jesień/zima'06

strona główna
str.1



Roman

anna dorota morawiecka


Miałam sen o zamarzniętym jeziorze, które wyszło z brzegów, aż po horyzont. Lód był cienki, a moja świadomość – obarczona obowiązkiem opieki nad kimś, kto szedł razem ze mną – stygła ze strachu. Żeby nie pękł lód, trzeba było się czołgać. Na próżno wypatrywałam brzegu. Wreszcie moje dłonie natrafiły na pionowe drzewce. Złapałam się kurczowo, a drugą ręką przyciągnęłam do siebie tego, którego ochraniałam. Wokół drzewca była biała zaśnieżona wysepka wielkości leżącego człowieka – jedyny stały grunt. Byliśmy uratowani.

Spojrzałam w górę. Trzymałam się krzyża – krzyża na czyimś grobie. Grób był wyspą na zamarzniętym jeziorze. Kiedy się obudziłam, pomyślałam, że ktoś umarł. Nie zadzwonił jednak żaden żałobny telefon, nie przyszedł żaden sms, ani list. Wszystko było w zasadzie w porządku. Tylko Zuzia wstała z zapuchniętymi oczami, a potem przez wiele nocy paliło się u niej światło. Robiła niewielkie obrazki, które wyglądały jak ochłapy mięsa. Nie pytałam. Dopiero po jakimś czasie wszystko powiązało się w całość. Powiedziała, że nie chciała zasmucać. Nie trzeba oszczędzać serca matki – ono cierpi jeszcze bardziej, kiedy nie rozumie. Cała ta historia z trudem i powoli zaczęła się wyjaśniać. Informacje podobnie jak w moim śnie spływały oszczędnie w długich odstępach czasu.

Siedziałyśmy z Klementyną na parkowej ławce przyglądając się, jak nasze dzieci bawią się w piaskownicy. Zapytała mnie, czy wiem coś więcej o śmierci Romana. Ja nie wiedziałam ani o śmierci, ani o tym, kim jest Roman. Jeśli można uznać to za przypadek, to właśnie przypadkiem znajoma z piaskownicy i moja córka Zuzia miały wspólnego przyjaciela. Siebie nawzajem znały tylko ze słyszenia. Roman miał zresztą wielu przyjaciół; na całym świecie. Może nawet więcej ich było, niż sam przypuszczał. Jego śmierć wstrząsnęła lodową powierzchnią jeziora z mojego snu. Potem okazało się, że to jezioro istnieje nie tylko we śnie. Byłam tam naprawdę – tylko że latem, kiedy lśniło w słońcu. Romana zatłukli na klatce schodowej w Kijowie. Nie pasował jego wygląd. Widocznie za długo przebywał w Polsce i upodobnił się do „czużych” (obcych). Robił doktorat w Lublinie.
Bili go z pasją i skutecznie. Trzeba było myć ściany. Tak dowiedziałam się, skąd się wzięły ochłapy mięsa na obrazkach Zuzi.

To było święto Matki Boskiej Zielnej. Poszłyśmy z Jaśminką rano do kościoła; bardzo wcześnie, żeby został cały dzień na przygody. Lał deszcz. W naszym domu zaczął przeciekać sufit. W kościele ksiądz powiedział, że trzeba oderwać się od ziemi. Przybiegłyśmy do domu. Zawołałam od progu: „Chłopaki, siły wyższe nakazują nam oderwać się od ziemi.” Podziałało. W wielkim pośpiechu, jakby w obawie, że obudzimy się ze snu, wykonywaliśmy niezbędne ruchy: Artur zadzwonił do teatru w Niemczech, żeby przedłużyć o tydzień urlop, zawieźliśmy psa na wieś do Jędrzeja i Asi, wyrzuciliśmy śmieci i spakowaliśmy plecaki. Ja wybrałam pieniądze przeznaczone na opał zimą, Artur wybrał pieniądze przeznaczone na remont domu. Przypadkiem, a może nie przypadkiem, pojawił się Filip, tym razem bez aparatu fotograficznego i odwiózł nas arturowym samochodem na dworzec. Filip przyszedł z kolegą – też Romanem. Mała Jaśminka kierowana intuicją dziecka skądś wiedziała, że ta podróż wiąże się z tym, po którym płakała jej siostra Zuzia. – z Romanem Jenenką Nikt specjalnie nie starał się o tym mówić, ale widocznie udało jej się złożyć w całość słowa i ślady naszych dorosłych myśli. Kiedy usłyszała jak ma na imię kolega Filipa, zapytała: „Mamo, czy to jest ten Roman, który umarł?” Odpowiedziałam spokojnie: „Nie, tamten jest już w niebie i nie może nas odwiedzić. Jest wielu chłopców, którzy mają na imię Roman”. Tu chyba zaczęła się nasza ukraińska historia. Imię Roman było kamieniem milowym w tej podróży. Romana I zostawiliśmy na dworcu we Wrocławiu. Romana II poznaliśmy w pociągu ze Lwowa do Odessy. Był bardzo miły – odstąpił nam dolne łóżko – bo Jaśmina bała się wejść po drabince na górę. Znał książki Lewisa i wierzył w istnienie Narni, a jego żona przykryła rozkładaną półeczkę białym obrusem i wyciągnęła chleb, pomidory, wódkę. Rozmawialiśmy trochę o Unii i morzach (Czarnym i Bałtyckim).
Ta podróż zrodziła się z kilku tęsknot: tęsknoty Artura za rzewną, natchnioną i bolesną Ukrainą, tęsknoty mojej za słońcem, morzem, tęsknoty Jaśka za tajemniczym źródłem, z którego pochodziła jego babcia, no i tęsknoty małej Jaśminki za przygodą. Zaczęło się od żartu: a gdyby tak dogonić ekipę przyjaciół Romana. Tym razem mieli się spotkać tam, gdzie spędzali nie raz lato – nad Morzem Czarnym, na Kosie.
Zuzia planowała to już od dawna. Ruszyła dwa dni temu. Teraz prawdopodobnie docierała do przystani.
> Nasz pociąg dojechał o czwartej nad ranem do Odessy. W jakiejś bramie, na ulicy zadaszonej gęstymi gałęziami platanów umyliśmy zęby płucząc mineralną. Później był autobus i stateczek, którym przeprawiliśmy się przez morze na Kosę. Zamieszkaliśmy w małym, niebieskim domku przy drodze przecinającej rozgrzany słońcem step.
Oni wszyscy – cała ekipa przyjaciół Romana Jenenki, śpiewali do rana pod naszym oknem. Jaśminka odsypiała w moich ramionach dwudniową podróż a ja z nerwami napiętymi jak struny wsłuchiwałam się pieśni, od których drżał lód na moim jeziorze. Rano poszłyśmy nad morze. Na Kosie w promieniu jakichś trzech kilometrów od brzegu nie ma osiedli ludzkich. Jest tylko step i słone jeziora świadczące o tym, że morze nie zawsze jest łagodne. Wielkie, lśniące tafle płytkiej, przezroczystej wody. Powiedzieli, że mam przejść na ukos przez jezioro, żeby dojść do plaży. Szłam niosąc na rękach Jaśminkę. Nie dowierzałam, że to bezpieczne. Kiedy śniłam zimowy sen, nie miałam pojęcia, że słone jeziora są takie płytkie. Uległam wtedy złudzeniu. Niepotrzebnie się bałam.
Trzeciego Romana pierwszy raz zobaczyłam, kiedy zbliżał się od linii horyzontu po stepie. Przyjechał z daleka, nie na koniu, ale na rowerze – na spotkanie z całą resztą. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Przypominał mi Ptaśka. Chłonął każdym nerwem ziemię, powietrze i wodę. Poruszał się w jakiś szczególny sposób. Raz spał na plaży. Kiedy wszyscy siedzieli przy stole, on leżał na trawie i patrzył w gwiazdy. Próbowałam z ukrycia go narysować. Wiercił się jak antylopy, które rysowałam kiedyś we wrocławskim ZOO. Skojarzenie nie było bezpodstawne. Z rozmowy wynikało, że jest dużo starszy, niż myślałam. Jest weterynarzem. Opowiadał o swojej przygodzie z pytonem, którego żal mu było zabić i biegł do swoich współpracowników w ZOO, żeby pomogli mu wyplątać się z jego splotów. Obydwaj (on i wąż) przeżyli.
Ktoś zadał mi pytanie czy znałam Romana Jenenkę. Bez zastanowienia odpowiedziałam, że tak. A może to nie było kłamstwo. Jeszcze przed wyjazdem przerabiałam mój stary obrazek z cyklu „Metanoja” na zupełnie nowy. Obok na półce stała książka Dzwinki. Na okładce była ikona malowana przez Romana. Moja praca sprzed kilku lat miała w prawym dolnym rogu pokracznego ptaszka z „jedną nóżką bardziej” – taki rysuneczek stylizowany na bezradność dziecięcej ręki. Całą resztę zabazgrałam, zakleiłam i nagle ten mało ważny fragment zaczął być dostrzegalny. Przypadek, a może nie przypadek sprawił, że na ikonie Romana był identyczny rysunek. Dostrzegłam to dopiero po skończeniu pracy. Kiedy mój obraz i jego stały obok siebie, wyglądało to tak, jakby ptaszek przeskakiwał z płaszczyzny na płaszczyznę – z mojego królestwa do jego i z powrotem. Myślę, że mogę powiedzieć, że znam Romana Jenenkę, chociaż nie wiem, jaki miał kolor oczu.
„Dziwni z was ludzie, ale dobrzy” – mówiła gospodyni Luda. – „Niczego nie strzeżecie, cały wasz dobytek zostawiacie otwarty na wierzchu, wszystkim się dzielicie i tak pięknie śpiewacie nasze pieśni. Przyjedźcie do nas jeszcze raz. A ty, Aniczka, to chyba do morza przyjechałaś, bo idziesz tam o świcie, a wracasz o zachodzie.” Tak, to prawda: spotkałam się z Morzem Czarnym. Stałam raz trzymając się za ręce z Jaśminką w srebrnej fali pod srebrnym niebem i byłam pewna, że tak wygląda świat, o którym przeczytałam kiedyś na skrawku starego listu pisanego do mnie przez moją mamę – na strzępku, który zawieruszył się w mojej pracowni. To nie była tylko nieaktualna korespondencja (mama wtedy nie żyła), ale bieżąca informacja. Na pożółkłym papierze było napisane „zupełnie inny świat”. Może tam, w lepszym, innym świecie, stać będziemy w srebrnym morzu. Wtedy z Jaśminką czułyśmy, że można tak stać do końca świata. Byłyśmy wodą. Granice pomiędzy tym, co wewnątrz, a tym, co na zewnątrz zniknęły. Nastąpiło nasycenie: nasycenie słońcem, morzem i pieśnią. Wracaliśmy szczęśliwi. Każdy z nas przeżył swoją własną historię i każdy wiózł ze sobą własny bagaż.
W tamtą stronę, jadąc nocnym pociągiem, staliśmy na korytarzu i każdy z nas myślał: „Chyba nam odbiło”.
W drodze powrotnej patrzyliśmy sobie prosto w oczy i wiedzieliśmy, że nic lepszego od tej włóczęgi nie mogło nas spotkać. Warto było zapłacić każdą cenę.
Co rano jedzie „gruzawik” z odkrytą przyczepą; wskakuje do niej pies-podróżnik i wyskakuje w porcie.
Przystań w postaci wpół zatopionego wraku o wdzięcznej nazwie „Titanic” zapełnia się tłumkiem ludzi czekających na równie archaiczny i równie nie budzący zaufania „karablik” „Pegaz”. Pareń w czerwonej podkoszulce podaje dłoń tym, którzy boją się sami przeskoczyć pas rozhuśtanej wody.
W Oczakowie taksówkarz w czarnej wołdze czatuje na kasiastych turystów. Daj mu Boże zarobić parę kopiejek.
Niemiły kierowca busu, który nazwał nas „czużyje”, woła nosowym głosem „Odessa, Odessa” i czeka z odjazdem, aż zapełnią się wszystkie miejsca. Daj mu Boże obfitość pasażerów.
Odessa strzeże swojej tajemnicy. Może kiedyś jeszcze otworzy się przed nami. Narazie drzemie tak jak jej dworcowe, bezdomne psy. Tym razem nie mieliśmy dla niej czasu, chociaż próbowała nas zatrzymać. W kasie zabrakło biletów do Lwowa. Gdybyśmy nie mogli wybrać droższej wersji pociągiem międzynarodowym wyruszylibyśmy z Odessy dopiero za dwa dni. Goniły nas terminy.
Na pewno jedzie znów ten pociąg, w którym urządziliśmy sobie rajską ucztę pełną winogron, nektarynek, czarnego chleba, korniszonów i piwa pt. „bila nicz”. Kiedy spaliśmy przy otwartych drzwiach przechodząca korytarzem kobieta powiedziała o nas „Ot, szczęśliwi ludzie”. Słyszałam te słowa i widziałam nas, prawie śpiących i szczęśliwych. Oby o tej kobiecie też ktoś mógł tak pomyśleć.
Jest wciąż przejście graniczne, które tym razem przejechaliśmy pociągiem unikając czekania, upokorzeń i przepychanek. Miej Boże miłosierdzie dla przemytników i celników.
Jest nadal restauracja w Przemyślu z reprodukcją obrazu Klee i ten stolik, przy którym Artur powiedział, że moje malarstwo jest ograniczone z powodu pryzmatu, poprzez który spoglądam na rzeczywistość, a mała Jaśminka powiedziała cichutko „dzięki pryzmatowi robi się tęcza”.
Są też gdzieś nasze znajome z pociągu: Ania, która straciła męża osiemnaście lat temu i nosi gustowną biżuterię zaprojektowaną przez córkę Asię; Dorota z pięknymi córeczkami, które wyglądały jak bliźniaczki, dopóki nie wstały i nie okazało się, że różnią się znacznie wzrostem; i Lena jadąca w odwiedziny do polskiej rodziny korzystając z czterech dni wolnego w związku ze świętem odzyskania niepodległości przez Ukrainę.

Wszyscy oni gdzieś są: Artur w Niemczech, Jaśminka w krainie snów obok mnie, Jasiek w wirtualnym świecie komputera, ja w tych słowach, Zuzia w pieśni wśród przyjaciół Romana, a Roman Jenenko jest w niebie.

Post Scriptum

Dziś o świcie wróciła Zuzia. Przywiozła ze sobą Jurę. Na drogę wzięli od gospodyni Ludy nasiona kwiatów. Powiedzieli, że Roman-weterynarz został jeszcze na Kosie. Luda pozwoliła mu mniej płacić za nocleg w zamian za pomoc w gospodarstwie.



patrz także: Piosenka pamięci Romana Jenenki - MP3

JESIEŃ/ZIMA 2006  str. 1

wędrowiec © dziennikarze wędrowni