wiosna'06
str. 1



reportaże  strona główna


Przetasowanie

jędrzej morawiecki



"Jak raz dziennikarz do swej profesji przystąpi, nie może z osądem się spieszyć, tak by dostatecznie z podsądnymi się zaznajomić i nie wynajdywać błędów tam, gdzie nie ma ich w istocie".

Michaił Wasiljewicz Łomonosow




Miało być tak:

główny bohater - brzemienna kobieta w dziewiątym miesiącu, która bez skutku  szukała miejsca, by godnie porodzić swe dziecko; czas akcji: grudzień 1998; miejsce: kraj chrześcijański, miasto na południowym zachodzie; bohaterowie negatywni: ci, którzy nie chcieli jej przyjąć; bohaterowie pozytywni: strażnicy miejscy;

Wszystko prawie jak w Testamencie; tam wierzył celnik, ten którym pogardzali i którego nienawidzili wszyscy; tu – ci, co blokują samochody, wypisują blankiety i w majestacie prawa odbierają pieniądze.

Wystarczy kilka spotkań, miejsc, rozmów głębokich, poważnych, niespiesznych, wystarczy słuchać, obserwować, pytać, podążać śladem zasłyszanej historii. Recepta: iść tak, by pozostać wiernym alegorii, która uczyni opowieść bardziej nośną, poruszającą.

 

I

 

Zamiast szopy – piwnica. Właściwie bunkier. Piwnica kojarzy się raczej z domem, ciepłem, z tym co pod mieszkaniami. Piwnica ma przedpory, komórki na koks, węgiel, ziemniaczki. O tych ziemniaczkach i przedporach opowie zresztą sama Nella. Ale później. Najpierw wrocławscy strażnicy. Znaleźli ją w bunkrze. Oświetlenie szło tylko przez luksfery w suficie. Mróz trzymał od kilku dni. Telefon zadzwonił rano, o dziesiątej trzydzieści. Pracownik pobliskiej firmy zobaczył w podwórku koło rynku, w bunkrze, bezdomną kobietę. Wiek - na oko - około dwudziestu pięciu lat.

 

Krzysztof Kaliszewski (funkcjonariusz operacyjny Straży Miejskiej):

Nakazałem patrolowi by niezwłocznie udał się na miejsce. Patrol dotarł tam o dziesiątej czterdzieści pięć. Faktycznie: patrol ujrzał kobietę bezdomną. Patrol przyjrzał się tej kobiecie. Okazało się, że jest ona w ciąży. Zapytano, w którym miesiącu. Ona oświadczyła, że w dziewiątym. Jak podała, miała trzydzieści pięć lat. Nie posiadała dokumentów tożsamości. Oświadczyła, że przebywała we wzmiankowanej piwnicy około dwóch tygodni. W związku z bezdomnością patrol przywiózł tę kobietę do oddziału. Jak wyglądała? Jak to osoba bezdomna. Biednie ubrana. Niezbyt czysta. Nie wydawała się jednak, jako się mówi – bardzo zaniedbana. Może dlatego, że była w końcu kobietą. Kobiety zwykle lepiej wyglądają niż mężczyźni. Osoba była zmarznięta. Głodna. Koledzy zorganizowali jej gorącą herbatę, przedsięwzięli z tego co wiem dostarczenie bułki. Po to, żeby zjadła. Ja w tym czasie usiłowałem załatwić miejsce w jakimkolwiek ze schronisk, które przyjmuje kobiety.

 

Jeden ze strażników:

Nie była chętna do rozmowy. Bardzo zamknięta w sobie. Nie chciała zupełnie mówić o tej swojej biedzie, o swoich problemach.

 

Krzysztof Kaliszewski:

Zacząłem dzwonić po różnych schroniskach. W jednym mi odmówiono. W drugim także. Należy zaznaczyć że wzmiankowana kobieta bezdomna nie miała przy sobie żadnego dokumentu tożsamości. Głównym problemem był właśnie brak posiadania dokumentu. Dlatego jej nie przyjmowali. No i ciąża. Pozostało ostatnie schronisko – "Betlejem". „Proszę zadzwonić za pół godziny”. Zadzwoniłem ponownie w umówionym terminie. Pracowniczka oświadczyła, że nie ma problemu, należy jednak przedstawić badania. Zacząłem załatwiać sprawy pod kątem badań. Okazało się, że wykonanie badań w terminie jednodniowym jest niemożliwe. Na wyniki WR trzeba było czekać nawet tydzień. Osoba bezdomna stwierdziła: „to już dziewiąty miesiąc ciąży”. Ja nie miałem pojęcia, czy to prawda. Nie wiedziałem zupełnie co zrobić. Byłem bezradny.

 

Krzysztof Kaliszewski zwrócił się po pomoc do kierownika. Kierownik do dyrektora. Dyrektor do lekarzy z kliniki położniczej.

 

Krzysztof Kaliszewski:

Tam też, do kliniki, ją przewieźliśmy. Na miejscu okazało się jednak, że przyjęcie osoby jest niemożliwe. Osoba została finalnie przyjęta do szpitala na Brochowie, gdzie pozostała. Mnie osobiście było po tej historii bardzo przykro, że osoba była bezdomna, w dziewiątym miesiącu ciąży, a schroniska nie wyraziły chęci przyjęcia jej. Ja wiem jedno: gdybym spotkał kobietę w takiej sytuacji, bezdomną, nie mówiąc już, że w ciąży, to na pewno walczyłbym do końca, żeby udzielić jej pomocy. Ja przestaję chyba rozumieć... (przerywa, długie milczenie, koniec rozmowy).

 

Nella, bezdomna, bohaterka reportażu:

Kobiety są silniejsze. I to nie tylko fizycznie,  nawet nie psychicznie, ale głębiej, duchowo. Chodzi o siłę wewnętrzną.

(powie to już później, podczas drugiej wizyty w schronisku)

 

Jeden ze strażników (żegnając się, przy wyjściu, przez kratę drzwi komisariatu):

Pies przejechany na jezdni otrzymuje pomoc w ciągu pół godziny. Do łabędzia, który przymarzł na lodzie, służby docierają w ciągu piętnastu minut. Do pijanego mężczyzny – zwykle – jeszcze szybciej. Kobieta? Mieliśmy nagą, która latała po rynku. Wtedy interwencja była natychmiastowa i wszystko udało się załatwić. A teraz, kiedy okazało się, że osoba jest w ciąży... Może ja się urodziłem za wcześnie, a może za późno. Nie pojmuję tego co się stało. Może jestem po prostu idealistą...

 

II

 

O zdarzeniu poinformowała prasę rzecznik Straży Miejskiej. Dagmara Turek-Samól sama jest w ciąży, sprawa była jej więc tym bliższa.

 

Publikacje w prasie:

"Kobieta leżała w stercie szmat. (...) – Tak, jestem w ciąży – powiedziała funkcjonariuszom i dodała – Ósmy, albo dziewiąty miesiąc. (...) Bardzo bym chciała trafić do jakiegoś schroniska i tam urodzić dziecko, ale chyba mnie nie wezmą".

("Z piwnicy do szpitala")

 

"Kobieta nie szukała pomocy w żadnym schronisku, ani przytułku. Żyła z tego, co znalazła na śmietnikach"

("Nie było dla niej miejsca")

 

Po kilku dniach sprawa ucichła, Nella trafiła do "Betlejem".

 

III

 

"Betlejem" – dom dla kobiet ciężarnych we Wrocławiu. Pierwsze spotkanie. Najpierw mówi o zimie w bunkrze.

 

Nella:

W bunkrze siedziałam gdzieś od sierpnia. A może od września? Nie wiem, nie liczyłam dokładnie czasu. Wiem, że na początku widno było nawet do dziewiątej. A potem już coraz krócej. Zrobiło się zimno. Zaczęłam spać  konkretnie: w trzech parach spodni i w trzech swetrach. Ubierałam jeszcze rękawiczki i przykrywałam się śpiworem, który znalazłam na śmietniku (śmiech). Zamek był zepsuty, ale śpiwór grzał. Na to jeszcze koc.

 

By nauczyć się, jak żyć poza domem, jak przygotować się do zimy – miała prawie rok. Mówi, że tyle czasu jest właśnie bezdomna. Najpierw mieszkała po altankach, ogródkach działkowych, na terenach popowodziowych w Opolu. W ciążę zaszła, kiedy było już ciepło.

 

Nella:

To był maj, może czerwiec. Dokładnie nie wiem. Człowiek w takiej sytuacji nie liczy dokładnie dni. Co mi to da, że ja będę wiedzieć, że dzisiaj jest 10 czerwca, czy 15 maja? Taką wiedzą się nie najem. Potem wyjechałam do Wrocławia. Spotkałam takiego pana, który tak jak ja już nie pracował i znalazł się w dość kłopotliwej sytuacji. A wypić to on lubiał konkretnie. Jak wypił, to opowiadał, co można znaleźć w sklepach, co na śmietnikach, co w pudłach odstawionych z boku. Na początku myślałam, że on głupoty gada, nie chciałam wierzyć. A potem okazało się, że u mnie w domu było mniej jedzenia, niż to wszystko co da się znaleźć na ulicy. Jogurty, śmietana... Gorzej z kiełbasą. Ale ja wielką zwolenniczką kiełbasy nie jestem, optuję raczej za warzywkami. Bo jak ludzie jedzą mięso, to w razie pogorszenia warunków życiowych bardzo szybko idą na dno, schodzą z tego świata. A warzywa wzmacniają wytrzymałość. Babcia zawsze to powtarzała. No i sól. Sól można ruszyć zawsze. Kiedyś znalazłam prawie dwa kilo. Albo jogurty: ponad dziesięć w pudle. Jak jest dzień, dwa po terminie, to na pewno nadają się do jedzenia. A dwudniowa śmietana nie zdąży jeszcze nawet zgęstnieć. Taką śmietankę  nieraz sobie elegancko wypiłam. W końcu w ciąży trzeba się dobrze odżywiać.

Pytanie:

Pani chciała rodzić w bunkrze?

Nella:

Wiadomo, że lepiej było urodzić tam, niż na dworze. Tyle że dziecko pojawia się nagle. To jest najgorsze. Musiałam wszystko przyszykować. Największy problem to mycie. Niemowlak rodzi się brudny. Trzeba go obetrzeć z krwi i tak dalej. A w bunkrze o myciu nie mogło być mowy. Zbierałam więc pełno ciuchów, które można by zużyć na tak zwane jednorazowe pieluchy. Głównie podkoszulki. Zamiast pudru - mąka. Z tym nie byłoby problemów, mąkę łatwo znaleźć. Przewijać by trzeba szybko, bo w zimie wszystko zamarza. Dziecko nie powinno leżeć w moczu. A jakbym trafiła trochę grosza, to kupiłabym sobie parafinę. Byłam przygotowana. Chciałam przeczekać do wiosny. Siedziałam cicho, nie robiłam libacji. Ale straż mnie znalazła. Widocznie szukali ofiar mrozów. Wpadli na mnie.

 

IV

 

Nella:

To już niedługo. Samego porodu się nie boję. W szpitalu rodziłam raz, na samym początku. Następne pięć odbierałam już sama. To tak, jakbym jednocześnie leżała i jeszcze stała obok.

 

W prasie  znów teksty o Nelli:

"Bezdomna kobieta w ciąży nie ma co liczyć na pomoc. Przekonała się o tym 25-letnia Anita"

("Przy nadziei, bez nadziei")

 

"35-letnia bezdomna w 9. miesiącu ciąży (...) od roku tułała się po Wrocławiu"

("Niegościnne schroniska")

 

"25-letnia kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży (...) wypiła herbatę i zjadła bułkę"

("Z piwnicy do szpitala")

 

Nella:

Dziennikarze? Tak, przychodzili. Było ich tu dużo. Pytali, jak stałam się bezdomna. Bo na ogół od urodzenia nie jest się bezdomnym. Chociaż zdarzają się i takie rzeczy. Wyrzucają dzieci na śmietniki. Był taki przypadek, że dziecko zostało pozostawione koło windy. W neseserze. Pan wie... Taki neseser. I w tym neseserze było dziecko. Miało przy sobie trochę ciuchów. Pępowina odcięta, łożyska brak. A na śmietniku to znaleźli dziecko całkiem gołe, przemarznięte. Przypuszczali, że nie będzie żyło. Ale jednak je uratowali, z tego co pamiętam. Inne było na placu Lenina, trzecie w pociągu relacji Opole-Tarnowskie Góry. To z tego, co pamiętam ostatnio. Bardzo często jest też tak, że gdzieś tam dziecko się rodzi, wsadzają dwa paluszki w gardło i... No wiadomo: dziecko ma malutkie gardziołko, to co to jest dwa palce wsadzić, prawda? Jak je zakopują, to dziecko jeszcze właściwie żyje. Ono się, jakby to powiedzieć, dławi. Takich przypadków też trochę było. Ja to bym tak nie mogła, żeby wsadzić dziecku dwa palce i je udusić. To mi się wydaje jakieś takie dziwne. Po prostu nie do pomyślenia. A co ciekawe, te osoby nie są często wcale w takich krytycznych sytuacjach, żeby były bez środków do życia. Często mają wille, wiadomo, że nie sami, z rodziną ale mimo wszystko...

Pytanie:

Pani z gazet zna te przypadki?

Nella:

Tak, raczej tak.

 

V

 

Najpierw: bliźniaki, wcześniaki, w ósmym miesiącu. Urodzone w szpitalu (Nella: "wszyscy się śmiali, że pierwszy szedł nogami do przodu. Jak z tego serialu. Patrzę -  a tu noga. Ja na początku myślałam, że to ręka, pomyliło mi się

/śmiech/).

 

Nella:

Na początku bliźniaki były ze mną. Później sprawy wyszły nie tak, w rodzinie stwierdzono, że nie tego i... No to do domu dziecka. Potem do następnego...

 

Szpital w Opolu, oddział położniczy.

Rejestracja:

Nella? (śmiech) To ta, która tak lubi rodzić w domu! Dzwonić na dwieście osiem, na patologię, tam jej dzieciaki zwykle trafiają.

Lekarz:

Znowu jest w ciąży? (chwila ciszy) No tak... Bywa u nas średnio co dwa lata. Nie jest opiekuńczą matką.

 

Telefon.

Matka z rodziny zastępczej:

O co chodzi? Skąd pan wie o tych dzieciach? Z ramienia jakiej instytucji jest pan? Powtarza długo, często, jak zaklęcie: "z ramienia jakiej instytucji?". Potem milczy. Potem mówi:

Nella? Wie pan kim ona jest? Odebrali jej mieszkanie. Nie może się widzieć z dziećmi. Ja panu nie mogę więcej powiedzieć. Tę sprawę trzeba zostawić. Nie wolno o niej mówić. Co? Ona znowu jest w ciąży? Boże... Długie milczenie. Ale ja nie mogę rozmawiać. To jest niewielka miejscowość, dzieci wiele przeszły, zanim zostały zaakceptowane. To się nie może znowu zacząć. Nikt się nie ma prawa się dowiedzieć. Nie może pan tu przyjechać. Prywatnie? Dobrze. Ale nie teraz. Po Świętach. Teraz nie mam siły. Proszę zostawić numer.

 

Telefon nazajutrz:

Przemyślałam. Proszę nigdy nie przyjeżdżać. Nie dzwonić. Nie pytać o jej dzieci. To wszystko mnie już i tak bardzo dużo kosztowało.

 

VI

 

Nella mówi, że po bliźniakach były dwie córki, chłopiec, dziewczynka i chłopiec. Ostatni w 1997 roku (Nella: "siedmioro dzieci, sześć porodów").

 

Nella:

Mówią, że teraz będzie dziewczynka. Ale ja to muszę sama zobaczyć.

 

Pracownik placówki społecznej (anonimowo):

Ona  znowu jest w ciąży? O Jezu... Chwila ciszy. Upewnia się, pyta jeszcze raz. Znowu cisza. Dobrze, niech pan przyjedzie po Sylwestrze. Ale ona nie może się dowiedzieć, co o niej mówię. Boję się, że mogłaby zrobić coś bardzo złego.

 

 

Nella:

Ja nie jestem taka, żeby się od razu mścić. Jest taka pani prokurator w Opolu, co jej oczy oblali kwasem, tak, że już teraz nic nie widzi. Ja, to w takich metodach nie widzę sensu. Wolę kogoś po prostu zwyzywać. Jestem bardzo bezpośrednia

 

VII

 

Dwa tygodnie później: kolejna wizyta w "Betlejem". Rozwiązanie: już za tydzień,  góra – dwa. Życzenia świąteczne, zdjęcie.

 

Fotoreporter:

Proszę usiąść trochę inaczej, tak jak brzemienna kobieta. Nie wiem jak to wytłumaczyć, pani wie najlepiej. Proszę pokazać, że jest pani w ciąży.

Nella bezradna.

Jedna z lokatorek "Betlejem" (przyglądająca się scenie):

Połóż ręce na brzuchu. Nie, nie, trochę wyżej. O, tak, widzisz?

 

Wcześniej – rozmowa w pokoju. O ciąży, o kolejnym dziecku.

Nella:

Że palę w ciąży, to nigdy nie ukrywałam. Średnio – dziesięć. Śmieszą mnie takie panie, co mówią, że nie palą i kłamią lekarzom. Ja jestem szczera i liczę się z komplikacjami.

VIII

 

Przyszedł nowy rok. Wrocław 1999. Miasto zamilkło na chwilę, rynek przetoczył wiatrem morze sylwestrowych papierków, pierwsze poranne sklepy sprzedały potrójną porcję soków, małych piw i tabletek przeciwbólowych. Po długim weekendzie życie odzyskało dawny rytm. Strażnicy miejscy znów zaczęli (między innymi) zakładać blokady, policja – (między innymi) kontrolować prędkość, dziennikarze miejscy – chodzić na konferencje prasowe i zbierać (między innymi): kufle z browarów, bony z nowootwartych domów towarowych, wina z salonów samochodowych, długopisy i kalendarze z wielu innych miejsc.

Znajomy dziennikarz, pisał tekst o Nelli:

Nella? Ona tak się nazywa? Nie wiedziałem, nie rozmawiałem z nią.

 

IX

 

 

7 stycznia - termin porodu (Nella: "Coś się dzieciak spóźnia"). Nella żartuje, proponuje kawę, rozmawia. Mówi o lekach, o reformie służby zdrowia.

 

 

Nella:

Podobno poród ma być teraz płatny. I leki. Do tej pory na przykład środki psychotropowe były za darmo (wiadomo, dla diabetyków). Nawet strzykawki były bezpłatne. I igły. A co teraz będzie?

(w tle magnetofon: "Nothing else matters" Metalliki)

 

 

X

 

Jacek Mazurkiewicz (założyciel, fundator "Betlejem):

Tak, obserwowaliśmy ją. Nie jest oczywiście taka, jak była opisywana w gazetach. Ale my nie zajmujemy się wychowaniem, nie staramy się zmieniać ludzi. My zapewniamy podstawowe środki. Każdy krawiec kraje, jak mu materiału staje.

 

Dom dziecka w Tarnowie Opolskim.

Pytanie:

Ile dzieci Nelli trafiło do Tarnowa?

Odpowiedź:

Zaraz, to nie tak łatwo. Musiałabym policzyć...

Po chwili.

Sześcioro? Tak, sześcioro. Teraz jest u nas jedno dziecko, dziewczynka. Trafiła tu od razu ze szpitala. Czekamy, czy dziecko zacznie się rozwijać.

 

Pracownik placówki społecznej (anonimowo):

Niektóre dzieci Nelli były dziećmi specjalnej troski, inne - na pograniczu rozwoju.

 

Nella:

No więc z dziećmi mojej winy jest piętnaście procent. Reszta jest nie ode mnie zależna.

 

Pracownik placówki społecznej (anonimowo):

Takich przypadków znajdzie pan tysiące.

 

XI

 

Przypadek Nelli:

Matka  pracowała na poczcie, na spedycji, ciągiem po dwa-trzy dni. Ojca Nella nie pamięta.  W wieku trzech lat poszła do szpitala. Kolejne dwa – w szpitalu właśnie, sanatoriach. Wróciła do domu  mając lat pięć. Po kolejnych dwóch – umarła matka.

 

Nella:

Umarła w maju, a we wrześniu poszłam do szkoły, do pierwszej klasy. Trafiłam do babci. Była całkiem w porządku. Po czterech latach umarła, wzięła mnie ciotka. Potem poszłam do domu dziecka. Zdałam do technikum rolniczego.

 

Opinia wychowawcy szkolnego (klasa druga technikum):

Nella ma szesnaście lat, jest średniego wzrostu, dość dobrze zbudowana. (...) Jest uczennicą zdolną, szczególnie w zakresie przedmiotów ścisłych. Swoich zdolności jednak nie rozwija (...). Dość chętnie wykonuje prace o charakterze społecznym na rzecz klasy i szkoły. (...) Chętnie pomaga słabszym koleżankom w odrabianiu zadań domowych.

 

Opinia wychowawcy (klasa trzecia):

Zachowanie na terenie szkoły jest pozytywne. Nie sprawia większych kłopotów wychowawczych, poza paleniem papierosów. (...) Utrzymuje sporadyczne kontakty z wujkiem.

 

Opinia wychowawcy szkolnego (klasa czwarta):

W szkole osiąga pozytywne wyniki. (...) Ostatnio zdobyła pierwsze miejsce w konkursie (temat: Polacy na frontach II Wojny Światowej). Ostatnie wakacje spędziła w domu dziecka. Sporadycznie wyjeżdża (...) do wujka. (...) Powinna brać udział gimnastyce korekcyjnej, ale kategorycznie odmawia. (...) Nie bierze udziału w zajęciach wychowania fizycznego, twierdząc, że nie lubi ćwiczyć.

 

Opinia wychowawcy z domu dziecka (klasa czwarta):

Nella ubiera się niedbale (...).

 

(...)

 

Nella zamieszkała u wujka. Później, po kilku latach, wyprowadziła się, dostała garsonierę, zaszła w ciążę – mówi, że wtedy po raz pierwszy ("Bliźniaki mają nazwisko po ojcu. Jest teraz żonaty. Nie, nie kontaktuję się z nim"). Nie płaciła czynszu, straciła mieszkanie. Bliźniaki poszły do domu dziecka. Nella wróciła do wujka. Notowana na policji. Kolejne porody, dzieci, domy dziecka. Nella nie chce nic mówić o ojcach.

 

Nella:

Moja babcia powiedziała, że oprócz Boga się wszyscy mylą. Bóg wie wszystko, a reszta uczy się na  błędach.

Pytanie:

A co było Pani największym błędem?

Nella:

Pomyliłam się z urodzeniem. Powinnam się urodzić trochę później. Trafiłam w jakiś bardzo zły moment. Od momentu śmierci mojej mamy cały czas się nie układa. To wszystko kwestia sfałszowanych dokumentów. Człowiekowi nie daje się możliwości wyjścia, przez cały czas się go gnoi.

"Fałszerze":

1. Sędzina – "sfałszowała" proces o odebranie praw("Nie dała mi szansy obrony, no i wyzwałam ją od różnych słów niecenzuralnych, prostytutek i tak dalej");

2. Wuj ("On składał fałszywe zeznania");

3. Lekarka ("Sfałszowała dokumenty i powiedziała, że mój syn umrze. Zaraz potem sama umarła. Na raka mózgu. Poszła pierwsza");

 

XII

 

Jacek Mazurkiewicz (założyciel, fundator "Betlejem"):

Nella jest wielką zagadką. My mamy optykę zracjonalizowaną. Być może Salvadore Dali mógłby zinterpretować Nellę. Diabli wiedzą co siedzi w niej w środku.

 

Nella:

Ja mam bardzo często sny korelacji bezpośredniej. Nie wiem kiedy się coś wydarzy, czy za tydzień, czy za pół roku, ale wiem, że nastąpi. Przed procesem babcia powiedziała mi: "nie wysilaj się, bo nie wygrasz". I tak się stało. A później mówiła, że kiedyś wyjdę na swoje, dostanę to, co mi się należy. Tak po prostu - otwierała drzwi od pokoju, wchodziła i mówiła. Przed każdym porodem miałam jedno ukazanie, podczas którego dowiadywałam się, że wszystko będzie dobrze. I rzeczywiście wszystko było raczej dobrze. A mogłoby być źle, przy poprzecznym ułożeniu na przykład sama bym nie odebrała. Tak samo przy ułożeniu pośladkowym. Sny najbardziej dotyczyły porodów, spraw o bliźniaki, inne dzieci i tak dalej. Nic z tego, żeby mi babcia mówiła numery do totolotka. Jak babcia śniła się przed moim ostatnim porodem, to powiedziała, że odchodzi na zawsze. To jakoś tak dziwnie, bo przecież już dawno odeszła. A teraz – "odchodzę ostatecznie". Dziwnie to zabrzmiało. Jakby nawet życie tej duszy już się kończyło. Ale powiedziała, że mam się nie martwić, bo niedługo nastąpi przełom. Pójdę w górę. Przywrócą mi honor.

 

XIII

 

Osoba bliska (anonimowo):

To, że się jej dzieciom nie stała krzywda, to jest zasługa czujności wielu ludzi.

 

Jacek Mazurkiewicz (założyciel, fundator "Betlejem"):

Panu Nella może się wydawać czymś zupełnie wyjątkowym, ale prawda jest taka, że olbrzymia ilość matek nie potrafi się nawet normalnie odezwać, wziąć dziecka na kolana. Nie potrafią wykonywać miękkich ruchów, nie potrafią się przytulać. Ale i one same nie były przytulane.

 

Nella:

Moim celem głównym w życiu są dzieci, tylko dzieci. Liczę, że jeszcze dwa, trzy lata i będę mieć wszystkie.

 

Emilia Żymańczyk (dyrektor domu dziecka w Brzegu):

Mieliśmy tu jej córkę. Była w wieku przedszkolnym. Jak by to panu powiedzieć... Bardzo nadpobudliwa, nerwowa, reagowała krzykiem.

 

Jacek Mazurkiewicz (założyciel, fundator "Betlejem"):

Sprawa jest zupełnie przegrana. Moglibyśmy zwrócić się do sądu [o odebranie praw do kolejnego dziecka Nelli], ale z doświadczenia wiem, że wszyscy by nas wyśmiali. Dzieje się tak nawet w zupełnie drastycznych przypadkach. Mieliśmy nie tak dawno dziewczynę ewidentnie chorą psychicznie. Złożyliśmy wniosek do sądu, mam tu kopię. Nie wykonali nawet rutynowego zabiegu,  choćby po to, żeby, kiedy się coś złego wydarzy, powiedzieć: "zrobiliśmy co trzeba". My zaproponowaliśmy siebie jako świadków, bo mieliśmy możliwość obserwować tę kobietę przez kilka miesięcy. A sąd się po prostu wypiął. Wiele się mówi na temat lustracji, ale nikt nie proponuje lustracji od zdrowego rozsądku, elementarnej ludzkiej wrażliwości.

 

XIV

 

Dwie godziny pod słońce. Miasto. Rynek. Boczna uliczka. Wuj odbiera domofon, otwiera drzwi, godzi się na rozmowę. 

Wuj:

Durna to ona nie była. Naprawdę pojętna kobita, nie powiem, krzyżówkę każdą rozwiązała. Ale człowiek jest zawsze od kogoś zależny. Pan, szanowny panie redaktorze – musi się podporządkować na ten przykład redaktorstwu naczelnemu. A ona wbiła sobie w głowę, żeby nic nie robić. Pan widzi, że jestem w tym temacie podniecony, ale ja mam prawo być podniecony. Pan przychodząc tutaj różne sobie pewnie rzeczy o mnie myślał, ale ja prawdę mówię.

Pytanie:

Ile razy Nella była w ciąży? Kiedy po raz pierwszy?

Wuj zaczyna opowiadać o papierosach, o tym że musiał je Nelli kupować, za własne pieniądze. Potem powtarza kilkakrotnie: "Pomyłkę można popełnić tylko raz". Potem mówi: Ja już nie mogłem w oczy ludziom patrzeć. Co rok, to prorok. Myślałem, że się ze wstydu spalę. Czułem, że mam ogień w środku. Nie do opisania. A teraz mam wreszcie spokój. Nic mnie nie denerwuje od kiedy poszła. Ja mam wreszcie normalne życie.

 

Ciągle na południowy wschód. Las, strzępy pól, znów las, coraz gęstszy. W końcu wioska.

Siostra zakonna o matce z rodziny zastępczej (tej, która oddzwoniła w grudniu):

To bardzo dobra kobieta. Dużo dobrego czyniła dla dzieci Nelli. A i jej samej starała się pomóc. Bo ona nie tylko z dziećmi, ale i z samą Nellą jest związana emocjonalnie. Jedźcie. Myślcie o losie dzieci. (...) Jedno z nich ma szansę odnaleźć się w świecie. (...) Ale ja wam adresu nie wskażę. Bóg z wami.

 

Słońce już w zenicie, na wpół przykryte chmurą . Szosa kręta, zamknięta igliwiem. Potem dwie wsie, spina je łuk mostu. Drogę wskazują mieszkańcy. "Dobra kobieta" – powtarzają wszyscy jak echo. Dom wśród pól. Otwiera dziecko (kilkanaście lat, grube okulary).

Syn Nelli:

Wy? Ojciec i syn?

Chwila ciszy.

Odpowiedź:

Nie, to kolega. On robi zdjęcia.

Syn Nelli:

Tak, widzę, on ma dwadzieścia jeden lat. A ja mam muzykę.

Dziecko wręcza nam dwa batoniki czekoladowe i odchodzi w głąb domu. Za oknem nagły deszcz. Nadchodzi kobieta. Ta sama, która nie pozwalała przyjeżdżać. Spokojna, zaprasza do pokoju, woła męża, wychodzi po ciasto. Wraca, wnosi herbatę, siada przy stole. Mąż obok. Pytają o Nellę, słuchają, potem mówią.

Rodzina zastępcza – matka:

Jak pan zadzwonił w Wigilię, to dzieci się domyśliły. Zaczęły pytać o matkę. Czekały w Święta, przy telefonie.

Rodzina zastępcza – ojciec:

One kiedyś się dowiedzą. Kiedyś zapytają, dojdą prawdy. Jakże im powiedzieć, że mają rodzeństwo, że braci i siostry po całym województwie rozsiało, matka też jest gdzieś, tylko ojców brakuje?

Rodzina zastępcza – matka:

W niej coś tkwi, ona czuje. Wiem, że jej wuj kiedyś włączył program o dzieciach. Zaczęła krzyczeć, kazała wyłączyć telewizor, nie chciała tych dzieci oglądać. Jej dzieci nie są obojętne. (...) Zaś reasumując – kolejne dziecko najważniejsze. To – co z nim będzie. Ja przepraszam, myśmy z mężem dużo o całej sprawie rozmawiali po tym telefonie na Święta, ale my naprawdę kolejnego od Nelli wziąć nie możemy. Braliśmy to pod rozwagę. I o Nelli myśleliśmy. Ale i jej przyjąć nie możemy, ona by nasze małżeństwo rozbiła.

Rodzina zastępcza – ojciec:

Niestety, najprawdopodobniej kiedyś wyjdzie z ośrodka, wsiądzie w pociąg a potem gdzieś to dziecko zostawi. Tak się pewnie stanie.

Rodzina zastępcza – matka:

A potem urodzi następne.

 

Jacek Mazurkiewicz (założyciel, fundator "Betlejem"):

Może Nella sobie wszystko zracjonalizowała i powiedziała: "Po cholerę ja się tak szlajam, po cholerę mi to wszystko? Mam dzieciaka, będę tu sobie żyć na zasiłku". My jej nie wyrzucimy. Jak będzie chciała tu być siedem, czy siedemnaście lat, to będzie.

Pytanie:

I myśli pan, że będzie chciała?

Jacek Mazurkiewicz:

Jak pan to chce drukować w "Tygodniku Powszechnym", to ja nie mogę czytelników zniechęcać do wiary w cuda.

 

XV

 

Nella urodziła dziecko dokładnie tak jak poprzednie: poród odebrała sama. Poszła po prostu do łazienki (koleżanka Nelli z pokoju: "Chyba coś czuła, ale nic nie powiedziała. Była bardzo szczęśliwa, cieszyła się, że to córeczka"). Nella została w "Betlejem". Mówi trochę o córce, czasem o podwyżkach, o lekach psychotropowych, o tym kto ma w życiu pod górkę. Dzisiaj córkę Nelli trzyma na ręku koleżanka z pokoju. Przyniosła, żeby pokazać. Nella siadła przy stole, pomiędzy choinką a telewizorem z brazylijskim tasiemcem. 

Nella:

Jak rodziłam, nie miałam żadnego skurczu. Dlatego nikogo nie wołałam. Wiadomo: to nie tak, że się popisywałam, że biegałam jak bohater, żeby sama urodzić. To by było jakieś nienormalne. (...) Myślę, że zostanę tutaj z córką. Chyba, że nastąpi przetasowanie. W sensie wewnętrznym.






Fragmenty tekstu ukazały się w Tygodniku Powszechnym w 1999 roku
Dziękuję za zaufanie i pomoc osobom, których nazwisk nie mogę wymienić.

WIOSNA 2006  str. 1


reportaże strona główna

wędrowiec © dziennikarze wędrowni