wiosna'06
str. 1



fabula  strona główna


Klęska Mariusza

hermann broch



Irmgard Miland pochodziła od Gissonów, jej matka była też z Gissonów, ale najprawdziwszą Gissonową była jej babka, aczkolwiek nazwisko Gisson uzyskała przez zamążpójście. U kobiet tak silnego pokroju zawsze odczuwa się to jako niestosowność, gdy wyzbywają się one własnego nazwiska, zamiast przekazać je córkom, wnuczkom i pra-pra-wnuczkom. Niemniej, w przypadku Gissonów, który to przypadek należy w pewnym sensie uznać za wyjątkowy, nazwisko Gisson zostało przez „matkę Gisson”, jak ją się tutaj powszechnie nazywa, tak bez reszty wchłonięte, tak bez reszty przejęte, że za nic nie mogłaby się zrodzić myśl, iż kiedyś musiał przecież też istnieć również jakiś męski nosiciel tego nazwiska, i gdy już się o tym w ogóle pomyśli, to wydaje się, że mężczyzna o tym nazwisku wcale nie umarł, co uczynił bez żadnej wątpliwości, lecz że również on został przez tę kobietę wchłonięty, jak gdyby nie stopił się z ziemią, która nosi jego kości, lecz z tą właśnie kobietą, i to nie dlatego, iż był słabeuszem, lecz dlatego, że można go sobie wyobrazić tylko jako silnego, ba, potężnego mężczyznę, który w swej sile właśnie takiego wygaśnięcia sam by sobie życzył. Ba, doszło nawet do tego, że w przypadku jego syna, rudobrodego Mathiasa, który siłą i potężnym wyglądem ponoć zupełnie mu dorównuje, ciągle zapomina się, że i ten nosi owo nieco obco brzmiące – tego rodzaju nazwisk jest tutaj w Górnej Wsi kilka – i ładne nazwisko Gisson; woła się go, to zwie się on po prostu Mathias górnik.
Teraz był kwiecień. Na wielokrotnie już sczerniały śnieg, na którym w wielu miejscach można było znowu ujrzeć czarną ziemię i bladą zieleń, spadał z niskiego nieba ciężki deszcz, i tak niebo jak i deszcz zdawały się być gotowe wnet przemienić się znowu w śnieg. Z zamazanymi konturami wyłaniały się z mgły, gdy się do nich zbliżało, choinki, z których skapywały krople wody, domy, na których dachach leżał dym jak lekka mgielna kaszka oraz wszystko inne.
Była godzina jedenasta, gdy opuściłem, leżący nieco poza Górną Wsią, dom Sucków i udałem się w drogę do siebie. Był to nieprzyjemny przypadek; kobieta cierpiała na czyraczność, gorączkowała a powinna karmić dziecko, które też nie wyglądało całkiem dobrze. I jak zawsze w podobnych okolicznościach ogarnął mnie gniew z powodu dalszego trwania ludzkości mimo tak utrudnionych warunków. Dlaczego lepiej nie odpuszczali sobie tego? czy tylko dlatego, że każdy boi się umrzeć jako jeden z tych ostatnich ludzi, którzy z powodu braku potomstwa musieliby sami i bez żadnej pomocy dać sobie z tym radę? Naturalnie należało przejść teraz na mleko z butelki, tymczasem o pasteryzowaniu nie mogło tu w górach być mowy. Był to jeden żałosny lament.
Gdy pogrążony w tych przykrych rozmyślaniach schodziłem wiejską drogą, która – w odróżnieniu od Dolnego Kuppronu – właściwie na kilku tylko odcinkach jest prawdziwą wiejską ulicą z przylegającymi do niej budynkami, często są one oddzielone od siebie niezabudowaną ziemią uprawną, albo mniejszymi pojedynczymi drewnianymi domami, gdy tak więc, z założonym na głowę kapturem lodenowego płaszcza, schodziłem między mokrymi budynkami i wbijałem swą laskę w błotnisty śnieg, przyszło mi nagle przy Górniczym Dziedzińcu do głowy by odwiedzić matkę Gisson.
Górniczy Dziedziniec to podłużna niska budowla, której gotyckie pochodzenie dostrzega się w kształcie okien i wsporników. W tym starym gwareckim osiedlu, jakim jest Górny Kuppron, musiało kiedyś znajdować się coś w rodzaju dyrekcji kopalni. Dzisiaj stanowi ono, i to też od czasów, do których nie sięga się już myślą, nie całkiem określoną wspólną własność kilku rodzin, prawdopodobnie byłych mistrzów górniczych, starszych górników i innych uprzywilejowanych, którzy poprzez wstawienie osobnych drzwi wejściowych i poprzez podzielenie wielkiego dziedzińca przemienili ten kompleks na ile się dało w jednorodzinne chłopskie domostwa.
Prawdziwie rolnicze gospodarstwa przez to oczywiście nie powstały, i w końcu nie było to też konieczne, bo tu na górze nie ma prawdziwie wyznaczonych pól rolnych, zaś obejścia powstały z wykarczowanych kawałków lasu i są najczęściej tak małe, że ani jedno z nich nie jest większe niż samo domostwo, ale możliwe, że właśnie trwałość tej wspólnoty jest dla Górnokupprowian łączącym ich spoiwem, w którym wciąż jeszcze żyje jakieś dalekie wspomnienie o dawnej przynależności do gwareckiego cechu. Rolnicy z doliny nie mają dla czegoś takiego żadnego zrozumienia, i jeśli, pomijając kilka wyjątków, sami nie są bogaci, to nawet jeszcze dzisiaj wieśniak z Górnej Wsi z jego skromnym dobytkiem jawi im się jako nierolniczy i proletariacki, a Górniczy Dziedziniec, mimo swej godnej szacunku tradycji, jako rodzaj czynszowych koszar. Wystarczająco długo też nosili urazę do Milanda i krzywo na niego patrzyli, dlatego że wziął jedną stąd.
Jak większość okien w tej okolicy również okna matki Gisson przyozdobione są wiszącymi goździkami; jeszcze bezkwietne szarozielone łodygi podobne odpornej na pogodę grubej sfilcowanej brodzie zwieszają się ze skrzynek, a po nich spływał deszcz. I tak jak w innych mieszkaniach również tutaj otwór okienny przebudowany był na wejściowe drzwi, których zewnętrzne skrzydło było za dnia zawsze otwarte i przymocowane drucianym hakiem do muru po prawej, podczas gdy z lewej strony wbita była w ziemię ławka do przesiadywania na zewnątrz, zaopatrzona w półkę na drewniaki, które tutejszym zwyczajem zsuwane są ze stóp przed wejściem do domu. Przez wewnętrzne szklane drzwi jednakże wchodzi się bezpośrednio do kuchni.
Tam też teraz stałem, uwalniając się od mego ciężkiego od deszczu płaszcza, zaś matka Gisson głośno wyrzekała na mężczyzn brudzących swymi butami z kolcami oraz ociekającym wodą odzieniem wyszorowaną do białości podłogę. Jasna przytulność ogarnia to pomieszczenie; jest tak, jak gdyby słońce, które już od stuleci wdziera się tu każdego ranka, żeby spędzić całe popołudnie, zgromadziło zapas blasku, którym tak zasnute dni, jak ten dzisiejszy, mogły się żywić. Z tyłu stoi w jednym rogu piec, na którym już gotuje się zupa na obiad; dwie zaszklone szafki, wiejski wyrób z 18. wieku, są całkowicie wypełnione naczyniami w kwieciste wzory; z przodu przy jednym z okien stoi otoczony z dwóch stron narożną ławą stół, a przy nim siedzi matka Gisson i wyrzeka.
» Doprawdy zamiast krzyczeć dalibyście lepiej sznapsa, matko, przy tak paskudnej pogodzie. «
» Tym mogę panu służyć, panie doktorze. «
I wstaje, aby przynieść ze spiżarni butelkę. Z tym sznapsem to rzecz ma się ale szczególnie; jest to piekielnie ostry trunek, tajemniczy ziołowy napój. W sierpniu, gdy spadają gwiazdy, można zobaczyć matkę Gisson stojącą przed drzwiami i pilnie obserwującą niebo; długo nie wiedziałem, co to miało oznaczać, lecz jednak odkąd nabrała do mnie zaufania, zagadywała nieraz coś niecoś na ten temat. » Za osiem dni idę «, mówi wówczas, albo » Jutro idę «, i gdy nadchodzi czas, przy najwcześniejszym zmierzchaniu wyrusza w góry, wspina się po ścianach jak chłopak i wraca z pieczołowicie osłoniętym zawiniątkiem pełnym ziół. W rzeczy samej nigdy nie zdradza jego dokładnej zawartości, i także miejsca, w których znajduje swe zioła, trzyma w ścisłej tajemnicy.
» Któż odziedziczy całą tę wiedzę, matko Gisson? « - » Irmgard, ale tak daleko jeszcze nie jesteśmy. «
Cóż, ponieważ wraca z butelką, niesie ze sobą także bochen chleba.
» Sam sznaps nic nie daje «, mówi.
Moja przyjaźń z matką Gisson trwa już długo i z każdym rokiem staje się mocniejsza. Krótko po tym jak przyjąłem posadę, poleciła mnie zawołać, Matahias, który miał wtedy około trzydziestu lat, nagle stracił przytomność, skonstatowałem bardziej niż dojrzałe do operacji zapalenie ślepej kiszki. Lecz mimo moich naglących apeli, nie wysłała go do szpitala. Patrzyła synowi długo w oczy, a później powiedziała do mnie: » Nie, tam nie dojechałby już żywy, musimy poradzić sobie z tym tutaj. « Tak oto przejęła leczenie w swoje ręce: w oborze między jej dwiema krowami kazała przygotować dla pacjenta posłanie – później zauważyłem, że do jej terapii zawsze przynależały zwierzęta - i tam, w zwierzęcych oparach, musiał on osiem dni pościć. Czy na jego chorym brzuchu rozmazywała również ciepłe krowie placki, nie udało mi się nigdy ustalić, bowiem nie zezwalała, abym mógł chorego, któremu że tak powiem na czole wypisane było zapalenie otrzewnej, w ogóle dotknąć. Gdy później ją o to pytałem, śmiała się tylko i mówiła » Być może. « Ale syna postawiła na nogi, i z biegiem czasu przeżyłem z nią jeszcze kilka podobnych przypadków. Nie tyle, że gardziła szkolną medycyną, nie czyni tego bardziej niż ja, nieomylnie wie jednak o jej granicach, a że odnosiłem się do tego z uznaniem, dało mi to nie tylko jej przyjaźń, ale również wartościową pomoc. I wydaje się to niemal naturalne, gdy ona, ze swoją siedemdziesiątką najwyżej piętnaście lat ode mnie starsza, traktuje mnie jak młodocianego zuchwalca, którego, nawet jeśli już się sprawdził, trzeba trzymać na wodzy.
» Tutaj, panie doktorze, twój sznaps, a chleb jest całkiem świeży. «
Kiedy już wymieniliśmy parę słów, mówi do mnie na ty; tu w Górnej Wsi łatwo przechodzi się na ty, przynajmniej wśród równych wiekiem.
Zapytałem o Irmgard.
Matka Gisson śmieje się cicho. Ma mocne żółte zęby. Gdy ją kiedyś jeden bolał, sama go wyrwała. Jak tego dokonała, pozostaje dla mnie do dzisiaj zagadką.
» Widziałeś już tego Mariusza? «
» Diabli, ten jest wciąż jeszcze u Milandów? «
» Dzisiaj przysłała mi go Irmgard tu na górę. «
» Chce go może poślubić? «
Teraz już się nie śmieje, lecz wymawia tylko krótkie » Nie «, które brzmi jak skierowany w stronę wnuczki zakaz.
Przez jakąś chwilę zastanawiała się, i było to, na ile można było wnioskować z jej spojrzenia, jak gdyby zajęta była czymś bardzo odległym. I zabrzmiało to nieomal jak groźba, gdy powiedziała: »Być może nadszedł już czas. «
» Na co nadszedł czas, matko Gisson? «
» Żeby było inaczej. « I zaraz dodała: » Ten Mariusz jest pojętny. «
Pojętny znaczyło w jej języku tyle, co żądny wiedzy. Skinąłem głową.
» Poszedł do kopalni «, i wskazała kciukiem na tylną ścianę pokoju, bo w tym kierunku leży Kuppron.
Matka Gisson jest jedną z niewielu osób, które mogą udzielić dokładnych informacji o starych sztolniach. Jeden po drugim nazywała stare chodniki a także mi je pokazywała, ten Bogaty i Biedny, Korytarz Martwego Poganina, Jamę Karłów, Srebrny, i Plombon. Podejrzewałem ją, że o wydajności tych starych miejsc pracy mogłaby powiedzieć wszystko, co tylko możliwe, więcej nawet niż jej syn Mathias górnik. Pewnego razu pokazał mi on duży jak pięść kawał granitu, w którym niebezpiecznie i osobliwie błyszcząc była zawarta żyłka złota. » Znalezione?» zapytałem. » Tak «, odparł, » przez pradziadka, albo jeszcze wcześniej. « Po czym znowu go schował. Ponadto nad jego łóżkiem wisi stary górniczy kilof.
» Czego chce ten Mariusz przy kopalni? i to przy takiej pogodzie? «
» Prawdopodobnie szukać złota «, matka Gisson zaczyna się znowu śmiać i pobrzmiewa w tym coś chytrze podstępnego, » wielu już tego próbowało . «
Dlaczego ta góra niepokoi także i mnie? dlaczego przejmuje mnie zawsze dreszcz, gdy przemierzam stare górskie ścieżki, które nieraz wykazują jeszcze ślady byłych podmurówek? gdy znajduję w krzakach zamurowane i przysypane gruzem sztolnie? wszystko to mogło stać się dla mnie już od dawna powszednie, stało się przecież od dawna powszednie.
Mówię » Góra nie daje już przecież niczego. «
» Ona musi wypocząć «, prostuje matka Gisson.
Słyszałem to od niej już wiele razy, mimo to znowu pytam: » Jak długo jeszcze, matko? «
» Ja tego nie dożyję, ty tego nie dożyjesz, góra ma dużo czasu. «
I mówię teraz, jak gdyby należało to do tematu, i nagle rozumiem, dlaczego tutaj zaszedłem: » Dziecko Suckowej nie przeżyje. «
» Tak? « mówi, » dziecko też. «
» Czemu też? «
Na to ona: » Bo i matka nie pożyje już długo. «
» Hmm «, westchnąłem niedowierzająco, bo na czyraczność wcale nie trzeba zaraz umierać.
W piecu trzaskało drewno, na zewnątrz równomiernie pluskał deszcz, z okapu spływała woda. Matka Gisson podeszła do pieca, otworzyła palenisko i dołożyła jedno polano. I wobec tych obojętnych czynności powiedziała: » Tak to jest, ja ją przecież znam, tę Suckową. «
Czegoś podobnego wypowiedzieć z taką pewnością i z taką bezwzględnością nie potrafiłby może żaden mężczyzna, choćby nawet był lekarzem; najchętniej wcale bym tego nie usłyszał, i nawet jeśli nie umiałem w to wątpić, to chciałem to załagodzić: » No, matko Gisson, wy też możecie się raz wyjątkowo mylić. «
Otworzyła garnek, zamieszała w nim drewnianą łyżką, skosztowała i rzekła: » Śmierć jest łaską... ale ty tego nie rozumiesz, jesteś na to za młody, a poza tym doktor. «
Myślałem o Suckowej i nie odpowiedziałem.
» Wy ludzie z miasta wcale się nie starzejecie, przychodzicie starzy na świat i takimi pozostajecie, aż przyjdzie koniec... « Skinęła do mnie głową od strony pieca.
Kto jak ja siedział już przy tak wielu łożach śmierci, ten ma jakieś wyobrażenie o tym, iż umieranie bywa różne, że w owym wielkim osamotnieniu, w którym tak wiele staje się obojętnym, istnieje jednak pewien przywilej, prawdziwa śmierć, tak przepotężna i piękna, Poza-Byt a mimo to nie Kres-Bytu, że nawet lekarz, wróg śmierci, chętnie się przed nią chyli i zaprzestaje walki, która nie śmierci, lecz dotyczyła właśnie Poza-Bytu.
Matka Gisson wyjmowała teraz talerze: » I ponieważ uważacie, że to nie koniec, dlatego nie możecie i nie chcecie dostrzec, że na kogoś przychodzi czas... z tobą jest już trochę lepiej, może i tobie będzie kiedyś wolno prawdziwie umrzeć... ale kiedy masz to zobaczyć, wtedy się wzbraniasz... «
» Matko Gisson, po to tu jestem. «
» Tak uważasz, boś młody jest i głupi. « Przesunęła talerze na stole na swoje miejsca, skrzyżowała ręce pod piersiami i stanęła tuż przede mną: » Jedno ci mówię... gdy przyjdzie pora na mnie, nie będziesz przy mnie wiele doktorował, tylko pozwolisz wszystkiemu potoczyć się własnym torem, nawet jeśli nie będę już wtedy sama mogła ukrócić twoich doktorskich zapędów. «
» Do diaska, matko Gisson, o czym wy mówicie. «
» O tym, co nadejdzie, i czego ty nie chcesz widzieć. «
Było to śmieszne. Stała przede mną, okaz krzepkości i zdrowia pomimo swych siedemdziesięciu lat.
» Teraz już doprawdy widzę, że w obliczu swych znachorskich ambicji, nie chcecie mi sprawić satysfakcji połatania was w razie potrzeby... ale o tym jeszcze pogadamy, na szczęście mamy jeszcze dużo czasu zanim do tego dojdzie... «
» Poczekaj tylko «, roześmiała się, i zabrzmiało to głębiej, aniżeli chciałbym to sam przed sobą przyznać.
Ale oto widzę przez okno, jak zbliża się Mariusz, na ramionach lodenowy kołnierz, nadchodzi lewą stroną ulicy swym uskrzydlonym krokiem i lekko człapiąc, mokre spodnie kleją mu się do nóg, jego figura nie robi dobrego wrażenia.
Wskazałem na zewnątrz: » Nie wydaje się nieść ze sobą wiele złota. «
Spojrzała przez okno: » Złota nie, ale coś znalazł. «
Nie dziwiłem się już niczemu; zaraz się okaże, czy coś znalazł.
Po chwili zadźwięczały szklane drzwi i Mariusz wszedł do kuchni. Teraz dopiero widziało się w jakim stanie wracał, ociekające wodą, oblepione ziemią buty, utytłane aż do kolan spodnie; naturalnie nic dziwnego, skoro przy takiej pogodzie wyrusza się na poszukiwanie złota.
» Zdejmijcie buty i skarpety i powieście przy piecu «, komenderowała matka Gisson.
Młodemu, jakim byłem, sprawiało mi przyjemność, że matka Gisson nie mówiła do tego włóczęgi na ty.
Mariusz zrobił co mu przykazano. Do ściany przy piecu przymocowany jest podwójny drążek do suszenia butów i na nim powiesił swoje rzeczy. Potem podszedł boso do stołu. Miał dobrze ukształtowane i zupełnie czyste stopy.
» No, a teraz pokażcie, co znaleźliście. «
Z kieszeni mokrych spodni wyjął podłużny zielony odłamek. Był to wąski krzemień w kształcie sztyletu.
Matka Gisson wzięła nóż w swą silną lekko żółtawą starczą dłoń. » Macie dobre oko «, pochwaliła.
Ja powiedziałem: » Ma dobre pięć tysięcy lat. «
Znaleźliście to przy Zimnym Kamieniu? « spytała matka Gisson.
Wyjątkowo nie było to żadne nadzwyczajne, lecz dosyć zrozumiałe przypuszczenie. Albowiem kamienna płyta, która tamtejszemu wzgórzu dała nazwę i która pierwotnie niewątpliwie nazywała się Celtyckim Kamieniem (przyp. tłum. podobieństwo słów: kalter-zimny) i kelten-celtycki Stein) była całkiem wyraźnie celtyckim stołem ofiarnym ówczesnych druidów, a ponieważ została ustawiona na miejscu jeszcze dawniejszego świętego miejsca, jest samo przez się zrozumiałe, że niekiedy znajduje się tam przedmioty tego rodzaju. Bardziej zdumiewające było, że Mariusz tam właśnie poszedł oraz że mimo śniegu i błota potrafił coś takiego dojrzeć. » Tak «, powiedział, » u nas też znajduje się podobne. «
» Gdzie? « zapytałem.
Mariusz chętnie udzielił informacji: » W Dolomitach, żyje tam jeszcze mój dziadek. «
» Chcecie coś zjeść? « matka Gisson wskazała na bochen chleba.
» Piękne dzięki «, powiedział Mariusz i chwycił za bochenek, a ponieważ trzymał jeszcze w ręku krzemienny nóż, chciał przyłożyć do chleba jego wyszczerbione ostrze.
Nieomal gniewnie odebrała mu matka Gisson chleb, odwróciła go i wskazała na trzy krzyże: » To jest święte «, rzekła, » i ten nóż też jest święty, ale jedno nie należy do drugiego. « I odkroiła zwykłym nożem grubą pajdę.
Cóż mogła ona wiedzieć o świętości ofiarnego noża z epoki kamiennej? czy czas dla niej nie istniał? jak daleko sięgała jej pamięć?
Mariusz, jakby chciał pokazać, że matkę Gisson zrozumiał, choć chyba jednak bardziej automatycznie, przyłożył nóż do swojego gardła. Potem uśmiechnął się, schował go i ugryzł kęs chleba.
» Miejcie się na baczności «, powiedziała matka Gisson, » wprawdzie wiecie jeszcze co nieco, a jednak wiecie już zbyt mało. To nie jest dobra mieszanka. «
» Wiem więcej niż inni «, odparł Mariusz z pewnym samozadowoleniem. Może też być, że była to aluzja do mnie. Bowiem od samego początku miałem wrażenie, że nie był zadowolony ze spotkania ze mną.
» Właśnie dlatego musicie się mieć na baczności, bo jak chcecie szukać złota, to jesteście podobni innym, ba, gorsi jeszcze, bo wy, mówię, posiadacie jeszcze wiedzę. «
» A jeśli znajdę złoto przy pomocy różdżki? « chełpił się Mariusz.
» Wtedy też «, powiedziała matka Gisson, » są pozy i zabawy, które wydają się być świętą prawdą a jednak pozostają tym czym są, mianowicie będącym nagle w modzie naśladownictwem. « Jej głos stał się niechętny. » Jedzcie lepiej i umiarkujcie się. « I nie zwracając uwagi na swoją niechęć ukroiła mu jeszcze kawałek chleba, niczym niesfornemu dzieciakowi, którym mimo wszystko trzeba się zajmować.
A ja przypomniałem sobie właśnie legendę, w której ludzie z tych okolic opowiadają sobie, że tylko ta sztolnia, która nazywa się Jamą Karłów, i do której wejście znajduje się wysoko przy kapliczce, naprawdę dochodzi na głębokość złota, sztolnia, która wprawdzie zaczyna się potężną halą, ale z niej rozchodzi się siecią malutkich korytarzyków, i że żadnemu z wyrośniętych, którzy wypędzili i pozabijali jej karłowatych budowniczych, że żadnemu z wyrośniętych, do których i my należymy, nigdy nie może się udać, niechby i na czworaka, albo jak wąż czołgając się na brzuchu, dotrzeć do nieskończenie rozgałęzionych i krzyżujących się zabawkowych korytarzy, albo choćby je podwyższyć albo poszerzyć, nie zostając przy tym zamkniętym w zapadającej się górze i zmiażdżonym w otoczeniu stworów podziemnego świata. O tej klątwie umierającego króla karłów myślałem, i przeszły mnie ciarki, czy to z powodu przepaści czasu, w którą zapadły się wszystkie nacje, które w tych sztolniach pracowały, czy też z powodu przepaści czasu, ponad którą kołysze się ludzkie życie.
W tym momencie wszedł do kuchni tylnimi drzwiami, tymi od strony góry, Mathias. Do domu wszedł zapewne przez podwórze, był już umyty, wielki, barczysty i z podwiniętymi rękawami koszuli stał tak niczym archanioł ze swoją czerwoną brodą, strażnik w drzwiach, które wypełnił i zupełnie przesłonił, przyglądał się przybyszowi, bowiem myślał on głęboko i powoli, i niezwyczajne zwykł układać sobie w zupełnym spokoju.
» Tak «, powiedziała matka, » to jest Mariusz Ratti, i przychodzi od Milandów. «
Teraz przysiadł się górnik Mathias, który kocha siostrę i jej rodzinę, ale który odczuwa sympatię także do swego szwagra, do stołu, potrząsa nasze ręce, i podążając za ceremoniałem tutejszych chłopów, który jest bardziej skomplikowany, bardziej skostniały a jednak bardziej subtelny niż miejski, pyta, o czym właśnie mówiliśmy, aby rozmowa nie uległa przerwaniu z jego powodu .
Odpowiedziałem: » Myślę, że złoto leży tak głęboko, że nie można go znaleźć przy pomocy różdżki. «
Mathias odrzekł w swej powolnej górniczej mowie: » Różdżka jest tylko częścią człowieka, który ją trzyma. I jest czas, w którym człowiek wyczuwa złoto, i jest czas, w którym może on pójść za miedzią albo za głuchym ołowiem, ale jest i taki czas, w którym różdżka może wskazać tylko wodę. Bo znajduje się tylko to, czego naprawdę się potrzebuje, a jeśli jednak człowiek chce się zmusić do czego innego, to różdżka źle się odchyla, i wszystko układa mu się nieszczęśliwie. Dlatego zostały kiedyś opuszczone sztolnie karłów, a później i miedź. Wszystko ma swój czas, i człowiek musi się temu poddać, bo jest to czas człowieka. «
Być może nie skończył jeszcze i chciał jedynie na swój powolny sposób zrobić krótką przerwę, zanim wypełniłby logiczne braki, które, jeśli ktoś uważnie słuchał, można było wychwycić. Ale Mariusz zagarnął je już dla siebie, i prędko wtrącił:
» Tak, to mogłoby się zgadzać, jeśli rzucicie się na górę z wiertłami, jeśli jej wnętrze wyrzucicie na wierzch, aby opróżnić ją z jej skarbów. Ale jeśli ja trzymam w ręku różdżkę, i ona drży, tak że wszystkimi fibrami ciała wyczuwam złoto, to znaczy to, że znowu nadszedł czas złota. «
Mathias Gisson oparł podbródek na dłoniach, tak że broda wytryskiwała mu między palcami, a ponieważ, jak wielu silnych ludzi, chętnie się śmiał, wydała mu się gorliwość Mariusza komiczna. Nie, żeby drwiąco przywołać go do porządku, ale odjął jedną rękę od podbródka i śmiejąc się uderzył go nią w kolano: » Za i przeciw może być wiele. «
Ale matka Gisson, odsuwając garnek od paleniska i stawiając na jego miejsce inny, powiedziała: » Różdżki można tak samo niewłaściwie użyć, jak można nadużyć maszyn, i przez nią można też samemu zostać zniewolonym… ja mogę was tylko ostrzec, a czy uwierzycie w to czy nie, zależy od was. «
» Nie «, zawołał Mariusz z całą właściwą mu uprzejmością, » nie zbywajcie mnie tak…, dajcie sobie pokazać, co potrafię, i nie śmiejcie się ze mnie górniku Mathiasie, dopóki was nie przekonam. «
Na to Mathias podniósł się od stołu, aby po chwili znów wrócić z miedzianą pętlą, którą w milczeniu podał Mariuszowi. Także ja rozpoznałem ten instrument: niektórzy różdżkarze podczas szukania złóż chętniej korzystali z takich właśnie drucianych pętli.
Mariusz nie dawał się jednak tak łatwo pobić. Był on jak ktoś, kto musi wiele obronić, jak ktoś, kto ma jakież życzenie, większe, aniżeli mógłbym odgadnąć, i rzekł. » Teraz mnie to nie dziwi, że niczego nie znaleźliście, to już niemal nie jest różdżka, to prawie maszyna…musicie spróbować z żywą wiklinową różdżką, przez którą przepływa cała kruchość życia…czy kiedykolwiek próbowaliście tego? «
» Ja nie próbowałem tego jeszcze wcale.. my wiemy też bez różdżki, czego góra chce. « I Mathias trzymał płasko dłoń na wysokości kolan nad podłogą, jak gdyby mógł się w ten sposób wsłuchać w głąb ziemi.
W kuchni, już i tak przyjemnej, zrobiło się jaśniej, gdyż deszcz na zewnątrz zdawał się ustawać. Mariusz milczał, i my milczeliśmy. W końcu powiedział prawie prosząc: » Wiecie czego chce góra, i jesteście tak pewni siebie i wobec siebie tak bezkrytyczni, że nie dostrzegacie wiedzy innych, nie mówiąc już o tym, byście ją chcieli uznać... wypróbujcie mnie, przyjmijcie mnie do siebie, pozwólcie mi wam służyć i nie powątpiewajcie, zanim mnie nie sprawdzicie. «
Podniósł się, i tak jak teraz stał, boso i z lekko przechyloną głową, podobny był oczekującemu pokutnikowi.
Matka Gisson spojrzała mu w twarz, i po chwili rzekła spokojnie i mówiąc mu per ty: » Ty nie potrafisz służyć, nawet gdybyś chciał... a w twoją wiedzę nie wątpię, tylko nie niesie nam ona żadnego pożytku. «
» Odprawiacie mnie zatem «, powiedział.
» Nie w złości, ale w trosce «, odrzekła.
» Tak «, powiedział i poszedł do pieca, wziąć swoje skarpety i buty.
» Mathias da ci suche «, powiedziała, rzucając krótkie spojrzenie na czarne od wilgoci pomarszczone skarpety, » możesz je przecież zawsze przynieść, jeśli zechcesz. « Wzięła też jego lodenowy kołnierz, który wisiał na haku obok drzwi i pod którym zrobiła się mała kałuża, strzepnęła trzymające się jeszcze na nim kropelki i zauważyła po matczynemu: » O to mogłeś się też sam zatroszczyć. « Natomiast Mathias przyniósł suche skarpety, które Mariusz przyjął z grzecznym podziękowaniem, i było to, jak gdyby marnotrawny syn, w połowie jeszcze należący do domu a jednocześnie znacznie od niego już oddalony, zostawał znowu wypuszczany w świat - a nawet było im z pewnością przykro, że nie mogli go zatrzymać na obiedzie, który stał już gotowy na piecu, ale po tym, co wydarzyło się i co zostało powiedziane nie mogło wszak stać się inaczej.
» Deszcz ustał «, rzekłem, » czas i na mnie... są jeszcze przecież pacjenci. «
Było teraz lepiej zostawić matkę i syna samych.
I tak pożegnaliśmy się, obaj, Mariusz i ja, i wyszliśmy szklanymi drzwiami na poplamioną śniegiem, błotnistą ulicę, leżącą między białawymi murami a ciemnymi szybami okien, szara, pod niewyraźnym zaciągniętym bielą południowym niebem, biaława i czarna jak fotografia. Naprzeciw nam uderzyło wilgotne i zwiędłe szare powietrze, i milcząc udaliśmy się w dół ulicy.
Przy wyjściu ze wsi powiedziałem: » Idźcie z Bogiem,Herr Ratti. «
» Ach, nie schodzicie ze mną na dół? «
» Nie, pójdę już do siebie «, i wskazałem na mój dom, którego czerwona dachówka wystawała ze świerkowego lasu, ponad Zimnym Kamieniem.
» Tam stoją dwa domy «, zauważył, » mieszka tam jeszcze ktoś? «
» Naturalnie. «
» Kto? «
» Ach, z czasów budowy pozostał tu ktoś w rodzaju ówczesnego zarządcy... utrzymuje się z różnych technicznych prac, silniki i tym podobne... «
» Aha, sprzedawca radioodbiorników. «
» Tak, tym też się zajmuje. «
Wydawał się być zorientowanym: » Wetchy się nazywa. « Na jego twarzy pojawiła się pogarda; sąsiedztwo wyraźnie mu się nie podobało.
» Tak «, powiedziałem wreszcie, aby uniknąć dalszych pytań, » ja idę teraz w lewo. «
» Do widzenia, panie doktorze «, rzekł krótko i oddalił się.
Nie zapomni mi szybko, że byłem świadkiem jego porażki, pomyślałem. Ale cóż to szkodzi. Gdy zbliżyłem się do brzegu lasu, ujrzałem pierwszego krokusa.






Hermann Broch, Die Verzauberung – rozdział III (1935)
© Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1969

tłumaczenie z niemieckiego: dziennikarze wędrowni (kumaszyński)




Tytuł fragmentu nadany przez redakcję

WIOSNA 2006  str. 1


fabula strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni