jesień'05
str. 1



reportaże  strona główna


Bądź pokorny, Boleś

jędrzej morawiecki


  Bolesław Bartkowiak pokazuje zdjęcia: "Tu widać całą ósemkę, wszyscy Polacy, z którymi niewolniczo pracowałem. Grupowe zdjęcie, ja w białej koszuli, lato. Tu my i Francuz. Tu są Niemki. A tu Betty, która tak rozpaczała i mnie obejmowała. To zdjęcie z kolei robił nam zastępca przeora, zawiózł nas na wycieczkę, oglądaliśmy zabytek kościelny. Tu dziewczyny przy maszynie, my pod ich nogami. Gdzie te czasy... Tu Polki, przychodziły do nas z innej wioski. Tu niemiecka fryzjerka, u której nocowaliśmy, żeby jej alianci nie zgwałcili. A tu znów nasza cała ósemka: ten wyjechał do Anglii, ten dostał w twarz od nauczyciela i się mścił, za przyzwoleniem Amerykanów skopał jego żonę. Tutaj dwie siostry, co z jedną romansował Stanisław. Tu i sam Staś, powiesiło go SS. A tutaj ja".




 Paul.


 Było to tak. Boleś mieszkał na wsi wielkopolskiej, uczył się z ojcem murarki, chodził do szkoły, spacerował po lesie, patrzył na zające, kuropatwy, bażanty, pił wodę z Warty, żył. Dorastał.

 Boleś miał na wiosce znajomego Paula Hanysza: "Zżyci byliśmy z jego rodziną, takeśmy się szanowali, że nawet do mojej kuzynki chodził. Prowadzałem go do katolickiego kościoła, żeby zobaczył jak u nas msza wygląda. Nawet religią się dzieliliśmy". Chodzili do jednej klasy, a był w szkole nauczyciel-patriota, co historii uczył, krzyczał na całą salę: "Krzyżacka buta, Hanysz, precz z klasy". Hanysz wychodził, a za nim Boleś, bo najlepszy kolega. A potem przyszła wojna, weszli Niemcy, nauczyciel-patriota o krzyżackiej bucie już nie krzyczał. Paul dostał zawiadomienie, że ma się stawić na komisariat, wysłali go do Berlina na szkolenie, wrócił już jako komisarz.

 A Boleś pracował dalej na majątku, pod nowym zarządcą: "Żniwa. Pracowałem w niedzielę, taki nakaz. Akurat miałem przerwę - jem śniadanie, słońce świeci, ja rozmyślam: <<Jakie to życie, żeby to Paul zobaczył, jak ja w niedzielę pracuję...>>. I nagle rzeczywistość myśl dogoniła, patrzę: Paul idzie z piękną dziewczyną w stronę wody, rozgląda się, dumny, mija ludzi przy robocie, patrzy na mnie, nie mówi nic, nawet <<cześć, Boleś>>, ani słowa. Poszedł z narzeczoną nad wodę, a mi jakby ktoś nóż w piersi władował. Najlepszy kolega był i co się stało... Dopiero jak szedł z powrotem - odwrócił się, stanął, patrzymy sobie prosto w oczy, on powiada: <<Cześć, Boleś>>. Ja: <<Mam ci dziękować za to słowo? Nie jesteś tego wart, Paul. Prędzej bym się śmierci spodziewał, niż, że tak postąpisz>>. Niemka stoi koło niego, nic nie rozumie, zaczyna pytać: <<Was, was? Co on mówi?>>. Paul czerwony na twarzy, płonie wstydem, stanął w obliczu dziewczyny Niemki i mnie, Polaka, najmilszego kolegi. Mówi: <<Boleś, nie martw się, będziesz miał dobrze>>. A ja: <<Z Bogiem, idź. A między nami koniec>>". Trwała wojna, Boleś pracował dalej na polu, tak przyszedł rok 1940. A w 1940 roku podszedł do Bolesia włodarz, powiedział: "Dwóch z wioski jedzie na roboty do Niemiec. Ty będziesz jednym z dwóch. Staw się jutro na punkcie w Gostyniu". Klamka zapadła. Wrócił zrozpaczony do domu, powiedział dziadkowi, że jedzie do niewoli. A dziadek: "Boleś, trudno stało się, nic nie pomogę. Ale nie martw się. Bądź pokorny, posłuszny, pracuj, to ci krzywdy nikt nie zrobi". Z tą myślą ruszył do Gostynia. Jechał z piętnastoletnim chłopakiem, Staśkiem, obaj z tej samej wioski. Staśka odprowadzał na punkt ojciec, płakał, ściskał, twarz skrzywiona, łzy. W końcu podszedł do Bolesia: "Boleś, ja ciebie proszę, pilnuj go, opiekuj się Stasiem". Bo Stanisław był jedynym synem, miał odziedziczyć gospodarstwo. Boleś obiecał, pojechali.

 Wysiedli w Muenchen, stanęli w dwuszeregu, po peronie chodzili gospodarze, patrzyli, chwytali za mięśnie, oglądali towar. Boleś stał z ósemką chłopaków z własnej okolicy. Wszyscy trzymali się razem. Podszedł do nich zakonnik, przeliczył, odciągnął na bok, zapakował do ciężarówki, pojechali do klasztoru w Hut. Tak zaczęła się niewolnicza praca.

 A Paul, dawny przyjaciel, jak dowiedział się, że Boleś wywieziony na roboty - próbował go odszukać. Pobiegł do kuzynki Bolesia, zaczął pytać. Ale Boleś napisał już z Niemiec list, przykazał krewnej: "Jakby się czasem Paul u Ciebie pokazał, nie zdradź, gdzie ja jestem. Bo to dla mnie już nie człowiek. Mundur był dla niego ważniejszy ode mnie.". I kuzynka niczego Paulowi nie powiedziała. Dawni przyjaciele więcej się nie spotkali.




 Praca.


 Boleś mieszkał przy klasztorze i pracował. Miejsce wyglądało tak: było podwórze, browar, biura, olbrzymia kuchnia, ciężka ceglana zabudowa. Spali na żelaznych, piętrowych łóżkach, zaraz obok hodowli świń. Po drugiej stronie ulicy stał piękny pałac, po lewej kościół, cmentarz i szkoła. Dalej były garaże i domek nadzorcy. A nadzorował ich świecki ekonom. Sam klasztor był dalej, pod górę (zakonnicy poszli do wojska, został zastępca przeora).

 Boleś pracował na przyklasztornym majątku, pomny słów dziadka, pokorny, sumienny: "Nie leniłem się z niczym, cały dzień do oporu. To spodobało się rządcy. Ale zanim się na mnie poznał, na samym początku posłał mnie do lasu, rozbierać most. Nie miałem ciepłego ubrania, wkoło śnieg, szedłem przez łąki, do góry, zaczął się las, mróz był taki, że słychać było, jak świerki pękały. Doszedłem do rzeczki, złapałem za kilof, ale mróz nie dał za wygraną, zaczęło mnie rozbierać, nogi marzły, nos, usta, dech zapierało, wszędzie lód, czułem, że nie wytrzymam, nie miałem nawet rękawic. Nie znałem słowa po niemiecku, nie wiedziałem gdzie iść, bałem się opuścić stanowisko pracy. Rządca sobie w końcu o mnie przypomniał, przyszedł: "Boleslavus, Boleslavus", nic nie rozumiałem, poprowadził mnie do domu, ja na wpół sztywny. Doholował mnie na podwórko, wprowadził do świniarni, a tam trzodę oporządzały dwie starsze panny, od razu mnie chwyciły, pociągnęły w stronę koryta, ręce, głowa, nogi - do zimnej wody. Ale było już za późno. Zastępca przeora zabrał mnie do samochodu, pojechaliśmy do Landshuta, lekarz mnie przebadał, zapisał maść. Pomogło na odmrożenie, ale potem się odnawiało, pęcherze jak oczy, jakby źrenice pękały, ćkło. Codziennie koledzy smarowali krzyż. To piętno, które zostało do tej pory".

 W końcu Boleś poczuł się lepiej, zaczął się uczyć niemieckiego, dalej pracował, na sianokosy pił źródlaną wodę z rzeczki, nad którą wcześniej dostał odmrożeń. Boleś pracował, po pracy chodził do Francuzów, co też siedzieli w niewoli, ale dostawali paczki. Przekupywał wartownika-staruszka, zostawiał mu paczkę papierosów, drugą nosił kolegom.

 Raz miał Boleś pojechać po buty: "To było tak - szef wysłał mnie po drewniaki dla dziewczyn, które ściągnęli ze szkoły rolniczej. Bo przyjechały na wykopki w szpileczkach, płakały, grzęzły w ziemi, śnieg z deszczem. Dawaj, na rower, ruszyłem po saboty, pędziłem jak wiatr. Wziąłem ostry zakręt koło restauracji, a jechał sołtys na rowerze, nie wyrobiłem, trzasnąłem w sołtysa, wyleciało oko, noga poszła w drzazgi, bo oko i nogę miał sztuczne. Trzasł jak długi, ja też na ziemię. Kto mnie wyratował? Jego córka wybiegła z gospodarstwa: <<Tatusiu, tatusiu, daruj, ocal tego chłopaka>>. Darował. W powrotnej drodze spotkałem Francuzów, pomogli mi naprostować rower, wróciłem z butami".

 Tak przyszło kolejne lato, Boleś dostał robotę przy koszeniu zboża: "Ja obsiekałem, za mną dziewczyna, Niemka, wiązała snopki.

 Byłem bardzo ostrożny - widziałem po niej, że młoda, spragniona, jak ja. Usiedliśmy, jemy chleb, popijamy piwem, ona się przytula, ja: <<Anna, co ty robisz?>> I przez przypadek patrzę w bok: lasek, gospodarstwo, staw, a nad stawem stoi mój rządca, schowany za sosną. Mówię: <<Anna, trzeba wstać, do roboty się brać>>. Ona: <<Posiedźmy jeszcze>>. Ja: <<Nie, nie, do roboty>>. Jak wyrwałem, nie mogła nadążyć z wiązaniem snopków. Ten potem przyszedł: <<Mein Gott, Boleslavus. Ja rozumiem, młodyś, ale bądź ostrożny, niech cię nie kusi na te rzeczy, bo to jest zabójcze. Żal mi cię, nie rób tego>>. Ja: <<Wiem o co chodzi>>. I wiedziałem. Bo czekałby mnie stryczek.




  Staś i dwie siostry.


 Boleś ciągle sumiennie pracował i był ostrożny. Mijały miesiące, lata, obok niego zaczął dorastać Stanisław, co go Bolesiowi ojciec pod opiekę dał: "Szybko rósł, czarny przystojny, ja patrzyłem na niego, a w głowie słyszałem: <<pilnuj>>. No i jak już wyrósł, to zobaczyłem, że jedna Niemka, starsza z dwadzieścia lat, chodzi koło niego bez przerwy. Mówię: <<Stasiu, ty uważaj na siebie, nie wdawaj się w takie sprawy, bo to się może bardzo źle skończyć>> . A on: <<Co się wtrącasz do mnie?>>. Ja: <<Wtrącam się, bo ojcu twemu przyrzekłem. Nie pamiętasz już w Gostyniu?>>". On: <<Ja mam swój rozum>>. Taki miał rozum, że baba w ciążę zaszła. Myślę: pójdę porozmawiać z jej bratem, z rodziną. Brat był kierownikiem browaru. Zaszedłem, mówię: <<Człowieku, ratuj sprawę. Ty wiesz co go czeka>>. A on: <<Co mam zrobić? Zabić ją? To moja siostra>>. Rozłożył ręce, przyszło czekać. Cała rzecz wydała się przez siostrę, bo obie były stare panny, jedna drugiej zazdrościła młodego chłopa. Rzecz skończyła się tak: pewnego dnia widzę - na gospodarstwie stoi komisarz: <<Boleslav, komm>>. Jakby mnie prąd przeszedł. I zaraz mi przyszło na myśl, czy to nie do Stasia. Słyszę <<Gdzie ten Stanislaw>>. Ja: <<Hier>>. Komisarz: <<Idź po niego>>. Był akurat przy koniach. Wchodzę, mówię: <<Wiesz co, Stasiu, proroctwo się sprawdziło. Komisarz po ciebie przyszedł>>. Widły mu z ręki wyleciały, blady, ruszył na zdrewniałych nogach, podszedł, cały drży, ja powtarzam, że tyle przestróg, że tyle ostrzegałem, ten dalej drży, milczy, komisarz powiada: <<niech zabierze chleb, niech idzie do góry do kuchni i weźmie bochen>>. A Staszek: <<Nie chcę nic>>. Ja: <<Miej rozum, chłopie>>. On: <<Nie twoja głowa>>. Ja do komisarza: <<On nie weźmie>>. Komisarz: <<To bardzo źle, bo wie pan gdzie on idzie? Dostałem nakaz z komendy SS, żeby natychmiast go przywieźć>>. Zawiózł go do SS, tam go zgładzili.

 Staszek zginął, ale została poczta. Bo my stale pisywaliśmy do swoich rodzin. Zaczęły przychodzić kolejne listy do Staszka, żadnych odpowiedzi, a ci dalej ślą. W końcu odpieczętowałem przy wszystkich list, czytam, a tam: jak to rodzic do syna. Zrobiliśmy naradę, w końcu zdecydowaliśmy, że będziemy fałszować. I tak do końca niewoli odpisywałem rodzicom Staszka, wymyślałem, pisałem o pracy, o pogodzie, samopoczuciu. Wstyd przyszedł dopiero po powrocie"




 Boleś i Hanka.


 Boleś odpisywał na listy swoje i Stanisława, dalej pracował, sam poznał Ukrainkę Hankę: "Chodziłem do niej, jako kawaler do panienki. Pracowała u esesmana - i w polu i przy trzodzie, sprzątała, w kuchni robiła. A z talentem jakim była, gimnazjum miała za sobą, córka pilota, pułkownika. Właściciele nie mieli nic przeciw, że do Hanki przychodziłem, jeszcze ją na spotkanie ze mną elegancko ubierali. A jak Niemcy uderzyli na Rosję, to jej gospodarz dostał powołanie na front. Założył esesmański mundur, uśmiechnął się, powiada: <<Hanka, jedziemy do twoich>>. A ona: <<Jak wkroczysz na naszą ojczystą ziemię, żeby cię pierwsza kula nie minęła>>. Cisza, stoi żona, słucha, a on z uśmiechem: <<Hania, jesteś wariatka>>. Nie uderzył, nic jej nie zrobił, a mógł ją przecież zniszczyć, Hanka była niewolnicą, a on esesmanem. Wyjechał.

 Wnet przyszedł telegram, że nie żyje. Gospodyni chwyciła ją w ramiona, obie płakały. Potem gospodyni mówiła jeszcze: <<Hania, to wszystko jest twoje, ja ci całe gospodarstwo zostawię>>. Ale życie miało potoczyć się inaczej".




  Herman.


 Ruszyła więc wojna z Rosją, wszyscy szli na front wschodni i nie wracali, Niemców było we wsi coraz mniej. W końcu wyjechał nawet zastępca przeora: zrzucił habit, założył trzygwiazdkowy niemiecki mundur, uścisnął Bolesiowi rękę, powiedział: "Co robić, rozkaz" i ruszył na Ukrainę. Nie wrócił.

 Na majątku został jeszcze rządca, dwóch staruszków, no i Hermann-traktorzysta. Boleś: "A ten Hermann tak się ze mną zżył, że zawsze brał mnie z sobą. Raz pracowałem przy chmielu, wziął mnie do miasteczka. Hermann kierował, ja na kole, dojeżdżamy, stajemy przed restauracją. <<Chodź, Boleslav, ze mną>>. Ja: <<Gdzie? Do restauracji? Coś ty, Hermann, zwariował? Przecież ja jestem Polak. Nie widzisz plakietki?>>. A ten wyrwał mi plakietkę: <<Schowaj sobie to w kieszeń. Chodź>>. Po drodze kupił prasę, weszliśmy do restauracji, wetknął mi gazetę w rękę - <<Siedź i trzymaj. Nic nie mów, ani słowa>>. Trzymam, czytać nie umiem, wypiliśmy koniak, kupił mi jeszcze jeden. Wychodzimy. <<Co, gut, Boleslav?>> <<O, Gut>>. <<No to teraz przypnij, wracamy do domu>>. Później i Hermanna wzięli do wojska na ćwiczenia. Dostał nerwicy, nie wytrzymał dyscypliny. Jechałem akurat na rowerze, zobaczyć kłosy zbóż, czy dojrzałe. Patrzę, a na górce Hermanna w kajdanach prowadzą, ten krzyczy: <<Czarni bracia, czarni bracia>> - nie wiem, może oskarżenie systemu, może że my czarni bracia, czy co. Ci go prowadzą dalej, ten mnie zobaczył: <<Bolesław, pomóc mi, Bolesław, pomóż>>. Wrzeszczy w niebogłosy, a co ja mam począć? Policjanci widzą, że Niemiec do Polaka krzyczy o pomoc, a tak być przecież nie może. Ledwie sam z tego cało wyszedłem. A Hermanna wywieźli. Gospodarstwo zostało bez traktorzysty".

 No I Bolesława - mimo że Polak - nauczyli jeździć na traktorze, zrobił niemieckie prawo jazdy i uratował majątek.




  Dwóch doktorów.


 A w żniwa Boleś ubijał zboże w stodole, pośliznął się na drabinie, złamał nogę, trafił do szpitala: "Leżałem ja, Włoch - urodny, młody, do tego Polak z Ukrainy, mój rocznik, chwyciła go malaria, po prawej Francuz po alianckim bombardowaniu, miał wyrwy w plecach, widać było płuca, jak pracowały, naprzeciw Bułgar. Opiekował się nami doktor Trepter - przystojny wysoki, barczysty, bardzo sympatyczny. Prawdziwy lekarz z powołania. Leżeliśmy na strychu, pielęgniarki przychodziły raz dziennie. Zachodziła też moja Ukrainka Hanka, odwiedzała mnie, potrafiła nawet przekupić szpitalny personel.

 Tak mijały dni, leżeliśmy, a ten ukraiński Polak się dusił, bo malaria, to pieruństwo. Ja w gipsie zeskakiwałem, chwytałem się łóżka, próbowałem pomóc, głowa na rękę, odkaszlnij. Zawsze się spłakał, biedny.

 Boleś skakał w gipsie z kaczką do Francuza, pomagał Polakowi, rozmawiał na migi z Bułgarem. W końcu Polak z malarią umarł, przyszło alianckie bombardowanie, a do szpitala zaszedł akurat drugi Bolesław. Uciekli razem z miasta, Boleś w piżamie, o kulach, dotarli końcu zziębnięci na majątek, tam Bolesia położyli w klasztornym szpitalu: "Wszystko nadzorował go chirurg oberleutnant. Wpakował mi nogę w gips, doglądał, w końcu zabrał kule, mówi: <<Teraz idź na dół do swojego pomieszczenia>>. A tam było jakieś pięćset metrów. Przeszedłem z pięćdziesiąt - ból nie z tej ziemi. Nie do wytrzymania. Chwyciłem się płotu, stoję. A ten patrzy przez okno, krzyczy: <<Boleslav, raus!>>. Ja: <<Nein>>. A on: <<Muß gehen>>. Ja: <<Nein>>. W końcu powiada mi: <<Słuchaj, musisz zejść na dół, bo ja cię leczę. Musisz iść. Wszystko się zastało, musisz rozchodzić. Nie chcę, jak przyjedziesz do domu, żeby twój ojciec powiedział, że my cię zrobili kaleką >>. Te słowa będę pamiętał do końca życia".




  Amerykanie w niewoli.


 Boleś nauczył się znów chodzić, wrócił do pracy na majątku. Pewnego razu z nieba spadli Amerykanie. Czteromotorowy bombowiec poszedł w dół na łąkę. A za nim białe kuleczki - żołnierze na spadochronach. Boleś: "Pilot nie przeżył, blondynek, przystojny, drugi spalony na węgiel. Dziesięciu ocalało. Poszła przez pole ludność z widłami, a spadochroniarze wyciągnęli karabiny i czekali na policję. Przyjechał komisarz, zadzwonił po wojsko, ci załadowali ich na ciężarówkę i do miasteczka. Dwójkę trzeba było pochować, ale miejscowy nauczyciel-patriota, co grał na organach, krzyczał, żeby <<chamów wrzucić w lej po bombie>>. Ksiądz pochował ich na miejscowym cmentarzu, ale bez organisty. A dziesiątkę Amerykanów przywieźli na żniwa do nas do roboty. Dali im pomieszczenie na piętrze w browarze. Mieli własnego posterunkowego, nic go nie słuchali, ten wycelował karabin, a oni brali za lufę, śmiali mu się w twarz. Nie dawał sobie z nimi rady". Nauczyciel-patriota, co chciał wrzucić Amerykanów do leja po bombie - pobił też kiedyś Franca - kolegę Bolesia. Bił po twarzy za to, że nie nosi polskiej plakietki. Bił i nie wiedział, jak wiele za tych kilka uderzeń kiedyś zapłaci.




  Sebastian i Betty.


 Miejscowy Niemiec, młody chłopak - Sebastian. Stał w stodole, obok niego Polacy, ładowali siano, które na górze odbierały dziewczyny. Boleś: "Przerzucamy to siano i - jak to kawalerowie - komentujemy: <<Ale ładna, ale zgrabna>>. A ten Sebastian się podśmiewa. Jeden powiada: <<Wiesz co, ta to by pasowała do mnie. Ale w dechę, ojej>>. A ten się ciągle śmieje. Ja to widzę, mówię: <<Wiara, sza, on rozumie po polsku>>. Oni: <<jak rozumie, jak rozumie! Co ty, Bolek, mówisz>>. A Sebastian nagle: <<Tak, Boleslavus, trochę rozumiem>>. Żal mu było polskich dziewcząt, bo strasznie płakały, to nauczył się polskiego. Kiedyś Sebastian zakochał się w Niemce - Betty, mieli się pobrać. Ale przyszedł nakaz na front wschodni. Pojechał: młody, przystojny szatyn. I ta Betty - też bardzo ładna, brunetka - została.

 Jak zobaczył front, wrócił do nas na chwilę, powiada: <<Boleś, ja umrę, mnie tu więcej nie będzie>>. Pożegnał się, uściskał mnie, łzy mu z oczu leciały. Mówię: <<Sebastian, co jest!>>. On: <<Boleś, to jest nie do opisania>>. A to był ten czas odwrotu z Leningradu. <<Ja cię Boleś już nie zobaczę. Masz to ode mnie>>. I dał mi zegarek, bawarski strój z liściem dębowym, kapelusik z piórem, bransoletę. <<Masz Boleś i miej mnie w pamięci, bo ja już nie wrócę>>. Znów się rozpłakał. Powtórzył po polsku: <<Ja już nie wrócę>>, łzy się zakulały, pojechał. Minęły dwa tygodnie, Betty dostała telegram: Sebastian zginął. Ja akurat szedłem wyprowadzić ciągnik z garażu, odebrać węgiel na stacji. Przyleciała Betty, skoczyła mi na ramię: <<Jezus, Maria, Boleslav>>.

 Ja patrzę na boki, <<Betty zrozum mnie>>. A ona ryczy: <<Nic mnie, Boleś, nie obchodzi, odeszła najdroższa, najświętsza rzecz. Nadszedł koniec>>. Nie mogłem jej uspokoić. Bo jak ją prowadzić do domu? Wszyscy Niemcy patrzą! <<Betty, zrozum, nie! W jakiej ja sytuacji jestem, ja wiem, straszna tragedia, ja współczuję, spotkamy się na uboczu, pogadamy. Ale teraz przestań>>. A ona nic nie słucha, chwyciła tylko za szyję i dalej: <<Boleś, co mam począć>>. A co ja mam zrobić, jak on już nie żyje? To nie tylko on, ale i moja śmierć przyjdzie, jak tak przez wioskę przejdziemy! W końcu zrozumiała. Potem ją jeszcze odwiedzałem, współczułem".




  Amerykanie, zemsta, wolność.


 Alianci weszli w kwietniu. Pierwsza linia, sami czarni. Rozpalili ogniska na podwórzach, a ze stodoły biegli do nich amerykańscy piloci, co tuż przed wjazdem ukryli się w sianie.

 Boleś: "Jak tylko czołgi wjechały do wioski, nasz nauczyciel-patriota dostał strasznego pietra. A Franc, co dostał od niego kiedyś po twarzy, powiedział: <<Teraz mu się odwdzięczę>>, ja do niego: <<Zostaw człowieku, to przeszłość, co ci teraz z tego przyjdzie>>. Ale Franc chciał się zemścić, powiedział żołnierzom o grobie dwóch pilotów i że nauczyciel nie grał na organach w czasie pogrzebu.

 To była niedziela. Amerykanie wzięli nauczyciela, kazali mu uklęknąć na ziemi i pielić cały grób. Ukląkł, a oni powiedzieli: <<Jak wyrwiesz jedno źdźbło, nie dostaniesz, jak wyrwiesz dwa źdźbła - dostaniesz raz. Pokaż ile masz!>>. Miał pięć. Żołnierz chwycił za lufę, przez kark kolbą pięć razy obłożył, przypieczętował nogą, wrzasnął: <<jeszcze raz>>. Nauczyciel upadł, Amerykanin go podniósł, potrząsnął, << jeszcze raz!>>. Znęcał się niesamowicie. Ale nauczyciel przeżył, wywieźli go do obozu, zamknęli za drut.

 Żeby go uwolnić, musielibyśmy podpisać prośbę. Przychodziła żona nauczyciela, prosiła, błagała. Przyszedł rządca i powiada: "Boleslavus, Boleslavus, zróbcie to. Toż to człowiek, nie zwierzę>>. Ja na to: <<Jak pana szanuję, nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Niech pan rozmawia z Francem>>. Przyszła żona nauczyciela, uklękła razem z synkiem - w obecności urzędnika, rządcy, mnie, no i Franca. Klęczała i prosiła, żebyśmy podpisali. Rządca błagał: niech Franc podpisze. A Franc obrócił się do mnie, mówi: <<co mam robić, do pioruna? Idź cholero!>>, kopnął matkę, poleciała pod stajnię, ja odszedłem, nie chciałem patrzeć.

 W imię zemsty skopał bezradną kobietę w obecności syna. Takeśmy mieli prawo. Dwadzieścia cztery godziny mogliśmy robić co dusza zapragnie. Wiele było tragedii, bo mogliśmy strzelać do kogo chcieliśmy. Tam powiesili jednego na drzewie, tam zastrzelili, ludzie różnie się mścili. A po dwudziestu czterech godzinach: wara, Amerykanie rządzili.

 A rządzili tak, że nocowaliśmy z kolegą u jednej fryzjerki, blondynki z akordeonem, co bała się, że by ją zgwałcili. I miała rację - bo w nocy walili w drzwi, kazaliśmy iść, że my nie Niemcy, tylko Polacy. Wojsko - wiadomo, wszystkiego spragnione, a jak wolność przyjdzie, człowiekowi odbija i nie wie, co czyni. Parę dni później szedłem ulicą na spacer, mijałem akurat dawną restaurację, co w niej kiedyś mi Hermann kawę postawił, przed którą strzaskałem sołtysowi sztuczną nogę, szklane oko i rower, restaurację, którą teraz zamienili na amerykański sztab oficerski. Nagle widzę: idzie młody człowiek, młodszy jeszcze ode mnie, w pasiaku, podchodzi do mnie, łzy mu idą z oczu, płacze. Niemiec z krwi i kości, ale jedne wrzody na ciele, żyły i szkielet. Szedł z obozu piechotą, wracał do rodziców. Szli razem z kolegą, ale tamten nie doszedł ,został w lesie. Wziąłem go do oficerskiego sztabu, w środku siedzieli Amerykanie i jeden Polak, wszyscy mieli nogi na stołach, pełno szampanów, koniaków, wina, na stole, jedzenie wszędzie. Spojrzeli na tego Niemca w pasiaku z taką pogardą... Ja mówię, że przyszedłem prosić o pomoc dla niego, bo umiera z głodu, a do domu ma jeszcze kawałek drogi. Ci: <<Wychodzić>>. Wyszedłem, co było robić. Poszliśmy na gospodarstwo. <<Patrz pani, kogo przyprowadziłem>>. Gospodyni: <<Mein Gott>>, spłakała się, kazała usiąść. Mówi: <<nic ci nie dam więcej, jak czarnej kawy>>. On: <<Chcę do rodziców dojść>>. Ona: <<Dojdziesz, jak nie będziesz jadł. Pij tylko kawę>>. Dała mu dwie filiżanki. Miała wszystko: chleb, mleko wszystko, ale powtarzała: <<Nie wolno, bo z miejsca umrzesz>>. Taka było mądra, wiedziała, że organizm był już zbyt wycieńczony. Spłakał się, dziękował, <<idź z Bogiem>>. Poszedł do domu".

 Tak przyszedł czas powrotów. Jedni jechali do Anglii, ktoś zostawał w Niemczech, Boleś pomyślał: <<Dziadek jest chory, babcia chora, tego bym sobie nie darował, jadę do domu, co by nie było>>.

 Przychodziła jeszcze Hanka, Ukrainka, co go w szpitalu odwiedzała. Hanka mówiła: <<Boleś jedź ze mną>>. A Boleś w śmiech: <<Gdzie, do Stalina? chyba zwariowałaś>>. Ona na to: <<Boleś, żebym cię nie kochała, to bym ci w twarz napluła>>. Tak się rozstali.

 Boleś pojechał z kolegami do Polski. Na placu rozładunkowym grał Mazurek Dąbrowskiego, a megafony powtarzały: "Nie wracajcie do Polski, tam jest komunizm". Wsiedli do pociągu, po drodze Francowi, co skopał matkę nauczyciela - Rosjanie ukradli walizkę. Tak dojechali na miejsce. Boleś przyjechał do babci, dziadka, zaczął się leczyć, dostał pracę, budował dom. Kiedyś przyjechały do niego siostry Stanisława, tego, którym miał się opiekować, Stasia, który za romans z Niemką dostał stryczek. Boleś: "Dwie młode niewiasty, urodne, pytają: <<Gdzie Staszek?>>. Co miałem zrobić? <<Usiądźcie, częstujcie się>>, one: <<Nie, jeść nie będziemy, mów, co się stało>>. Postawiłem herbatę, myślę, od czego zacząć. Bo prawdę trzeba ujawnić. Mówię: sytuacja jest taka a taka, opowiedziałem wszystko od początku do końca - od tego jak żeśmy przyjechali, do momentu, jak go zabrali. Jakie krzyki były, jakie płacze, jedyny brat poszedł w chmury. Taka tragedia. Wina spadła na mnie".



 Teraz.


 Teraz Bolesław Bartkowiak siedzi z rodziną w domu pod Poznaniem. Pokazuje zdjęcia, opowiada. Obdzwonił dawnych kolegów z robót, ale wszyscy nie żyją. Myślał, żeby pojechać do Hut, zobaczyć, jak teraz klasztor wygląda, sprawdzał nawet pekaesy, jest połączenie, ale dla niego to już za późno. Dwa razy był na leczeniu w Niemczech, osiem razy w Poznaniu. Raz nawet lekarka zapisała mu nieświadomie leki psychotropowe, jak wracał z miasta - widział dziesięciometrowych ludzi i drzewa-potwory. Wyratował go doktor Szczotka, odwiózł na pogotowie.

 Bartkowiak ma dzieci, zbudował dom, dostał odznaczenia za usprawnienie pieca hartowniczego. Za pracę przymusową w niemieckim klasztorze dostał pięć tysięcy złotych. Zegarek po Sebastianie dał kiedyś dziecku, zepsuło. Teraz powtarza, że szkoda, bo pamiątka. Bolesław Bartkowiak odpoczywa, jeździ na leczenie, gawędzi z młodym doktorem, ciągle powtarza: Jak wyjeżdżałem, dziadek powiedział: <<Boleś, bądź pokorny, posłuszny i pracuj, to ci włos z głowy nie spadnie>>. Za to mu jestem wdzięczny i całe życie tak czyniłem".




Tekst był pisany na zamówienie Tygodnika Powszechnego w 2000r.

JESIEŃ 2005  str. 1


reportaż strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni