wiosna'06
str. 1



reportaże  strona główna


Nie chcę się obudzić

jan janusz morawiecki,tekst
filip łepkowicz, zdjęcie




O istnieniu Forum internetowego "Sakura" dowiedziałem się od Betki. Temat interesujący, ale nie chciała go ruszać. Sama miała tak długo wyczekiwanego nowonarodzonego synka. Bała się. Ja też się bałem. Zadzwoniłem. Dostałem namiary na matki.

Poznań przywitał mnie deszczem, wiatrem i okropnym zimnem. Spotkanie odbyło się w Centrum Kultury Zamek. Rozmawialiśmy w klubowej kawiarence. Było ciepło, dyskretnie szumiały lodówki. Pani za bufetem przecierała naczynia, rozmowa płynęła.
Przy opowiadaniu Marysi pani nagle wyszła. Wyglądała na zapłakaną. Do końca naszej rozmowy nikt już do lokaliku nie wszedł, a kiedy wychodziliśmy okazało się, że pani stała przy drzwiach i pilnowała aby nikt nam nie przeszkadzał. Zapewniała, że gdybyśmy w przyszłości chcieli jeszcze porozmawiać to ona zaprasza.

Po rozmowie wracałem z Marysią. Szliśmy wolno w kierunku dworca. Wiatr i deszcz nie straciły na sile. Spytałem dlaczego zdecydowały się na rozmowę. Jestem przecież facetem, a kobieta, wiadomo, prędzej zrozumie kobietę. Powiedziała:
- Opowiadanie obcemu mężczyźnie o swoim nieszczęściu, to jak próba wyjaśnienia istoty macierzyństwa.
Przez całą drogę miałem wrażenie, że chce mi jeszcze coś powiedzieć, o coś prosić. Nie zrobiła tego jednak. Mogę się tylko domyślać, że pragnęła by ich nieszczęście nie było wyłącznie ich sprawą. By powiedzieć, że taka rzeczywistość też istnieje. Ale z drugiej strony, że nie chcą być rozpoznane przez środowisko, przez lekarzy w klinikach i przychodniach. Bardzo chcą być matkami i może jeszcze raz zaryzykują.

1

Marysia:
W snach najczęściej jestem w ciąży albo karmię dziecko. To są w sumie bardzo fajne sny. Byłyby dobrze, gdyby nie towarzyszyło im... To poczucie, że zaraz przyjdzie tragedia. Co jest trudne w tych snach? Są uporczywe. Są... niemalże każdej nocy ... Nie, nie to jest najtrudniejsze. Najgorsze, że trzeba się z nich obudzić. Nie pozwalają zapomnieć.

2

Skal:
Kiedy zaszłam w ciążę, chciałam poczytać o macierzyństwie, dzieciach, zaczęłam szperać w internecie. I tak trafiłam na Forum... No i rozmawiałam z takimi jak ja, z przyszłymi matkami... To trwało przez całą ciążę. A kiedy... straciłam dziecko, ktoś z tego forum podał mi adres innej strony, na której spotykają się mamy dzieci, które zmarły. Mówili, że tam mogę szukać pomocy, zrozumienia... Że tamte kobiety przeżyły to samo, że tylko one potrafią zrozumieć. Były różne. Traciły dzieci na kolejnych etapach ciąży, mówiły o poronieniach wczesnych i o tych w późniejszych tygodniach. Albo już... Mówiły o dzieciach, które już się urodziły i zmarły tak, jak to było w moim przypadku. Tak, znalazłam tam wielką pomoc. Wreszcie mogłam porozmawiać z kimś, kto przeszedł przez to samo, mogłam też wyrzucić z siebie wielki ból, żal, złość na cały świat. Tak to się zaczęło. Jestem tam do tej pory.

3

Marysia:
Nazywam się Maria. Marysia. Ja straciłam cztery ciąże. Takie... Zaawansowane, bo to było pomiędzy 16 a 22 tygodniem. Z niewiadomych przyczyn, oczywiście nic nie zostało to ustalone i w swoim najbliższym otoczeniu spotkałam się z... Ech, sama przyjmowałam taką postawę, że najlepiej udawać, że nic się nie stało. To takie kłopotliwe. Nikt nie wie co powiedzieć... A jeśli ja sama wyszłam z taką postawą, że już się uśmiecham, już się uczesałam, to wszyscy uznali, że już jest o. k., można żyć dalej. Ale dalej tak żyć się nie da. Taka jest prawda. Forum pozwala nam przetrwać. Zapełnić pustkę. Pozwala mówić o tym, co najważniejsze. A na co dzień możemy sobie dalej stwarzać pozory. Ja jestem w tym doskonała. Zapewniam. Na imprezach jestem najbardziej rozrywkowa. A serce krzyczy. I wszystkim chcę powiedzieć... Tylko my znamy ogrom, obszar swojej tragedii. Znamy tę niewysłowioną pustkę. U mnie osobiście było coś jeszcze. Tą dodatkową tragiczną cząstką, którą sama chcę dodać, tym, co ja przeżyłam, co mnie spotkało... Jest...

4

Marysia:
Opowiem wam historię. Odeszły... To był 18 chyba tydzień ciąży. Odeszły wody płodowe i wiadomo było, że muszę urodzić, że dziecko nie ma szans, jest za wcześnie, jest infekcja, nie da się tego powstrzymać, nie da się dzieciątka ocalić. Najpierw mi powiedzieli w szpitalu, że nie ma pani akcji porodowej, więc to może potrwać kilka dni. Pomyślałam sobie, że nie wytrzymam oczekiwania kilku dni na urodzenie martwego dziecka. Szczęśliwie dla mnie akcja porodowa się zaczęła. Była bardzo bolesna. Uważałam, że nie mam powodu znosić tego bólu skoro nie dostanę za to nagrody. Poprosiłam o środki znieczulające, których nie dostałam, a bóle były coraz silniejsze. Wołałam położne, prosiłam. Były dwie. Nie chciały przychodzić, bo myślały, że ja znowu o te środki przeciwbólowe chcę prosić, taka byłam rozkapryszona, że chciałam coś znieczulającego. Położyły obok mnie dużo młodszą dziewczynę. Jej też zagrażało poronienie. I ona przez cały czas patrzyła na przyjście martwego dziecka. Obserwowała cały poród. Czy wy sobie to wyobrażacie? Urodziłam przy niej. Żadna położna nie przyszła, bo myślały, że ja ciągle proszę o... O te środki znieczulające. Dziecko leżało koło mnie i nie wiedziałam co mam zrobić. Wołałam, wołałam... Mogłam sobie to dziecko wziąć w ręce. Nikt nie przyszedł. Ja przeżyłam koszmar, ale nie chcę wiedzieć, co przeżyła ta dziewczyna obok mnie. To była jej pierwsza ciąża. Leżałyśmy w renomowanym szpitalu, bardzo wysoko notowanym w rankingu "Rodzić po ludzku".
Płacz.

5

Marysia:
Rozumiem najbliższych, rozumiem moje koleżanki, kolegów, rodzinę. Oni myślą tak: to jest coś tak potwornego i okropnego. Kropka. Nie dziwię się, że nie potrafią się do tego ustosunkować. Ale dlaczego lekarze, dlaczego personel medyczny w szpitalach nie potrafi się w tym odnaleźć? Dlaczego potrafi być tak bezmyślnie okrutny? Chcę znać odpowiedź! Wiem, spotykają się z różnymi tragediami. Domyślam się, że na tym budowaliby swoje usprawiedliwienie: nie mogę się angażować. Ale ja nie oczekiwałam żadnego specjalnego zaangażowania. Chodziło o życzliwość, o zwykłe współczucie. Nic specjalnego. Przeżyłam rzeczy, których nie mogę tym ludziom zapomnieć. Rzeczy, które nie powinny się zdarzyć. Miałam takie przeświadczenie, że...

6

Małgorzata:
Kiedy moje dziecko przyszło na świat, zabrano je na stolik obok. Rodziło się tak cichutko. I tak szybko. Ja nawet tego nie zauważyłam, nie poczułam. Widziałam tylko, że oni odchodzą ode mnie. I wtedy do mnie dotarło, że mój synek już się narodził, ale mi go nie pokazano. W końcu podeszła do mnie pani neonatolog i powiedziała, że moje dzieciątko jest lżejsze, mniejsze niż myśleli. Mniejsze niż przewiduje norma na 23 tydzień ciąży i ona zgodnie z prawem chciała mnie poinformować, że dzieci na takim etapie wieku rozwojowego nie reanimuje się.

7

Marysia: Kobieta rodzi dziecko. Rodzi dziecko i przeżywa straszny ból. W nagrodę dostaje swoje dziecko. Dostaje antidotum i wszystko zostaje wymazane z pamięci. Ja przeżyłam cztery porody. Bez dziecka. Ten ból nie został wytarty. Został zwielokrotniony. I w tym najgorszym momencie ludzie dali mi tylko bezduszność.

8

Małgorzata: Ból pustych ramion i grób na cmentarzu. Kilka minut od domu. Jedyne, co mogłam dać mojemu dziecku, które miało mieć wszystko, co jest najlepsze na świecie, to prześliczny nagrobek i co tydzień bukiet świeżych kwiatów.

9

Małgorzata:
My jeszcze nie mamy tego następnego, tego kolejnego dziecka, ale już tak bardzo je kochamy. Kochamy pragnienie dziecka. Niektóre matki nie są w stanie nas zrozumieć. Dlatego tak bardzo denerwuje mnie, kiedy rodzice biją swoje dzieci, nie poświęcają im czasu, zostawiają je na ulicy, narażając je na śmierć, zamiast oddać je, zostawić w szpitalu albo w kościele. Jak można tak nie szanować dziecka, które się ma w sobie. Ostatnio widziałam kobietę w zaawansowanej ciąży. Szła zataczając się z butelką piwa w jednej ręce, z papierosem w drugiej, w podartym ubraniu. Oparła się przy jakiejś bramie, usiadła. Pewnie żeby wygodnie to piwo dokończyć... Chciałam podejść i nią potrząsnąć. Podejść i nią potrząsnąć i...

10

Marysia: Widziałam, jak mężczyzna bije po buzi dziecko w wózku jedzące mleko z butelki. Pewnie się oblało tym mlekiem, może dlatego je sprał. Wróciłam wtedy do domu i powiedziałam do męża, że to jest jakaś pomyłka. Że ludzie nie zasłużyli na to, by być ludźmi. Żadne inne stworzenie tak nie traktuje dzieci.

11

Małgorzata: Ostatnie, co pamiętam to pielęgniarka , która podchodzi do mnie z zastrzykiem. Obudziłam się już w zupełnie innym miejscu, na sali, gdzie leżały trzy inne kobiety... Czułam się troszeczkę oszołomiona. Nie wiem co mi podano, pewnie chcieli mnie uspokoić. Wiedziałam, że syna urodziłam o 23,19. Zaczęło do mnie docierać, że teraz jest 6.30. Zaczęłam krzyczeć, próbowałam wstać z łóżka. Nie wiedziałam ciągle, gdzie jestem. W końcu przyszła pani położna i zapytała co się dzieje. Powiedziałam, że chciałabym natychmiast zobaczyć swoje dziecko, bo z tego co pamiętam, to ja rodziłam. Mówiąc to dotknęłam brzucha, okazało się, że jest pusty. Pani położna powiedziała mi, że mam być spokojna. Spytała jeszcze, czy mi coś podać na uspokojenie. Ja powiedziałam, że ona mnie uspokoi, jak mnie zawiezie do mojego syna. I jeszcze: czy mój syn żyje. Pani położna powiedziała, że mój syn żyje, mam się położyć, mam sobie pospać, bo na pewno jestem zmęczona. Na to ja znów kazałam się zawieźć do mojego syna. Dostałam kolejną dawkę leku uspokajającego. Doszły do mnie jedynie powtarzane znów słowa: mój syn żyje. Odpłynęłam. Nie wiem co mi podano, poczułam, że nie chciano mieć ze mną kłopotu. Że miałam być spokojna, bo to był dyżur nocny, ranny, przejście, a ja byłam kłopotliwą pacjentką, bo płakałam i chciałam do mojego syna...
Nikt nie zaprowadził mnie do mojego dziecka pomimo próśb, jakie wypowiadałam kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt razy. Mówili, że na ten temat mam rozmawiać z doktorem, że doktor przyjdzie do mnie na wizytę o godzinie 8.00 rano. Zapewniali ciągle, że mój syn żyje i mam być spokojna. Kiedy nadszedł czas porannej wizyty, poprosiłam lekarza, żeby natychmiast zawieziono mnie do Mateusza, do mojego syna, bo jeszcze nikt mi go nie pokazał, a ja bardzo chcę przy nim być. Lekarz powiedział, że jak tylko skończy obchód, to oczywiście zaraz ktoś mnie do syna zawiezie. Czekałam do godziny 8.35. Nikt nie zjawił. W końcu przyprowadzono do mnie panią neonatolog, znaną mi już, która powiedziała, że jest jej bardzo przykro, ale mój syn... zmarł o godzinie 7.30. Pytam więc, jakim prawem lekarz, który był na wizycie o godzinie 8.00, śmiał dawać mi wiarę i nadzieję, że ja zaraz będę u mojego syna. Gdybym ja o tym wiedziała, gdybym wiedziała, że taka sytuacja ma miejsce, kiedy obudziłam się... rano, natychmiast kazałabym się zawieźć do mojego dziecka, ponieważ ja spałam po lekach... uspokajających, usypiających, nie wiem, a mój syn umierał piętro wyżej... Właśnie takie przeświadczenie, taka myśl, że ja spałam, a mój syn umierał, bardzo długo...

12

Marysia:
Nikt nawet nie próbował wyjaśnić mi co się stało. Nikt nie spytał: dokąd ja teraz pojadę. Zostałam sama. Wyszłam na własne żądanie, bo nie byłam w stanie znieść pobytu w tym miejscu. Po kilku dniach zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się o jakiś wynik. Wtedy okazało się, że dzieciątko na mnie czeka. Że muszę mu zorganizować pogrzeb. Nikt mnie wcześniej na to nie przygotował.
Nie wiem dlaczego. Czy to jest dla wszystkich takie oczywiste?

13

Małgorzata: Chciałam się z nim pożegnać, chciałam go zobaczyć... W końcu ktoś się zlitował nade mną, przyjechała pani położna z wózkiem, zaznaczam, że byłam 10 godzin po porodzie, było mi bardzo ciężko chodzić, ja rodziłam normalnie i zawieziono mnie na neonatologię. Jest tam takie pomieszczenie na czystą bieliznę... Wwieziono mnie do tego pomieszczenia i kazano nam czekać mnie i mężowi, ponieważ mąż był tego ranka cały czas przy mnie i też zdecydował się, że będzie obecny przy tym... przy tym fakcie. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i pani pielęgniarka z oddziału noworodków, z oddziału neonatologii... są takie wózki na... takie łóżeczka na kółkach... górę mają taką plastykową. I tam właśnie leżą noworodki w takich łóżeczkach, i wjechała z tym łóżeczkiem... nie wiedziała co powiedzieć, widziałam, że nie wiedziała co powiedzieć. I po prostu wyszła i zamknęła za nami drzwi. Zajrzałam do tego łóżeczka, Mateuszek miał główkę przykrytą pieluszką całą. W pierwszym momencie czułam się tak, jakby przywieziono mi dziecko, na przykład, do karmienia. Odsunęłam pieluszkę z główki, wzięłam normalnie chwyciłam Mateuszka, był zawinięty w rożek i zaczęłam normalnie do niego mówić, że bardzo się cieszę, że jest, że bardzo go kocham, że tyle na niego czekałam... że jest moim upragnionym dzieckiem, że się cieszę, że to jest syn, bo bardzo pragnęłam mieć syna i zaczęłam go głaskać po buzi, całować, tulić, traktować jak... jak żywe dziecko. Ale on już mnie nie słyszał. Pamiętam, że zauważyłam, że jest krzywo zawinięty w rożek, odwinęłam ten rożek, był taki maleńki, był golusieńki, nie miał żadnej koszulki, kiedy się urodził ważył 460 gram... wyglądał jak normalne dziecko, jak normalny noworodek, tylko był bardzo chudziutki, ale dla mnie był najśliczniejszym dzieckiem na świecie.

14

Marysia:
Czytam wypowiedzi z internetu, na jednej ze stron. To są puste slogany, które można przeczytać wszędzie. Nawet w pismach kobiecych. Jakoś tak infantylnie to wygląda. „Myśl pozytywnie, będzie lepiej...” Przecież to jest śmieszne. Taka pomoc jest dla mnie wręcz irytująca. Jak można myśleć pozytywnie po stracie czworga dzieci? Z tą prasowo-internetową psychologią jest coś nie tak.

15

Małgosia:
Ta myśl bardzo długo za mną chodziła. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Lekarze, jeszcze zanim urodziłam Mateusza powiedzieli mi, że jest to małe dzieciątko i będzie żyło kilka minut. Natomiast mój syn, jestem z niego bardzo dumna... żył osiem godzin. Ja wiem dlaczego tak długo żył. Bo on czekał, aż ja się obudzę i będę mogła zobaczyć go żywego. Walczył do kiedy mógł. Dlatego codziennie powtarzam mu, że jestem z niego dumna.

16

Małgorzata:
My dostałyśmy zwłoki. I to jest szczęście. Inne dziewczyny nam tego zazdroszczą. Bo nasze dzieci urodziły się i zmarły. A są kobiety, które straciły dzieci na wczesnym etapie ciąży i teraz nie mają nic. My mamy namacalny dowód tego, że nasze dzieci istniały. I istnieją. Możemy do nich pójść. Idziemy na cmentarz, idziemy do nich, tak jakbyśmy szły... do drugiego pokoju. I przychodzi taki moment, że zaczynamy czerpać z tego radość.

17

Małgorzata:
Chciałam mieć dziecko, bardzo chciałam mieć dziecko... Mam to dziecko, mam syna... Mój syn ma na imię Mateusz i jest aniołkiem.

18

Małgorzata:
Te sny ma każda z nas. Nie mamy nikogo wokół, nie mamy komu tego wyrazić, dusimy ból i on wychodzi w snach. One są różne. Na samym początku, to było trzy tygodnie po... po śmierci mojego syna. Początek snu był taki jak u innych dziewczyn. Śniło mi się, że wstałam rano, bo obudził mnie płacz mojego synka i trzeba było go nakarmić, przewinąć, powiedzieć jak bardzo się go kocha, przytulić, zacząć normalny dzień młodej matki, która jest z dzieckiem w domu po powrocie ze szpitala i ja się obudziłam, i... poszłam do drugiego pokoju, w którym miało stać łóżeczko i ja tego łóżeczka tam nie znalazłam. I pamiętam wtedy co zrobiłam, to nad drzwiami w pokoju w sypialni mam krzyż, kiedy już skończył się etap pretensji do Pana Boga i prawie, że nienawidzenia Go za to, że pozwolił na to, żeby się coś takiego stało, uklękłam przed tym krzyżem i zaczęłam go prosić o to, że jeśli się zdarzy jeszcze raz, że będę miała taki sen, to ja go błagam, żeby nie pozwolił mi się z niego obudzić. Że jeśli przyśni mi się mój syn, to że mogę go wychowywać, tulić, kochać, karmić, patrzeć jak chodzi, jak mówi...





patrz także: Ból pustych ramion

WIOSNA 2006  str. 1


reportaże strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni