jesień'05
str. 1



szkice  strona główna


Aneks do ziemniaka

jędrzej morawiecki, tekst
filip łepkowicz, zdjęcia


                     Warszawa 2005

     Pan Z. jest pasjonatem. Mówi o swojej miłości do Rosji, o „bezkresie surowej, dzikiej i tajemniczej Syberii”. Opowiada, że to wszystko tak dla przeciwwagi fascynacji Unią. Rozprawia o drżeniu serca, o tajemniczym Wschodzie, potem o Wierszynie, polskiej wiosce, odległej enklawie pod Irkuckiem. Pan Z. przeciwstawia tę enklawę zachodniemu materializmowi, buntuje się przeciw komercji, wjeżdża w historiozofię, zatacza coraz szersze kręgi, koniec końców zaczyna namawiać do wyjazdu: „Trzeba to opisać. Polacy zaczną odwiedzać tamte strony, rozwinie się agroturystyka. Będą zawiązywać się przyjaźnie. A elementem spajającym będzie nasz język. Słowo Polska spłynie miodem na ich serca”. I wszystko to, te wyprawy, reportaże, rozwój turystyczny, wszystko po to by wydobyć na wierzch duchowość, szlachetne porywy. „By wyrwać się ze szczurzego pędu”.
     Słucham pana Z. i jest mi głupio. Bo niby się zgadzam, niby też miewam te porywy, niby prawda z tą materią i duchem, ale gadać mi się nie chce. Fizycznie mnie jakoś odrzuca, nie mogę.
     Znam Wierszynę. Jeździłem do Ludmiły, która odwiedzał pan Z. Odwiedzali ją i inni, wszyscy dziennikarze zatrzymywali się w tej samej chacie, nawet Hanna Krall nocowała u rodziców Ludmiły, bo ta chata stała się dyżurnym miejscem dla reporterskich ekip, wieś przyzwyczaiła się do tych przyjazdów, do rozpłomienionych oczu wędrujących dziennikarzy, do ich długich wieczornych monologów, do ich fascynacji Wschodem i duchowych peregrynacji w poszukiwaniu siebie samych.
     Słucham pana Z. i myślę, że ta agroturystyka zabiłaby Wierszynę: wioska już i tak przypomina reporterski skansen. Dodatkowa infrastruktura by to miejsce zjadła, skończyłyby się jakiekolwiek przyjaźnie, między ludzi wlazłby pieniądz i materializm - wszystko przed czym mój rozmówca tak przestrzega.
     Może zresztą Rosja jest wilczym terytorium? Może dlatego mnie odrzuca od wywodów pana Z.? Bo każdy ma swoją ścieżkę, swoją Syberię? Te wschodnie drogi są trochę pustelnicze, grupowa wycieczka się na nich nie zmieści.
     W końcu odpowiadam coś, gadamy pośród kieliszków z szampanem i obaj czujemy, że nasza gadkę przykrywa banał, że prawda jest gdzieś głębiej, że nie chodzi o Wschód-Zachód, materię-duchowość, że to wyzwolenie, jakie dawały wyjazdy w step, tajgę, do Moskwy, na Białoruś nie daje się wypowiedzieć. Z każdym naszym zdaniem tajemnica Rosji zmienia się w sentymentalne, ckliwe bajdurzenia. Prawda zaciera się coraz bardziej. Im dłużej stoimy wśród żyrandoli, ściskając kieliszki, tym trudniej uwierzyć w inność odległej Rosji.


                     Abakan 1997

     „Kartoszka to realna walka o przetrwanie”. Nagrywam reportaz radiowy. Nad lunaparkiem rozbrzmiewa stary rosyjski walc. Muzykę wybiera dyrektor obiektu Walery Pawłowicz. Wierzy, że jeżeli klasyczne nuty utkwią gdzieś głęboko w świadomości, to kiedyś taka edukacja zaprocentuje. Ale dziś walca nikt nie słucha. Nie ma nawet kontrolerów – zbierają ziemniaki. Na wykopki wyjechali wszyscy. Świat fiknął kozła, miasto jest kompletnie puste, nawet trolejbusy gdzieś znikły.
     A z głośników wali dalej klasyczna muza. Dyrektor tłumaczy istotę kartofli i rosyjskiej duszy. Potem wyciąga z szafy polskie ogórki, chwali spryt marketingowy, zaradność, siłę eksportowego towaru, który przejechał tyle tysięcy kilometrów: „Zuchy, wzięliście się na sposób. A Rosjanie się boją i ciągle ryją w ziemniakach. Wszystko przez głód, wszystko przez strach, że wróci to co było kiedyś. Ten strach jest w każdym z nas”. Dlatego właśnie Walery Pawłowicz pozwolił wyjechać na pola wszystkim. Została tylko gruba kasjerka w spiczastej budce. Ale jak go o to poprosi – jej też da wychodne. Bo dyrektor lunaparku pamięta lata 60-te. Pamięta chleb wydawany na numerki – pisało się na dłoni cyfrę ołówkiem chemicznym i stało po nocach. Ale bywało, że i tego chleba zabrakło. Zawsze jednak były ziemniaki. Rozdzielał je pyzaty instruktor komitetu miejskiego partii. Dawał każdemu działkę: obsiewaj, pracuj, jedz, milcz. „Państwo uwolniło się od odpowiedzialności za wykarmienie ludu”.

     Abakan potrafi zadziwić. Kartoflany temat otwiera serca, zapełniają się kolejne kasety. Walery opowiada o swoich marzeniach: wierzy, że kiedyś miasto zatonie w kwieciu. Tam, gdzie teraz rosną dynie i arbuzy – będą róże. Ludzie przestaną się bać, przestaną obsadzać jedzeniem każdy skrawek ziemi.

     Dzieci w przedszkolu recytują wierszyki o ziemniakach.

     Tatiana z galerii fotograficznej biegnie bez słowa po gitarę, śpiewa o kartoflach i miłości. Potem mówi uroczyście: „Kiedy zapełnisz swoją spiżarnię – masz czas, żeby się kochać. Bo kiedy wiesz, że zapewniłeś sobie byt – nadchodzi pora miłości. Dla miłości jest jesień. Nie wiosna”. Tatiana uśmiecha się szeroko, trzepocze coraz szybciej rzęsami i stoi pośrodku przeszklonej galerii. Nagle zaczyna się śmiać. „Lud kocha jesień. Jest nam lekko na duszy” – wykrzykuje.

     Ludmiła Polieżajewa przez cały czas mówi. Potrafi opowiadać godzinami, bez oddechu, z roziskrzonymi oczami, głośno i pewnie. Jest zastępcą redaktora naczelnego lokalnej gazety „Abakan”. Siedzi wśród redakcyjnych papierów, macha rękami nad piramidą herbatników.
     Dla Polieżajewej kartofle to ani strach, ani miłość. Kartofel to duma.
     Bo kiedy stawiasz na stół garnek okrągłych, parujących ziemniaków, to czujesz, że karmisz rodzinę. Że razem zapracowaliście na drugi syberyjski chleb – na własne ziemniaki. I przychodzi zespolenie.
     Polieżajewa często wsiada w trolejbus i jeździ w step. Z pętli idzie wśród chat, przecina szosę i rusza w stronę rzeki oddzielającej podmiejski kołchoz od falistej płaszczyzny stepu, bagien i dalekich, brunatnych gór. Staje wśród traw przygniecionych do ziemi zimnym wiatrem i patrzy w niebo.
     „Teraz wszyscy jesteśmy tak zagonieni, że rzadko patrzymy do góry. A powinniśmy. Człowiek często nie wie, jak jest bogaty dzięki tym przestrzeniom” – tłumaczy. „Zapłata za cywilizację jest nieunikniona. Psychologia urbanistyczna to cynizm. A cynizm to oziębienie duszy. Człowiek staje się potężnym społecznym biorobotem. Wszystko ma: samochód, ubrania, jedzenie – rzeczy o którym nam się tu nie śniło. Ale po co człowiek przychodzi na świat? Przecież nie dla tych wszystkich zewnętrznych atrybutów! To wszystko tu zostaje. Umierasz i prócz czterech metrów na grób nic ci więcej nie trzeba”.
     Polieżajewa peroruje, za oknem przebiegają konie, które ktoś wypasa w podmiejskim parku. Oczy skrzą się jej jak zimowe gwiazdy. Redaktor tłumaczy, pędzi coraz dalej, kartofle zostały gdzieś na ziemi, w glebie, a my odlatujemy coraz wyżej: „Człowiek musi przejść przez cierpienie duchowe. To jest to, co znajdujemy u Tołstoja, Dostojewskiego. Zachodni człowiek mało o tym myśli. Dla niego nawet religia to moralizatorstwo. To nie ma nic wspólnego z tym, czym w rosyjskim rozumieniu jest dusza. Byś może właśnie dlatego mówią, że Rosja ma historyczną misję: cierpienie duchowe. Nawet gdyby gospodarka nie była tak rozchwiana: Rosja i tak szłaby swoją drogą”


                     Abakan 2002

     Minęły lata. Jelcyn, którego przemówienie o kartoflach wykorzystałem w radiowym reportażu, przestał być prezydentem. Nawet zrobiło mi się smutno, bo w pociągu do Polski śniło mi się, że piję wódkę z Jelcynem i z Oleksym i w tym śnie zrozumiałem, że to bardzo sympatyczni ludzie, że można z strzelić kielicha, pogadać o duszy i w ogóle.
     Płytę z gotowym reportażem wiozę z powrotem na Syberię. Wiozę ją niepewnie. Bo kiedy radiowy dokument przewalił się przez kolejne rozgłośnie, zaniosłem swój reportaż nauczycielowi od fonetyki, temu, który nauczył mnie wtapiać się w rosyjskie rozmowy, wsiąkać we wschodnią rzeczywistość bez akcentu zachodniaka. Mój dawny nauczyciel posłuchał audycji, podrapał w czarną brodę, uśmiechnął się łagodnie i powiedział: „Wie pan... Mój przyjaciel Rosjanin przyjechał kiedyś do mnie i cały dzień opowiadał o duszy. Mówił o Rosji, o pięknie Wschodu, o radości, wolności, kleił mi makaron na uszy do wieczora. Całego mnie oblepił mnie tą gadaniną. A wieczorem, po wódce rozpłakał się i powiedział, że jest cholernie ciężko. Tylko tyle. Nie boi się pan, że pana też nawinęli gadaniną?”.

     Boję się, jasne . Jadę i myślę ciągle o tej rozgadanej duchowości.

     Przejeżdżam przez Abakan, wjeżdżam w tajgę. Później wracam. Miasto jest wciąż takie samo. Nic to, że przez Rosję przewalił się krach rublowy, że Polska zamyka Rosjanom granicę, a dolar skoczył do góry pięciokrotnie. Tu wszystko pozostało jak zwykle.
     Nawet Polieżajewa mówi to samo. Opowiada o naturze i wyzwoleniu. Ja wracam właśnie z lasu, z błot, myślę, że pewnie tam nigdy nie była. Że chyba doszedłem dalej.




                     Łabędzice 2005

     Myślałem tak, bo byłem głupi. Dopiero gadanina pana Z., powrót na wieś, kolejne słuchanie starego reportażu pozwala to zrozumieć. Polieżajewa dotarła znacznie dalej. Nawet jeśli jej kontakt z naturą ogranicza się do wyjazdów trolejbusem w step.
     Bo to ona jest częścią Rosji. Ona zrezygnowała z wielkomiejskiego życia i wyjechała w młodości na prowincję, do dusznego, poczciwego Abakanu, w którym jest jedna rządowa i jedna opozycyjna gazeta, jeden sympatyczny wąsaty kagebista, który śmieje się rubasznie, a potem w ciągu chwili, kiedy już napoi cię koniakiem, zmienia się nagle, krzyczy, staje się złowrogi i zaczynasz się bać, w ciągu tylu lat nigdy tak nie krzyczał, a teraz zaczynasz czuć zależność, ciasnotę miasta. A potem znów nie wierzysz, że krzyczał naprawdę, bo on już cię klepie po plecach i gadacie o nowym artykule. Wszystko jest znów swojskie i dobre. Proste. Prostsze niż u nich na Zachodzie.


     Tak, Polieżajewa ciągle mówi, jedzie swoja panslawistyczną, egzaltowaną, żarliwą nutą. Ale jest uczciwa. Ona naprawdę cierpi.

     Pewnie dalej jeździ w step i zbiera kartofle.

     A w Abakanie pewnie dalej wszyscy piją wódkę. I dalej mówią cytatem z Trifonowa: „Książek się naczytał a rozumu nie nabrał. I wódki pić nie umie. Pije małymi łyczkami, jak herbatę. - Któż go miał nauczyć? To przecież sierota, biedactwo. Ani matki, ani ojca...”.
     I wszystko się kręci.

     A korespondenci bajdurzą o inflacji, przykładają do Rosji jakieś księżycowe schematy makroekonomiczne, gadają o wzroście gospodarczym, zapominają, że to oni po rublowym krachu histerycznie wieszczyli rewolucję. Zupełnie jakby wzrost cen telewizorów i zachodnich samochodów mógł wstrząsnąć kontynentem.
     Korespondenci nie pojmują że nie ma jednej społecznej struktury, jednej ekonomii i jednej drogi. Żadna inflacja, żadna konferencja prasowa na Kremlu nie wpłynie na zbiór kartofli.

     Szumi step. Tajgę wywożą do Chin. Ale odrośnie. Wbijają się tylko w jej naskórek. Kraj się nie zmienia. Nie tak łatwo. Nie tak szybko. Rosja naprawdę jest inna, jakby się nie odżegnywać od stereotypów. Jest alkoholowa, okrutna, rozgadana. Egzaltowana w prostej religijności analfabetów, w naiwnej czystości, wielosłowiu. Trudna, bezkresna. Wolna.

     Boże, chroń Rosję.

JESIEŃ 2005


szkice  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni