jesień/zima'06

strona główna
str.1



Matka krowa

jan sebastian rabie



rys. zuzanna morawiecka

      Paul Roux był kulawym chłopkiem wypijającym swoje dwa litry wina dziennie i orającym swoje ziemie i żonę z żelazną regularnością ich corocznych żniw.
      Lecz, jakkolwiek odporny na każdy wiatr i niepogodę, Paul Roux nie przetrzymał szoku, gdy żelazne gąsienice, wielkie jak dom burmistrza, wpełzły do wsi chrapiąc dymem i grzmiąc ze swych brzydkich pysków. Widok niemieckich najeźdźców z miejsca odebrał mu rozum; jego twarz przybrała idiotyczny wytrzeszcz; a jego usta rozwarły się zaślinione strachem, który miał trwać całe lata.
      Tam, na swojej ziemi, Paul Roux upadł na kolana i na czworaka zaczął się gramolić w kierunku krów w oborze. Jakby odcinając się od ludzi wpełzł na słomę pomiędzy szerokie, ciepłe ciała, wśród matczynego samozadowolenia bezpiecznie nieświadomy działań wojennych.

      Brązowa krowa rasy jersey obok Paula Roux przyjaźnie go obwąchała. Nie robiła nic groźniejszego nad przeżuwanie i delikatne wzdychanie za każdym razem, gdy jej żłób był pusty, od czasu do czasu też wylizywała go swoim cierpliwym językiem, by zachęcić mleko w wymionach.
      Paul Roux pozostał nieczuły na wszelkie próby świata zewnętrznego by przywrócić mu ludzką świadomość. Ślina ciągle ściekała z drżących ust, a jego bełkot brzmiał dokładnie jak pierwszy niezdarny ryk cielęcia. Gdy sąsiedzi zaciągnęli go przemocą do łóżka, uciekł na czworaka do obory. Po niedługim czasie przekopał się przez słomę, by radośnie przycisnąć się do spokojnego biodra brązowej dżersejki: było tak, jakby spośród innych krów wybrał ją sobie na matkę. Jego żona była później zobowiązana przynosić mu jedzenie do obory, przywiązywać go do krzesła i karmić drewnianą łyżką. Czasem, gdy była zła, zamierzała się na dżersejkę rzemieniem.
      Cywilizacja nie ustawała we wdzieraniu się z ganiącymi spojrzeniami. Uczone osoby mamrotały freudiańskie formuły i prorokowały, że jedynie drugi szok o równej sile jak widok Niemców jest w stanie przywrócić Paula Roux ludzkości. Lecz lata mijały i ukazywano mu najpierw wycofujących się Niemców, potem zwycięskich Amerykanów na jeszcze większych czołgach, mieszkańców wioski krzyczących i machających flagami, a nawet jak inny mężczyzna na jego oczach posiada jego żonę – oczy Paula Roux pozostały matowe i okrągłe jak u nowonarodzonego cielaka, a jego usta drżące i zaślinione jak przedtem. Przez ten cały czas krowa dżersejka żuła swoją paszę i roztaczała pachnący oddech nad swoim przybranym cielęciem, wylizując go w matczyny sposób. I przez pięć lat ziemie Paula Roux leżały odłogiem.
      Wtedy, pewnego pięknego poranka wkrótce po śmierci Hitlera i zawarciu pokoju, osłupiali wieśniacy ujrzeli jak Paul Roux wyszedł ze swojej obory. Potem pochylił się nad kranem, by zmyć z twarzy zielonkawy brud i zapach skwaśniałego mleka, wszedł do domu, przywitał się z żoną i z dziećmi jak człowiek, który właśnie powstał z martwych.
      Gdy usłyszał, że ceny, w stosunku do przedwojennych, wzrosły dziesięciokrotnie, Paul Roux przeklął. Jeszcze tego samego dnia, pilnie wypełniając obowiązki wobec swojej ziemi i żony, udowodnił, że tamte pięć lat ma już za sobą. Następnego dnia oznajmił swojej rodzinie:
      - Możemy sprzedać rzeźnikowi jedną z krów. Ceny są dobre.
      Jakby dla wyjaśnienia dodał:
      - Możemy sprzedać tę dżersejkę, tę brązową, która mi nasrała w oczy.

III'50

z tomu: "Dwadzieścia jeden"


tłumaczenie - zuzanna morawiecka

JESIEŃ/ZIMA 2006  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni