jesień'05
str. 1



szkice  strona główna


Rzeka dźwięku

zuzanna morawiecka


     Był zeszyt. Przyszli, zachwycili się, pożyczyli żeby przepisać, zarzekali się, że oddadzą. Nie przyjechali nigdy więcej. Kiedyś wszystko było w głowie – teraz tylko pojedyncze słowa, wersy, zwrotki. Strzępy melodii. Pieśni odeszły w zakurzone szczeliny pamięci, nawet kijem od miotły ich nie wydobędziesz. Nie było z kim śpiewać, nie było komu śpiewać – i tak... nie zostało nic. Czasem przychodzi fragment – ani początek, ani koniec, nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co – i kołacze się po głowie niewyraźnie, uporczywie. Zawsze w takiej sytuacji, że nie można tego zapisać. Żeby to 15 lat temu...

     15 lat temu chodziłam już do szkoły i miałam swoją Krainę Dzieciństwa. W Krainie Dzieciństwa były Pieśni, ale ja miałam zupełnie inne sprawy na głowie. Musiałam wystrugać tyle łódek z kory, ulepić tyle myszek z szarej gliny spod strumyka, napleść tyle maleńkich koszyczków z sitowia i wypić tyle litrów mleka "za flotę radziecką do dna", że na Pieśni nie starczyło już czasu. Poza tym zawsze śpiewałam bardzo brzydko.

     Potem okazało się przypadkiem, że to nic dziwnego, że w szkole nie potrafiłam czysto powtórzyć melodii, skoro miałam wyższy głos niż inne dzieci i po prostu pewne dźwięki leżały poza moją skalą. I wszystkie błędy zawsze było bardzo dobrze słychać, bo ja nie śpiewałam "po cienku", nie "połykałam jajka" – cięłam pełnym strumieniem dźwięku, skołtunionym alikwotem, anarchistyczną barwą. Niestety zazwyczaj na oślep.

     Jak się jedzie po Pieśni – to zawsze do Mistrzów. Nawet jeśli w oczach ich więcej już widać nieba niż ziemi, jeśli głos ich skierowany już jest do wewnątrz, jeśli nie mają już Pieśni – to i tak w dalszym ciągu są Mistrzami. Chociażby dlatego, że się do nich przyjechało jako uczeń. Wtedy spotkanie jest bardzo mocne. Ręka z mikrofonem opada. Twarda jak osełka do kosy dłoń ociera łzy. Spojrzenie prosto w duszę ukazuje całe życie – tylko czyje: moje czy Mistrza? Czasoprzestrzeń nagle wydaje się mało poważną hipotezą usnutą przez gabinetowych teoretyków. Siedzimy na ławeczce przed domem. Z ławeczki wystaje gwóźdź. Próbuję wcisnąć go palcem w rozeschnięte drewno. Pod nogami wydeptana wysepka chudej ziemi wśród chrupiącej, słodkiej trawy i kaczego pierza. Pod ażurową szopą z desek bryka źrebak. Jest świat. Wszędzie i zawsze. Bezwzględnie. Siedzimy jeszcze chwilę w ciszy, potem idziemy pić herbatę. Pojawiają się różne Historie.

     Takie spotkanie uczy więcej o Pieśni niż sama Pieśń. Nie przyjechałam za późno – ani dla Mistrza, ani dla mnie. Stanęłam przed furtką dokładnie wtedy, kiedy miałam stanąć. Wzruszenie nie było wywołane niepotrzebnie. Pytanie musiało zostać zadane. Odpowiedź-nie-odpowiedź nakłada odpowiedzialność. Noszę w sobie kilkoro takich Mistrzów. Przechowuję czyste kasety z nagranym imieniem i nazwiskiem, datą, nazwą miejscowości i jednym wyszarpanym pamięci wersem Pieśni. Muszę znaleźć zgubę. Za późno na pytanie jest tylko wtedy, gdy nie ma komu go zadać.

     A wielu jest jeszcze takich, którzy mają odpowiedź. Są muzykanci-skały, co jak wezmą w dłonie posklejane taśmą skrzypce, to smyk się strzępi a po strunach idzie dym. Są bębniści, którzy na własnoręcznie zrobionym instrumencie porządkują rytm. Są śpiewacy, którzy mają Pieśni. Ale nie każdy, kto posiada umiejętność, może być Mistrzem. Mistrz czerpie siłę z dzielenia się swoją wiedzą. Jest drogowskazem.

     Nad bystrą rzeką, wśród borów pełnych czarnych i czerwonych jagód, w dół od przystanku, zaraz za mostkiem w lewo, jest ściana dźwięku. Mezalians rodzimych tematów, motywów i melodii z fascynującą bałkańską nutą ścina z nóg. Ostre, mocne głosy powiązane magnetyczną harmonią budują strukturę opierającą się na skupieniu w poszukiwaniu właściwego współbrzmienia. Jak prądy w rzece – czasem się spotykają, gdzieniegdzie tworzą wiry, pryskają wodą, czasem poddają się wyżłobieniu koryta, a czasem to koryto zmieniają – ale bezustannie pozostają w żywym związku ze swoim otoczeniem i ze sobą nawzajem.

     Pani Michalina przyjechała ze Slawonii na Dolny Śląsk 15 sierpnia 1946 roku. Miała wtedy 14 lat. Urodziła się w Bośni, gdzie jej dziadek przyjechał z Wołynia w 1890 roku. Tak powstały Pieśni, które uderzają prosto w serce. Najpierw usłyszałam je z nagranej 18 lat temu taśmy, wyrwanej Archiwom, która przypadkiem-nie-przypadkiem trafiła w moje ręce. Z oszczędności surowca Pieśni często są urwane po kilku zwrotkach. Czasem przeplatają się ze zwykłymi piosenkami, brzękiem talerzy i szmerami rozmów, ale wiedziałam od razu, że powinnam pojechać i spojrzeć w dobre oczy pani Michaliny i jej sióstr.

     W zupełnie innym miejscu podczas kolejnego spotkania bez Pieśni siedziałam na krzesełku i trzymałam bezradny dyktafon na kolanach. Myśli się splątały. Przyszło pytanie: czemu nie wybrałam się jeszcze do boru, nad bystrą rzekę, po tamte odległe-nie-odległe Pieśni? Od przechwycenia archiwalnej taśmy minęły chyba 2 lata.

     Do pani Michaliny przyjechałam 13 września 2005 roku. Wiele głosów już umarło. Pozostałe rzadko teraz śpiewają, ale przyszły i otoczyły mnie dźwiękiem. Kaseta w dyktafonie napełniła się złotem. Pieśni powróciły i zaczęły się domagać by je znowu śpiewano, zażądały nowych młodych głosów, zechciały zostać "przekazane".

     Do domu wracałam z masą myśli w głowie, z potężnym zadaniem do dalszej pracy – kasetą pełną pieśni, z plikiem czarnobiałych zdjęć i z lekkim sercem, a ciężkim żołądkiem. Bo na takim spotkaniu odwrotnie niż w bajce – trzeba zjeść wszystko, co się znajdzie na talerzu. Nie ważne, czy się chce i może, czy nie. "To wszystko dobre, tu nic nie zaszkodzi". Kiedyś, jeden jedyny raz, odmówiłam chleba ze smalcem. Ale to była Kraina mojego Dzieciństwa, w której po latach nie znalazłam już Pieśni. Wybaczono mi, ale nie zrozumiano. Tutaj nie mogłam tego zrobić. Tu nikt nie pamięta jak z gęsimi piórami powtykanymi w za duży zielony sweter chowałam się do kurnika i wysiadywałam kamienie. Tu musiałam zjeść wszystko. I dobrze wiedziałam, co będzie dalej. Umysł mówił: "musisz tu jeszcze przyjechać, nagrać weselne i kalendarzowe!", a żołądek: "nigdy więcej tu nie przyjeżdżaj, nie rób tego, nigdy!".

     Na szczęście PKS jechał krótko. W pociągu próbowałam obmyślić chytry plan, znaleźć odtrutkę – substancję, która albo zneutralizuje nadmiar kwasu solnego w żołądku, albo zastąpi brakujący enzym. Jednak nie udało się, nie starczyło rozumu. Powstał tylko żal, że w dworcowych automatach z napojami nie dają mięty. I myśl, że nie ma nic za darmo, że jakość jest proporcjonalna do ceny, którą trzeba za nią zapłacić. W ten, czy w inny sposób.

JESIEŃ 2005


szkice  strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni