu nie popełniać.

Dieta

    Jak twierdzi, miał raka na eśce. Dostał go po zjedzeniu chrupiących bułeczek z marmoladką i śliwek. Spuchł, nie mógł spać. Lektura Vademecum lekarza chorób ogólnych pozwoliła mu na opracowanie właściwej diety. Najpierw była to dieta radykalna.

    Dieta radykalna:
    Bób (stary, ale nie był spleśniały, tylko miał ciemną łuskę) i trochę zsiadłego mleka. A rogaliki i śliwki precz! Zjadł też w krótkim czasie 60 kg cebuli.
    Pomogło, wtedy przeszedł na dietę zwykłą.

    Dieta zwykła:
    Nic smażonego;
    Żadnego mięsa już parę latek;
    Wódki ani do naparstka;
    Papierosy – nie;
    Masło – też nie;
    Tylko olej roślinny;
    Różne kasze;
    Kapustę olejem okrasi;
    Chleb razowy;
    Czasami jajko, jak się zetnie.
    Gdyby nie przepuklina i troszeczkę prostata, byłby całkiem zdrów.
    Oprócz chrupiących rogalików i śliwek bardzo przestrzega przed spożywaniem zbyt dużej ilości orzechów. Po orzechach stolec nie ma twardego czubka, jak się od razu nie zdejmie portki, można narobić do portek. Do lekarza nie chodzi.

Cukrzenie

    W Vademecum lekarza chorób ogólnych doczytał się, że w środowisku słodkim organizm za dużo pierwiastków, minerałów nie przyswoi. Dlatego musi być ograniczone cukrzenie.
    Paweł twierdzi, że bieda poprawia mu relację z Bogiem.

Pierzga

    - Ciebie miód przy zdrowiu trzyma? – dopytują się Pawła schorowani sąsiedzi.
    - Nie miód, tylko pierzga – rzuca Paweł.
    - Pierzga? A co to jest pierzga?
    – Nooo... po naszemu, po śląsku, pierzga to inaczej percha.
    - Percha? A co to jest percha?
    - Pyłek kwiatowy.


Msza(2)

    Znowu oderwałem się od pisania, żeby pójść do kościoła. Z ambony padło pytanie: dlaczego jest tak mało cudów? Właśnie, pomyślałem sobie, dlaczego?! Z tego co zrozumiałem, Bóg wyposaża człowieka w potencjał, który ma mu pomóc w relacjach z Nim. Jeśli uzdrowienie nic nowego by do tych relacji nie wniosło, to jaką korzyść odniosłaby Opatrzność z uzdrowienia takiego człowieka?

Wanda

    Były cztery siostry: Wanda, Zosia, Helena i Rut. Z wszystkich czterech tylko najmłodsza wyszła za mąż. Pozostałe, mimo zbliżającej się czterdziestki, pozostały samotne. Przyjaźniły się z sąsiadkami Emilką i jej siostrą Alą też starymi pannami.
    Paweł:
    – Ładne dziewczyny dosyć są. Ale we wsi jest mało kandydatów. Mało jest, mało, mało, mało, mało. Czasami jest zlot i kandydaci są, ale potem ich ubywa i czasami zostanie trochę starszych panien, a jak mają zbyt wygórowane, wysokie... jak jest taką artystką, że ona sobie potrafi malować, przedstawić, że to musi być taki i taki, a nie taki...
    Prawie do wszystkich startował kiedyś syn Pawła i od każdej dostał kosza. Paweł mu radził:
    – Synu, nie żeń się z tymi dziewuchami, poszukaj innej. One nie mają radości i ty też ucierpisz z tego powodu.
    Ubiegłego lata Paweł stał na drodze i czekał na listonosza, który do wioski przyjeżdżał autobusem. Sto metrów dalej stała Wandzia, Emilka i Ala i o czymś (o kimś?) żywo dyskutowały. Pierwsza odłączyła się Emilka. (Paweł pamięta, że kiedy potrzebował pieniędzy, pożyczyła mu, o procentach nie chciała słyszeć.) Kiedy przechodziła obok, spytał:
    – Jechał autobus?
    – Nie mam czasu!

    Potem szła Ala, też odpowiedziała: Nie mam czasu! Na końcu Wandzia, również w niedoczasie.
    – Nie mam czasu – czy to jest trafna odpowiedź na pytanie o autobus?– pyta Paweł. Powinna powiedzieć: Nie zwróciłam uwagi. Zdaniem Pawła ta jednobrzmiąca odpowiedź świadczy o zmowie. Stojąc razem na drodze oklepały jego osobę, że samotny, że zawraca głowę gadką, że z pewnością nas znudzi, więc jemu najlepiej powiedzieć: nie mam czasu, krótko.
    Kilka dni później coś robił przy rowie. Wanda milcząc przeszła obok z banieczką na mleko.
    – Wandziu, przepraszam cię, czy ty się gniewasz?
    – Przecież ci powiedziałam dzień dobry!

    Oczywiście, że nie powiedziała. Skoro więc twierdziła przeciwnie, to zapewne jakiś robak ją gryzł, poszukała więc krótkiej wymówki. Tymczasem, zdaniem Pawła, stwierdzenie: przecież powiedziałam dzień dobry także jest nie do tematu. W zaistniałej sytuacji trafniej przecież byłoby powiedzieć: Odwal się, nie mam czasu.

    Ubiegłej jesieni idzie Paweł i widzi, że Wanda w ogródku coś grzebie.
    – Wandziu, co tam grzebiesz?
    – A posadziłam, posadziłam i coś tam grzebię i grzebię.
    – A coś posadziła?
    – Orzechów.
    – Ile?
    – Pięć, ale zgniły, czy coś.
    – Może myszy zjadły? Pięć... toś mało posadziła... A co to za odmiana?
    – Taka co gwoździem trzeba wybierać
(znaczy, że kiepska odmiana).
    – Posadź dobrych i 50. A nic się nie martw, bo mi myszy z sadu zniosły orzechy pod ul i tam drzewka wyrosły. Wykopię ci i w rondlu będą na ciebie czekały, bo ja idę do lasu. Przyjdź i sobie weź.
    Wanda po orzechy nie przyszła i wszystkie sadzonki zgniły. Nigdy nic od dziada nie chciały przyjmować. Tydzień później Wandzia wypatrzyła Pawła przez okno. Wyleciała w czerwonym płaszczyku na drogę i mówi:
    – Ja was wujku bardzo przepraszam, że ja tych orzechów nie wzięła. Mama nie pozwoliła...
    – Wandziu, a ile ty masz lat?

    W styczniu miał sen. Widział dwie osoby. Pierwszy człowiek w białym kitlu, przybrudzonym, ale nie od krwi, trzymał osobę owiniętą w prześcieradło w pozycji poziomej. A drugi wywlekał z nóg tej leżącej osoby różową tasiemkę. Wciąż ciągnął, a miał taką spoconą aż twarz i wygląd złoczyńcy, za co będzie na pewno ukarany. Paweł dopuszcza dwie interpretacje tego snu. Pierwsza, że człowiek o obliczu złoczyńcy był chirurgiem, który coś sknocił. Druga, że są to demony, które wyrządzają komuś z jego bliskich szkodę. Przy czym zauważył, że wyciągać taśmę to jakby życie wyciągać.
    Dłuższy czas Wandzi nie widział. W końcu zaczepił kogoś na drodze i spytał, co się dzieje, czy czasem nie pojechała za robotą, bo ją zwolnili, bo zlikwidowali fabrykę. Wtedy dowiedział się, że jest chora i nie może jeść.
    Gdzieś w kwietniu wiózł wózkiem odpady do skupu. Miał słomkowy kapelusz z rondem. Taka fajna pogoda była, dzień zaś przybywał, ciepło. Jedzie i słyszy:
    – Wandziu, chodźże, bo już wieczór – mówi matka do córki.
    Wandzia siedziała w foteliku na polu. Paweł uniósł kapelusz i zobaczył Wandzię po raz pierwszy po długim niewidzeniu. Zachorowała już w styczniu. Słyszał o jej chorobie i operacji, ale wszyscy zapewniali, że idzie ku poprawie (choroba w miejscu nie stoi). Kiedy więc zobaczył Wandzię, bardzo się ucieszył. Machnął kapeluszem do ziemi, a ona ślicznie się uśmiechnęła (ona miała buźkę dosyć ładną) i ładnie mu odpowiedziała.
    Paweł:
    - Widziałem w tym, że jej zależało, poczekała, choć matka wołała, uśmiechnęła się, odpowiedziała...
    Nawet nie dożyła tych dni, kiedy razem moglibyśmy być zbawieni.
Jedenastego października albo Wandzia umarła, albo był pogrzeb – tego Paweł dokładnie nie pamięta.

    – Dlaczego nie możemy czynić cudów? - Swego czasu to pytanie Paweł zadał ojcu.
    – Bo by nas prześladowali– padła odpowiedź, która zupełnie Pawła nie przekonała. Wynikałoby z tego bowiem, że od takiej aktywności powstrzymuje człowieka strach. W tej sferze Paweł go nie odczuwa, a cuda mu nie wychodzą.

    – Dlaczego nie możemy uzdrawiać? –spytał Paweł po śmierci Wandzi sąsiada, który ma regularne proroctwa.
    – Bo Pan Bóg słabych zabiera, bo ciężkie czasy idą.
    Odpowiedź przypomniała Pawłowi bajkę, jaką usłyszał w dzieciństwie.
    Paweł:
    - Idzie wilk z lisem na złodziejkę, winogrona kraść. Pożywili się winogronami z dołu. Wtedy wilk mówi do lisa: „Lisu, ale tam też są piękne, wyżej”. A lis nie chciał się przyznać, że nie da rady tak wysoko hopsnąć, to co powiedział? „Wiesz co, tam są zbyt kwaśne, mało dojrzałe”.

CZĘŚĆ 2

    Do tego domu prowadzą dwa wiązy szczepione na prostych bukowych pniach. Z pewnością szczepił je Paweł. Kiedy oglądałem drzewa, wyszedł z domu staruszek. Tak spotkałem Rudolfa Kanafka. Zachowywał się, jakby oczekiwał naszego spotkania.
    Straszliwie u niego zmarzłem. Okna pootwierane, a właśnie zaczęła się zima.
    – Wietrzę, żeby nie śmierdziało starym człowiekiem – tłumaczył się Rudolf i okien nie przymknął. Zaproponował gorącą kawę.
    Pytanie o cuda zbył krótko (całe moje nastawienie nie jest, aby chodzić w mocy i w cudach) i z miejsca przeszedł do rzeczy:

Pozycje

    Jak Rudolf przyznaje, w kształtowaniu jego przekonań religijnych największą rolę odegrało bezdzietne małżeństwo czeskich gospodarzy, u którego służył między piątym a siódmym rokiem życia, pasąc krowy. Obchodzili się z nim fatalnie, ale nauczyli go czytać po czesku i dali mu do ręki czeską Biblię.
    Rudolf:
    – Ja temu wszystkiemu wierzyłem bez zastrzeżeń, że to jest prawda.
    Z tym przekonaniem nie rozstał się Rudolf do dziś.
    W przytułku nauczył się polskich liter i Biblię czytał już po polsku. Siostry wymagały uczenia się obszernych fragmentów na pamięć, tak że opuszczając przytułek jak to sam określa - z Biblią byłem obtrzaskany.
    – Żadnego zwątpienia co do Biblii nie miałem nigdy. –
Rudolf miarowo uderza kantem dłoni o blat stołu. - Miałem zwątpienie co do niektórych ludzi, o których myślałem, że są na takim poziomie, a potem się okazywało, że nie są na takim.
    Jeszcze w przytułku, Rudolf miał może dwanaście lat, bardzo poważna pani, profesorka w gimnazjum i osoba szanowana, dała mu książkę o rozmaitych przeżyciach Hindusów autorstwa europejskiej kobiety („Rudolfku, ty jesteś taki poważny, ja ci tu dam bardzo poważną książkę”). To, co przeczytał, określa jako bardzo piękne. A jednak zawarte w książce proroctwo autorki, że będziemy klękać przed Hindusami, aby nam coś udzielili ze swej mądrości, w przypadku Rudolfa zawiodło. Zniechęcił go system kastowy.
    Rudolf:
    - Kiedy cień pariasa padł na bramina, to ten bramin był nieczysty. Nie tak nauczał Chrystus, który obracał się między najbiedniejszymi.
    Kiedy Rudolf miał dwadzieścia lat, astrolodzy odkryli, że jest urodzony pod szczególną gwiazdą. Zainteresowali się chłopcem. Dostał książkę Kształtowanie duszy. Lektura zawierała zbiór ćwiczeń rozłożonych na 21 lat, w trzech siedmioletnich cyklach. Celem tych ćwiczeń było postawienie duszy na wyższym poziomie, w efekcie po 21 latach ćwiczeń wytrwały kursant powinien osiągnąć poziom anioła. Była to propozycja kusząca, jak zauważa Rudolf, ale zarazem nie do przyjęcia, bowiem w Biblii jest napisane: ...kto zaś straci duszę swoją dla mnie, ten ją zachowa (Łuk. 9, 24). Porzucił astrologów.
    To było już w Czechach po przewrocie komunistycznym. Rudolf pracował w fabryce jedwabiu we Frydku-Mistku. Znał się na normach, które jego szef powinien znać, ale ich nie poznał, skoro mógł korzystać z wiedzy Rudolfa. A że Rudolf do pomocy był chętny, więc go szef polubił i awansował, aż do momentu gdy dalszy awans zależał od właściwego światopoglądu. Z Rudolfa należało zrobić komunistę i szef zaczął czynić w tym kierunku wysiłki.
    – Ty przyniesiesz mi książkę o Leninie, a ja tobie Nowy Testament – zaproponował Rudolf, dostrzegając te starania. – Książka od Lenina taktownie nie była gruba. Myśli o sprawiedliwości, równouprawnieniu, to wszystko bardzo mi odpowiadało, choć zdawałem sobie sprawę, że to jest duch materialistyczny. Gdybym to dostał 10 lat wcześniej, kto wie, czyby ze mnie nie był tęgi komunista.
    Dwa tygodnie później szef zaprosił Rudolfa do domu. Wyznał mu tam, że również wierzy w Boga, i dał do poczytania staroindyjski poemat Bhagawadgita. Znowu książka hinduska, znowu o kształtowaniu ducha. Rudolf przeleciał kilka rozdziałów i zwrócił bez komentarza.
    Jakoś niedługo po tym Rudolf pojechał z synami do Pragi, poznać autora budujących broszurek religijnych, człowieka wierzącego i studiującego Biblię. Przyjechali tam też ludzie z Cieszyńska, zorganizowano zgromadzenie, w czasie którego znowu usłyszał o Bhagawadgicie. Starsza kobieta wstała, żeby się zwierzyć:
    - Ja jak jestem zmęczona, to sobie wezmę Bhagawadgitę.
    – A co to za książka?- rzucił Rudolf. – A czy ona prowadzi do zbawienia? – drążył. – Ta książka prowadzi na bezdroża!
    – Tak się nie możesz wyrażać o
Bhagawadgicie! - zaoponował poważny brat.
    – Rzeczywiście to jest piękna książka dla ateistów, ale nie dla ludzi, którzy wierzą w Boga naprawdę – trwał Rudolf przy swoim.
    – To były takie pozycje, że gdybym ja nie miał tego gruntu biblijnego, tobym podpadł – podsumowuje Rudolf.

Bhagawadgita

    Kiedy sięgnąłem w domu do Bhagawadgity, natrafiłem na rozdział XVI (Natury Boskie i Demoniczne), gdzie było napisane:

    Tekst 6
    ...w świecie tym są dwa rodzaje istot. Jedne z nich nazywane są boskimi, drugie – demonicznymi. (...)

    Tekst 7
    Demony nigdy nie wiedzą, co należy czynić, a czego nie należy. Nie cechuje ich ani czystość, ani właściwe zachowanie, ani prawdomówność.

    Tekst 8
    Twierdzą oni, że świat ten jest nierzeczywisty, nie ma żadnych podstaw i nie kontroluje go żaden Bóg. Zrodził się on z pragnienia seksualnego i nie ma żadnej przyczyny ponad chuć.

    Tekst 10
    Przyjąwszy schronienie nienasyconej żądzy, powodowane dumą i fałszywym prestiżem, a tym samym pełne ułudy, takie demoniczne osoby na zawsze przypisane są nieczystym pracom i przyciągane przez to, co nietrwałe.

Branhamowiec

    Podobno jest jeden Bóg (Jezus Chrystus), należy więc chrzcić tylko w jego imieniu (a nie w imieniu Trójcy Świętej). Ma na to wskazywać kanon Euzebiusza, według którego Chrystus miał powiedzieć: ...chrzcząc w imię moje... Całą sprawę wyświetlił William Branham i od jego nazwiska osoby podzielające ten pogląd nazywa się branhamowcami.
    Rudolf zaczął czytać kazania Branhama. Od razu doszedł do wniosku, że to nie mógł napisać człowiek sam od siebie, że to jest od Boga. Przyznaje, że Branham za życia popełnił wiele błędów (prowadził życie rozmaite), wszystko to jednak dla Rudolfa są sprawy mało istotne. Zdystansował się więc wobec zdecydowanych chrześcijan, do których wcześniej przybliżyła go należąca do tej wspólnoty żona, i został ochrzczony raz jeszcze, tym razem wyłącznie w imię Jezusa Chrystusa. Chrzcił go Frank, który nawracał na wiarę Branhama. Żona Rudolfa także została ochrzczona w imię Jezusa Chrystusa. Ich dzieci i wnuki też.

O doskonałości

    Już kiedy Rudolf zamieszkał w Słoczy, solidny młodzieniec i katolik opowiadał mu o zdarzeniu, jakie miało miejsce w pobliżu wioski. Traktorzysta-katolik wpadł do rowu. Przejeżdżało trzech traktorzystów zdecydowanych chrześcijan. Żaden się nie zatrzymał i nie pomógł.
    – To smutne – stwierdza Rudolf. – Czy o branhamowcach też bym mógł taką historię opowiedzieć? Oczywiście tak.

Msza(3)

    Znów byłem w kościele. Z ambony padło pytanie: Dlaczego Jezus posłał apostołów, skoro w decydującym momencie skrewili?

Rodowód

    W 1538 roku Ferdynand I, syn Filipa Pięknego i Joanny Szalonej, król Czech i Węgier, przyszły cesarz rzymsko-niemiecki, wydał edykt, który zmusił husytów do ucieczki z Czech. Niektórzy schronili się w Polsce, między innymi w Zelowie.
    Niecałe czterysta lat później w Zelowie w rodzinie czeskich imigrantów przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię Rudolf. Ojciec umarł przed jego urodzeniem. Matka, kiedy miał pięć lat. Został ojczym, który był bardzo niezaradnym człowiekiem.
    Rudolf:
    – Nie winię go za to, że był niezaradny, po prostu taki był.
    Rudolf wylądował w przytułku dla sierot ewangelickich w Warszawie na Lesznie.

Baron

    Ludwik Mieczysław Kronenberg nie mieszkał w pałacu przy Królewskiej w Warszawie i nie był bankierem, jak reszta rodziny. Pochodził z bocznej linii Kronenbergów. Baronem został pod koniec życia. Bardzo zamożny nie był, ale mógł sobie pozwolić na wynajęcie luksusowego czteropokojowego mieszkania. Nigdy się nie ożenił.
    Rudolf:
    – Ludwik Mieczysław Kronenberg był w typie ludzi niezdolnych do żeniaczki. Nie miał odwagi troszczyć się o żonę, potem dzieci. Ja takich ludzi kilka znam.
    Kiedy w styczniu 1932 r. zmarła matka barona, został sam. Udał się wtedy do przytułku dla sierot z prośbą o chłopca do towarzystwa. Wybrał trzynastoletniego Rudolfa. – Wybór padł na mnie, bo byłem ładny, grzeczny, spodobałem się. To było we wtorek w lutym.
    Tymczasem na wsi zostały dwie siostry Rudolfa, które żyły w nędzy. Rudolf nie poprosił opiekuna o pomoc dla sióstr, bo bał się, że opiekun go odstawi. Dyskomfort, jaki z tego powodu odczuwał, zrodził pragnienie, aby w przyszłości zamieszkać między biednymi i pomagać im. Stąd późniejszy pomysł, żeby zostać pastorem - niestety, kiepsko mu szło z kazaniami (nie potrafiłem kazać). Za kilka lat wyszuka więc sobie misjonarza, który zgodzi się wyjechać z Rudolfem na wieś. Misjonarz będzie miał się zajmować duszpasterstwem, a Rudolf stroną organizacyjną. Pomysł chybi.
    Rudolf:
    –Dzisiaj na stare lata stwierdzam, że nie byłem zdolny ku takiej czynności, że to była moja wyobraźnia, moja fantazja, pragnienie moje.

Opieka

    Przez dziesięć lat, jakie Rudolf spędził przy baronie, od strony materialnej był syty (fortepian, kolorowe gazety francuskie, wyścigi konne, łódki, w Paryżu francuskie obsługiwaczki bardzo są miłe). Dostał lampkę na trzy baterie. Na drugie śniadanie do szkoły zabierał dwa biszkopty z 50 g czekoladką w środku.
    Rudolf naciągał barona na prezenty dla dzieciaków z przytułku.
    Baron się nudził. Rudolf mu tę nudę trochę zapełniał (Warcaby razem, zdaje się, że nawet szachy, a później w brydża – kolega nauczył mnie, jak można grać w brydża w dwie osoby).
    Baron nie zastępował Rudolfowi ojca (rodzinny stosunek to nie). W listach Rudolf zwracał się do niego Szanowny Opiekunie – wielką literą jedno i drugie.
    W ocenie Rudolfa baron przez zajęcie się jego osobą podniósł swój społeczny prestiż.
    Rudolf:
    - Ludzie go podziwiali, że on jest taki dobry człowiek, taki szlachetny, zaopiekował się sierotą i miał dobrą opinię z powodu mnie, a ja byłem taki dość reprezentacyjny chłopczyk, tak że hańby mu nie robiłem.
    Rudolf prowadzi pamiętnik. W tym pamiętniku przed laty podliczył, że baron wydawał na niego 10 razy więcej niż przytułek. A jednak dziś ocenia, że wcale nie czuł się dziesięć razy szczęśliwszy.

Kolonie

    Rudolf zdążył z maturą, jeszcze zanim wybuchła wojna. Temat maturalny z niemieckiego: Dlaczego Polska potrzebuje kolonii?
    Rudolf:
    – Dostałem dobry, ale bardzo dobry nie, a jestem przekonany, że się bardzo dobry należało.

Studia

    Studia. Zgodnie z wcześniejszymi planami były to studia teologiczne. Dlaczego Rudolf wytrwał na nich tylko pół roku? Na to pytanie Rudolf udziela bardzo wielu różnych odpowiedzi. Dla przykładu: Nie śpiewałem Gaudeamus igitur, bo to jest pieśń pogańska. Ale chyba najbardziej szczery był, kiedy wyznał: – Rzuciłem studia, bo nie byłem w stanie dwóch godzin wysiedzieć na wykładach. Dziś chętnie bym mówił po grecku czy hebrajsku, ale na wykładach słyszałem słowa, których pamięć nie przyjmowała. Zostało mi to do dziś.
    Chodzi o to, że Rudolf jest niezwykle letargicznym człowiekiem. Pije trzy kawy dziennie, zawsze po odpoczynku, bo wtedy jest letargiczny szczególnie. Właśnie ta przypadłość sprawiła, że w drodze zawodowej Rudolf musiał poszukiwać pracy, która wiązałaby się z ruchem. Ruch jak kawa, zawsze troszkę go cuci.
    Tuż przed wojną podczas spaceru Rudolf powiedział do Kronenberga, że przydałoby mu się 10 tys. zł (eleganckie auto), żeby mógł wykształcić się na inżyniera organizacji pracy.

Cham

    Po krótkim epizodzie studenckim Rudolf przeniósł się do Milanówka pod Warszawą i podjął pracę w fabryce jedwabiu, do której Kronenberg włożył kapitał. Zamieszkał w willi, w której wynajmował mieszkanie dyrektor fabryki. Właścicielka posesji podtrzymywała rodzinny obyczaj organizowania Gwiazdki dla ubogich dzieci. Rudolf zapamiętał ją z furą prezentów na rękach krzyczącą do baraszkujących po całej willi dzieci: Nie widzicie, chamy, że ja tu z prezentami idę?!
    Gdybyś wiedziała, że ja też jestem z takich chamów, tobyś sobie mną głowy nie zawróciła,
pomyślał wtedy. – A ona sobie mną głowę zawróciła.

Żona(1)

    Rudolf miał kilkanaście lat, kiedy zakochał się po raz pierwszy. Nigdy z tą dziewczyną nie zamienili ani słowa. Nie to, żeby go onieśmielała, po prostu nie złożyło się. Zmarła na suchoty w wieku 17 lat. Wtedy Rudolf pomyślał sobie, że jak by miał się ożenić, to z taką tylko, która by mu przypominała nieboszczkę.
    Pół roku później w Milanówku poznał pastora ze Śląska, który zaprosił go do siebie. Rudolf wskoczył na rower i pojechał. W czasie podróży przydarzył mu się nocleg w Pszczynie, w niemieckiej szkole gospodarstwa domowego prowadzonej przez niemiecką zakonnicę (Rozalię Siwek). Siostra była zaprzyjaźniona z zakonnicami z przytułku, w którym był Rudolf, zanim trafił do barona, więc nie było problemu z noclegiem. Podwieczorek podała dziewczyna, która wyglądała właśnie tak, jak ta, co umarła na suchoty. Rudolf nie zamienił z nią ani słowa.

Kariera(1)

    Po wkroczeniu Niemców Rudolf wystarał się o prawa takie jak volksdeutsch i wyjechał w rodzinne strony, do Zelowa, gdzie podjął pracę w gminie. Jako urzędnik niemiecki zajmował się spisem ludności. (Miałem kontakt ze wszystkimi ludźmi: Niemcy, Polacy, Żydzi, nawet Czesi.) Mógł awansować na kierownika mleczarni, ale Kronenberg wysłał mu list z prośbą o powrót (błagalny list aż wrócę), więc wrócił do Milanówka. (Baron bardzo się do chłopaka przywiązał i oczekiwał stałej obecności.) Pracował w administracji folwarku koło Milanówka.
    Właściciel majątku, mecenas Szyszkowski, nie miał najlepszych relacji z żoną. Rudolf trzymał stronę mecenasa. Kiedy więc zabiegany mecenas wpadł pod pociąg, jednym z pierwszych zarządzeń wdowy było wyrzucenie Rudolfa z pracy.
    Rudolf:
    - Zarządca bardzo solidny człowiek był, mnie to tak bardzo delikatnie powiedział, ja zrozumiałem i poszedłem.
    Tej nocy, kiedy Rudolfa już nie było, przyszli Niemcy i aresztowali w majątku mężczyzn. Zostawili tylko zarządcę i jednego ku koniom.

Jędrek

    Usiłuję się skoncentrować nad pisaniem. Nie jest to takie proste, bo w holu Jędrek z Gór naprawia drzwi. Jędrek jest bardzo nerwowym człowiekiem. Trzeba go cały czas uspokajać, żeby się nie zdenerwował, bo wtedy rozrabia, a to mogłoby podrożyć koszty naprawy felernych drzwi. Puściłem muzykę relaksującą. Teraz ja jestem zły, bo nie mogę się przy tej muzyce zmobilizować do pracy. Podobnie Jędrek, tylko że jemu ten fakt wcale nie psuje nastroju. Albo jodłuje, albo recytuje wierszyki.
    Wierszyk wyrecytowany przez Jędrka:

    Kobieta to stworzenie boże,
    Które powinno stać w oborze.
    Ino przez wzgląd na kształt dupy
    Wziął je chłop do chałupy

Żona(2)

    Pięć lat po tym, jak Rudolf spotkał w niemieckiej szkole gospodarstwa domowego Rozalii Siwek dziewczynę, która wyglądała dokładnie tak jak ta, co umarła na suchoty udał się do przełożonej przytułku (Była dla mnie jak matka, dobra matka, bardzo się o mnie troszczyła), która ciągle miała nadzieję, że będzie z niego dobry duchowny, i oświadczył, że przydałaby mu się żona, która pomogłaby przy schorowanym już baronie.
    – A masz jakąś dziewczynę?
    - Mam.
    - Kogo?
    - Uczennicę z klasztoru w Pszczynie.
    - Mówiliście ze sobą?
    - Nie.
    - Może ona już kogoś innego ma?
    - Nie.

    Napisał list i został przyjęty. W ciągu najbliższych pięciu lat dorobił się pięciu synów. Wszystkie plany dotyczące dźwigania polskiej wsi okazały się nierealne.

Pożyczka

    Kronenberg zmarł jeszcze w czasie okupacji niemieckiej, w 1942 roku. Dziesięć tysięcy, które zapisał Rudolfowi w testamencie, stanowiło równowartość kilku worków mąki. Rudolf pożyczył te pieniądze koledze i nigdy ich nie odzyskał. Nigdy też o nie się nie upomniał.
    Rudolf wyjechał z Warszawy 1 sierpnia 1944 roku, o godzinie 15.30. O siedemnastej wybuchło w Warszawie powstanie.
    Rudolf:
    – O powstaniu nie wiedziałem, a znając moje usposobienie bym został.
    Wielki pożytek by z tego nie był, skoro Rudolf zaciągając się wcześniej do polskiej partyzantki przysiągł sobie, że nigdy do człowieka nie strzeli.
    Kolega, któremu Rudolf pożyczył pieniądze, powstanie przeżył w Warszawie. Wszystko stracił i oko stracił. Po wojnie kolega wyjechał do Kalifornii. Słał do Rudolfa listy, czy mu czegoś nie potrzeba. Rudolf swoich potrzeb nie ujawnił. (Nie naciągałem go, ja w powstaniu nie byłem, więc to musiałem uznać u niego.)

Kariera(2)

    Wojna dogorywała, Rudolf pojechał do żony, do Cieszyna. Chciał być nauczycielem na wsi, ale znowu nie wyszło. Poszedł do Zarządu Tymczasowego, który zajmował się spisywaniem majątku porzuconego przez uciekających Niemców. (Rudolf: Cosik zarobiłem, cosik ukradłem.) Praca nie zadowalała go, a lepsza się nie trafiała. Przeniósł się na stronę czeską, do wioski, w której znajdowała się ojcowizna jego żony.
    Zatrudnił się w nieodległym Frydku-Mistku, w fabryce jedwabiu, gdzie zrobił wielką karierę. Jego działania miały się przyczynić do 15% wzrostu produkcji. Właśnie tam pierwszy raz zetknął się z proroctwem Franioka. Prorok przepowiedział: Przyjdzie coś, co będzie niebezpieczne dla tych, którzy będą do tego zaplątani, ale kto nie będzie brał udziału w tym, nic mu to nie zaszkodzi. Tak jak pociąg, kiedy jedzie, jest niebezpieczny dla tych, którzy stoją na torach, ale nic nie uszkodzi tym, którzy stoją na peronie. Po trzech tygodniach był przewrót lutowy w Czechach. Komuniści przejęli władzę. Rudolf polityką się nie interesował i na przewrocie nie ucierpiał. (Było kilka samobójstw, kilku wymordowali. Nie śledziłem tego. Nie byłem zaplątany do tego. I nic mi się nie stało.) Zostawił tę pracę, bo zauważył, że system norm, którym się opiekował, wszedł na zupełnie złą drogę. Przeszedł do huty żelaza w Trzyńcu, także po stronie czeskiej.
    – W hucie pracowałem jako robotnik, jeździłem na suwnicy, ale wiedziałem, kim jestem.
    Tam również się wykazał. Zanurzał żelazo w kadzi z kwasem. Były trzy takie kadzie. Pewien inżynier chciał, aby wybudowano czwartą. Rudolf wyliczył, że byłoby to zbędne. W Trzyńcu usłyszał o pierwszym proroctwie Franioka: Jeszcze w czasie wojny Anglicy zrzucili ulotki na hutę trzyniecką, że będą ją bombardować. Wszyscy się wystraszyli. Tymczasem prorok miał objawienie, że nalotu nie będzie, tak więc przyszedł do pracy spokojny i uśmiechnięty: Choćbyście mi kazali na ten najwyższy komin wleźć, tobym wyszedł. Spadły dwie bomby w okolicy Trzyńca. Żadna nie sięgnęła huty.
    Franiok wydał się Rudolfowi prorokiem wiarygodnym. Kiedy więc usłyszał od niego proroctwo o zniszczeniu miejsca, w którym żył, postanowił uciekać do Polski.
    Rudolf:
    – Ja jak się dowiedziałem, że mamy iść do Polski, ucieszyłem się bardzo. Nie z tego powodu, że tamto będzie zniszczone, tylko z tego powodu, że przyjdziemy do Polski pokazać, jak żyć.

    W Polsce został rolnikiem. Chodził też koło posady instruktora rolnego na wsi. W tym celu wyrobił sobie sympatyczne stosunki z wyższą rybą na powiecie krośnieńskim. Niestety i wyższa ryba nie pomogła, skoro Rudolf nie miał ukończonego technikum rolniczego. Teraz jest emerytem.

Narodowość

    Kiedy uciekał do Polski, urzędnik spytał go o narodowość. Niech pan pisze polska, ja już z Czechami nie mam nic wspólnego. Wiem o tym, że jestem pochodzenia czeskiego, ale zainteresowanie moje jest tutaj, z tymi sprawami, które są w Polsce, a zainteresowania moje w Czechach by nie miały żadnej podstawy, żadnej potrzeby. Wszystkie moje pragnienia tam nie są potrzebne. Tu są potrzebne.

Zwątpienie

    Ludzie w następstwie proroctwa przenieśli się do Słoczy, ale tam, skąd uciekli, nic się nie zniszczyło. I część z tych, co się przeprowadziła, zaczęła wątpić, że wszystko będzie zniszczone. Rudolf nie chce drążyć tego tematu. Dla niego nie jest ważne, czy tam, skąd uciekli, wszystko się zawali, ważne, że Bóg poprzez swoje proroctwo skierował ich do Polski i że utworzyli tu przykładne wioski.

Szczątki

    Opowieści Rudolfa dotyczące pobytu w Słoczy są raczej szczątkowe, raczej odnoszą się do czasów najświeższych, raczej do kwestii religijnych, czasem rodzinnych. Rudolf chwali się synem, który osiągnął to, czego nigdy nie udało się ojcu – jest jednym z bardzo wybitnych kaznodziei. Jego modlitwy leczą chorych. Tu Rudolf podaje przykład kobiety chorej na chorobę weneryczną, której pościel trzeba było palić, bo nie nadawała się do prania. Syn się pomodlił i choroba do trzech dni ustąpiła. Dzięki temu uzdrowieniu kobieta zmieniła się na lepsze. A przecież wcześniej odeszła od męża, związała się z mordercą, który 16 lat siedział w więzieniu, i powiła mu dziecko, które zostało jej odebrane i nie wie nic o tym dziecku.
    Pozostali synowie dostali medal za wybudowanie najnowocześniejszej obory w powiecie.

Pieniądze

    Rudolf w kółko powtarza, że życzyłby każdemu, aby na stare lata miał tak dobrze jak ja się mam na stare lata. Chodzi tu raczej o relacje rodzinne niż sytuację finansową, bo przecież Rudolf nie gromadzi pieniędzy. Dzięki rozsądnie wykorzystanemu kredytowi udzielonemu przez państwo ma najładniejszy dom w wiosce z widokiem na potok i las. I to jest jedyna rzecz, której się dorobił. W miarę skromnych możliwości pomaga potrzebującym, co nie znaczy, żeby pozwalał się wykorzystywać. Dał pracę bezrobotnemu małżeństwu podstarzałych hipisów z dwójką dzieci. Ci donieśli na niego do Państwowej Inspekcji Pracy, że zatrudnił ich nielegalnie. Zwolnił więc hipisów z pracy, ale nadal gości ich w swoim domu. Urodziło im się trzecie dziecko.

Album

    Kiedy Rudolf skończył 80 lat, zrobiło mu się obco na myśl, że jego ciało zalegnie w grobie na głębokości metr osiemdziesiąt. Dwa lata temu pochował żonę na takiej właśnie głębokości, zgodnie z przepisami. Tu, nie przerywając opowieści, Rudolf wydobył album w złoconej oprawie zawierający zdjęcia nieżyjącej małżonki w trumnie. Wypadało uważnie obejrzeć. Rudolf oczekiwał jakichś słów, oczywiście chętnie bym mu je w takich
okolicznościach dał, ale nie bardzo wiedziałem, jakich oczekuje, więc oglądałem w milczeniu. A Rudolf drążył temat, tym razem posługując się przykładem teściowej:
    – Moja teściowa była bardzo gorliwie wierząca. Mogę powiedzieć: ona po prostu miłowała Jezusa Chrystusa i chciała być jak najprędzej z nim. Koło dziesiątej przyszła w odwiedziny córka od przyjaciółki. A ona już leżała i mówi: „Ludeczko, ja cię już nie mogę obsłużyć, ale tam w combie są krepliki, obsłuż się sama”. Potem zaczęli się schodzić krewni. Potem spytano, czy chciałaby zobaczyć także innych. „Nie, ja już tylko chcę z moim Panem Jezusem! Zaśpiewajcie mi coś. Dajcie mi poduszkę, ja też bym chciała zaśpiewać”. Zaczęli śpiewać o Jezusie. A ona dźwignęła się. „O! Już jest...” Koniec. Umarła. A został jej na twarzy wyraz takiego uspokojenia, że na pogrzebie kaznodzieja, który przemawiał, powiedział między innymi: „Kto chce widzieć, co to jest pokój Boży, proszę się popatrzeć na twarz tej zmarłej”.

Strach

    Rudolf:
    – Byłem na operacji na prostatę. Cały ten ceremoniał przedoperacyjny. Nogi owinięte do bandażów. Wcześniej wypróżnienie całkowite itd. Wszystko przeszedłem. Wreszcie wózek. Jedziemy na salę operacyjną. Przede mną był parawanik. Dostałem zastrzyk do kręgosłupa. I widziałem wszystko, tylko nie mogłem patrzeć na to. Już mam rozcięty brzuch. Wszystko robią. A ja w czasie tej operacji rozmyślałem, cóż to jest w porównaniu z tym, co musiał cierpieć Chrystus? Cóż to jest?
    – On się wcale nie spocił – powiedziała pielęgniarka po operacji.
    – Bez strachu. Jak bym miał umrzeć, to bez strachu – odpowiedział Rudolf.

Kazanie

    Rudolf maluje z dziećmi obrazki, cieszy się, na tych kontaktach staruszkowi zależy najbardziej. Ale jako głowa rodziny i najstarszy branhamowiec we wspólnocie jest często nagabywany na okoliczność wygłoszenia kazania. Tymczasem Rudolf skarży się, że umysł mu mętnieje, że po wygłoszeniu kazania nie pamięta, co mówił, stąd bierze się stres, że może coś od rzeczy.

    Z kazania Rudolfa:
    Bóg zostawił zło na ziemi, aby go zniszczyć w zarodku. Ale gdyby nie było nienawiści, tobyśmy nic nie wiedzieli o miłości. Gdyby nie było zwątpień, to by nie było pewności siebie. Gdyby nie było dorobkiewiczów, tobyśmy nie wiedzieli, że są wykorzystywani. Siła wydobywa się, jak przy magnesie, między minusem i plusem. A charaktery ludzi kształtują się między tymi dwoma mocami.

Msza(4)

    Zbliża się godzina dwudziesta. Jest to jedna z tych godzin, o której Rudolf robi się letargiczny szczególnie. Jego usta ziewają i umierają co chwilę. Wzrok łasi się do kanapy. Dłoń czule pieści policzek. Tylko postać trwa.
    Myśl Rudolfa spieszy skrótami:
    Każda sprawa niezałatwiona w odpowiedni sposób tu na ziemi spowoduje przeznaczenie człowieka, dokąd on ma iść;
    Ten, co ma przyjść, na pewno już jest, tylko się jeszcze nie daje we znaki.

    Czas było się pożegnać. W nocy miałem sen. Rozległe gmaszysko. Gdzieś z boku, w jednym z pokoi, śpię na żelaznej pryczy. A dookoła na łóżkach, na konsolkach, nawet na podłodze, gdzie tylko kawałek miejsca, śpią twardo bankierzy. A mnie zbudził wiatr. Wstałem, przeskoczyłem chrapiącego bankiera i otworzyłem szeroko drzwi, by spojrzeć na wiąz szczepiony na potężnym bukowym pniu, tuż za oknem korytarza. Wiatr się w nim wikłał, a gałęzie mu dyrygowały leniwie. Wreszcie chętniej, aż z zaangażowaniem. Aż piorun zapłodnił drzewo płomieniem. Aż wicher oddzielił fragmenty od całości. Aż rzygnął płonącym jazgotem po ziemi. Aż żarki wrzask!
    Słuchałem wystraszony, kiedy nieoczekiwanie ten chrapiący przed chwilą bankier uniósł się z podłogi:
    - Jakiej to trzeba MU było doznać furiacji... – mruknął o NIM poirytowany i zatrzasnął drzwi. Chciał jeszcze spać.

Autor wydał książkę z reportażami pt."Trakt", Wydawnictwo Pogranicze

LATO 2005  str. 1


reportaż strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni