Dzienikarze wędrowni

Listy z Hawany (odc. 1)

Klementyna Suchanow, tekst i zdjęcia

27 kwietnia, piątek

Wylądowaliśmy w Hawanie. Pierwsza myśl: Kuba istnieje naprawdę, już to wiem, bo zobaczyłam na własne oczy. Drugie: na lotnisku dosyć OK., przynajmniej w porównaniu z tym, czym mogły być nasze polskie lotniska w swoim czasie. I jeden miły szczegół: jest na lotnisku w Hawanie plac zabaw dla dzieci i zabawki - dla chłopców i dziewczynek, a nawet materac dla znudzonego rodzica. Kontakt z urzędnikami poprawny, lekki, bez problemów. Ale to pozytywne wrażenie zepsuła po dwugodzinnym czekaniu przy taśmie transportowej wiadomość, że nie ma mojego bagażu. Szybko zrobiłam rachunek strat, da się wytrzymać przez jakiś czas, pod warunkiem, że Iberia dośle mi walizkę w ciągu jednego czy dwóch dni. Rozmowa w punkcie Lost and Found trwała krótko, pani na ekranie swego komputerka nie znalazła mojej walizki wśród rzeczy zagubionych, w związku z czym powinna ona być gdzieś na lotnisku. I rzeczywiście okazało się, że nagle jest. Nie zajmowałam się rozwikłaniem zagadki owego zagubienia i odnalezienia się walizki, bo musiałam ruszyć do mojej casa particular (pokoju wynajmowanego w domu prywatnym), gdzie już pewnie na mnie czekano. Podjechała po mnie piękna, nowoczesna taksówka, do której kategorycznie kazała mi wsiąść pewna funkcjonariuszka lotniskowa i był to mój pierwszy kontakt ze znanym ze słyszenia dychotomicznym podziałem kubańskiego świata na strefę tubylczą i turystyczną. Bo nasza elegancka taxi mknęła sprawnie po dosyć dobrych (w porównaniu z naszymi) drogach, a obok furczały i stękały lokalne pojazdy w stanie totalnej rozsypki. Ale twarze ich kierowców były wesołe i chętnie przesiadłabym się do nich, tym bardziej, że w stosunku do osób, które łapią takie fuchy jak praca taksówkarza można mieć uzasadnione podejrzenia o „współpracę”. Za to kierowcy owych fantastycznych wraków spoglądali tęsknym wzrokiem w stronę mojej taksówki. I tak to jest, notatki z wycieczki po Kubie nie mogą obejść się bez naiwnych komentarzy. Za co z góry przepraszam.

Nie wiem kiedy i jak z lotniska dostaliśmy się do miasta, bo jakoś nie bardzo zauważyłam to miasto, to znaczy jechaliśmy przez coś, co nie pomyślałabym, że już jest miastem, wyglądało raczej na przedmieścia, poza tym było raczej ciemno, światło oszczędne (było ok. 23), z pewnością w związku z problemami energetycznymi. Ale w pewnym momencie dostrzegłam znany ze zdjęć Plac Rewolucji i budynek ministerstwa z portretem Che Guevary oraz pomnik José Martiego. Czyli jestem już blisko mego kubańskiego domu.

Señora Ana, miła pani, koło sześćdziesiątki, pokoik czysty (jaka różnica po obskurnym hotelu w downtown Miami). Będzie mi tu dobrze, blisko uniwersytet, targ z owocami, dobre śniadania. Cóż więcej trzeba do szczęścia?

Widok z okna mojego pokoju na ulicę, dzielnica Vedado, ponoć dobra, jak mówią gospodarze, cała w ruinach, w których jakoś sprawnie i z wrodzonym wdziękiem poruszają się Kubańczycy. Na rogu jeden z niegdyś pięknych domów, pod nim na schodach siedzą dwaj młodzieńcy, ciemno, piątkowa noc. Rozmawiają. Tak naturalna jest to scena, że myślę sobie, że jednak wolę tę prostotę od wypasionej chałupy, jaką niegdyś musiała być ta willa.

W pokoju telewizja Sony, cztery programy, lodówka Samsung. Wiadomości dotyczące przygotowań do obchodów pierwszomajowych, później przekonam się, że żyje nimi całe miasto. Na innym programie film amerykański (to dopiero!). Emisja niektórych kończy się jak Pan Bóg przykazał, o północy. Zasypiam, jest ciepło, ale nie muszę włączać klimatyzacji.

28 kwietnia, sobota

Rano śniadanie z gospodynią, załatwianie formalności, wymiana waluty na dworcu autobusowym. Oprowadza mnie córka o imieniu Crishnia. Na cześć Kriszny. Druga córka, mieszka w Miami i nazywa się Kenia. To dobry początek na oswojenie się z miastem. Odbędziemy razem spacer po Vedado. Można wywoływać zdjęcia, internet drogi, ale jest, także w bibliotece, więc w poniedziałek będę mogła spróbować. Słucham historii życia Crishnii. Pracuje na uniwersytecie jako socjopsycholog, z wykształcenia nauczyciel nauczania początkowego ze specjalnością w muzyce. Owa nazwa socjopsycholog polega, jak tłumaczy, na opiece nad sprzętem w akademikach oraz uczeniu studentów poszanowania zdobyczy rewolucji. Używa takich słów właśnie - „rewolucja”, okaże się, że wszyscy operują takim słownictwem. Kwestia nauki i przyzwyczajenia. Rewolucja to z zasady chwila, moment, ale Fidel przez całe lata wmawiał Kubańczykom, że właśnie robią rewolucję i trwa już ona 48 lat. Zdaje się, że zabrakło mu pomysłów na to co potem. Jak spojrzeć na te wszystkie lata po 1959 roku, to widać jak wielka to była improwizacja. Najpierw rewolucja była moralna, miała doprowadzić do lepszej demokracji, po dwóch latach stała się komunistyczna i tak to ZSRR pomagał i utrzymywał Kubę do 1989 r. Moja gospodyni z nostalgią i patriotycznym samozadowoleniem wspomina czasy obfitości pod radzieckimi opiekuńczymi skrzydłami. Mieli wszystko, lodówki, pralki, szkoły itd., mleko dla dzieci. A kiedy po 1989 nastąpił krach, Fidel wymyślił turystykę, pomysł zaiste diabelski, jak na człowieka, który walczył z seksturystyką za czasów tyrana Batisty. Ale krasomówczy talent Wodza mydli oczy prostym Kubańczykom. Widzą wprawdzie, że dzieje się niesprawiedliwość, bo turyści, imperialiści oddają się żądzy pieniądza, a za nimi także Hawańczycy i mieszkańcy nadmorskich kurortów. Ile na tej linii odbywa się szwindli wiedzą ci, którzy nie zapomnieli polskich początków lat 90-tych. Nasze kantory, cinkciarze, pirackie kasety, wynoszenie jedzenia z hotelu, jednym słowem to, co moja gospodyni nazywa „invento”, a co tylko język polski jest w stanie odpowiednio przetłumaczyć, bo ma na to własne, dobitne określenie: „kombinować”, nieprzetłumaczalne na inne języki, oprócz kubańskiego, rzecz jasna. Zastanawiające jest jak język propagandy przeniknął do codziennego języka i tak prości ludzie mówią o kapitalistach, imperialistach, myśląc oczywiście o Stanach, cała nienawiść na tym jest skupiona, tak jakby nie było krajów kapitalistycznych, a równocześnie tak socjalistycznych jak Szwecja czy Francja. Okazuje się, że można różne rzeczy pogodzić i że jedno nie musi wykluczać drugiego, ale tutaj potrzebują mentalnie ostrych granic, inaczej może życie nie miałoby sensu.

29 kwietnia, niedziela

Wczoraj byłam w kinie. „La edad de peseta” produkcji hiszpańsko-kubańsko-wenezuelskiej, kino Yara, koło słynnej lodziarni Coppelia, wraz z Crishnią i jej koleżanką. Film puszczony z płyty DVD, przed nim pokazano na ekranie program wszystkich kin, w oprawie jak nasze reklamy na początku lat 90-tych, co pojawiają się jeszcze w lokalnych telewizjach, np. reklamach domów weselnych, w tle stała plansza, a na tym pojawiające się i zmniejszające obrazy w formie niby wyszukanych rombów i z efektami w stylu kolorowa ramka, wszystko – jak to na Kubie – okraszone mocną muzyką. Akcja filmu miała miejsce w Hawanie przedrewolucyjnej, kobieta wraca z 10-letnim synem do matki, ucieka od męża, zdaje się jakiejś szalonej miłości lat młodzieńczych. Zarówno babka, syn jak i matka żyją marzeniami, matka o lepszym życiu, zapatrzona w gwiazdy filmowe, babka wierzącą w niezliczoną ilość świętych, a zarazem bardzo nowoczesna, jest fotografką, Samuel zaś przeżywa typowe dla wieku dorastania młodzieńcze męki. Historyjka sprawnie pokazana, zadbano o ładne stroje z epoki. Kończy się rewolucją i wyjazdem z Hawany do Miami, tzn. wyjeżdża matka z synem oraz nowym mężem Ramónem. Babka, z początku oschła w stosunku do wnuka – owocu zakazanej miłości - zżyła się bardzo z chłopakiem, a teraz pozostaje sama.

Po filmie dziewczyny poszły się z kimś spotkać, ja w stronę Malecónu, tj. nadmorskiego deptaka. Miły chłodek, zakochane pary, wszystko fajnie, tylko widoki na miasto zdewastowane, gorzej może niż nasze podwórka, bo w końcu klimat (wilgoć) i potrzeby (nie ma zim) inne. Tymczasowość, prowizorki, szczytem geniuszu i woli przetrwania Kubańczyków są jednak autobusy tzw. camellos, wielbłądy, długie, bo przód jest nasadzonym na zwykłą ciężarówkę kadłubem autobusu, do którego doczepiono w przemyślny sposób drugi autobus. Crishnia mówi, że nimi nie jeździ, bo się boi ryzyka. Ja też nie czuję wielkiej chęci przejażdżki takim wehikułem. Choć dla rasowego turysty to wielki fun i atrakcja, ale nie czuję wielkiego ciśnienia doznania wszystkiego. W tym sensie jestem raczej „niespiesznym przechodniem”, biorę co się nawinie. Wolę nawet siedzieć teraz w pokoju, niż biegać po Starej Hawanie, moje poznawanie Kuby to głównie proces myślowy. Zaglądam przez okno, przyglądając się sąsiadom, doznając rytmu niedzielnych ulic.

Z refleksji po spacerze zostało mi jeszcze jedno: żal, że rewolucji nie udało się zmienić psychiki macho, co Fidel uważał za jeden z celów. Byłoby niezwykle przyjemnie przejść się po Maleconie, gdyby nikt na mnie nie czyhał, nie zagadywał, gdybym mogła się też poczuć wolna. Ale znamię turysty oraz samotność młodej kobiety nie może pozostawić obojętnymi tych amantów Mulatów, Kreolów itd. Jaki żal, uznałabym Kubę za wyspę szczęśliwości w tym morzu wiecznego łacińskiego podrywu. Tak męczącego i tak bez wdzięku, bo odgrywanego po tysiąc razy, do znudzenia wedle tych samych procedur. Ale i tak nie jest źle, na Kubie panuje równość i facetom-turystom równie upierdliwia się życie nagabywaniem przez tzw. jineteras, prostytutki, którymi są czasem zwykle dziewczyny, jakby były naszymi koleżankami z bloku czy ze szkoły, choć w wydaniu bardziej tropikalnym. To zdaje się jedyny obok Brazylii kraj takiego równouprawnienia płci, tzn. wszyscy są potencjalnymi, chodzącymi obiektami seksualnego zainteresowania.

Po powrocie do domu pyszna kolacja, mięsko super, szyneczki wyborne, jajka kosztują krocie – mówi gospodyni – zdobywa je dla mnie, choć mają jakąś tam ilość na kartki, ale oczywiście nie wystarcza. Kupują je w chopingach, czyli shoppingach. Mi jednak wystarczą owoce, jest właśnie sezon na mango. Señora Ana bada, otwiera się. Zapomniałam zapisać, że zaraz po moim wyjściu z Crishnią pierwszego dnia, kiedy wpadłyśmy po około 20 minutach z wymienioną kasą, której nie chciałam całej targać ze sobą po mieście, zastałam już w domu funkcjonariuszkę, która spisywała dane fiskalne, ale miała w ręku też całą kartę zapisaną, tak jakby wywiad na mój temat. Kim jestem? Czy przybywam jako turysta czy studentka czy też jako dziennikarz? Tego ostatniego - rzecz jasna – nie można wyznać. Poglądy Any zaskakują mnie i nie zaskakują. Przyjeżdżam ze świata, gdzie mówi się o końcu Kuby, czeka na śmierć Fidela, obraduje co zrobić po jego śmierci. Ale z drugiej strony znam już Amerykę Południową na tyle, że nie dziwi mnie to, co widzę i słyszę. Bo tu sprawy mają się inaczej. Ana docenia to, co dał jej system: wykształcenie, służbę zdrowia, to zresztą mantra, którą powtarzają wszyscy. Ale temat szkół i służby zdrowia był aktualny 50 lat temu (mówię o podstawowych sprawach), ale czy dzisiaj młodzi Kubańczycy mają się z tego cieszyć? Zdaje się, że tak czy siak, na całym świecie na różne sposoby rozwiązano ten problem. Cóż po wykształceniu, jak talenty się marnują, nie znajdują spełnienia, nie mają ujścia, tę apatię i lenistwo Ana zarzuca wielu młodym Kubańczykom. Jest prosta, mówi, że nie jest ślepa i widzi złe rzeczy, ale rewolucja dużo jej dała i choć mieszkała też w Stanach i jest tam jej rodzina, ona wróciła, bo tu też się da żyć. Oczywiście życie Any nie jest typowe dla wszystkich Kubańczyków, mając pozwolenie na wynajmowanie pokoju ma dodatkowy, poza rentą, dochód, który pozwala na utrzymanie całej rodziny i dobre, choć nie luksusowe życie. Dobre w sensie podstawowych mieszczańskich osiągnięć cywilizacji, jak: klimatyzacja, kuchnia, lodówki, telewizory itd., które z pewnością nie należą do dóbr ogólnie dostępnych. Jest być może naiwna, ale ma też swoją, osobistą rację. Podekscytowana obchodami 1 maja, wierzy, że Fidel się pojawi i idzie, by go zobaczyć. To zdaje się będzie wielkie święto. W Coppelii widziałam powywieszane napisy z poparciem dla Fidela i wyrazami oburzenia w stosunku do terroryzmu Busha. Taki świat na opak. Zdaje mi się, że Fidel ze swoją pozycją mógł dużo ugrać ze Stanami, ale pycha go zwiodła i potrzebował typowo wojennej retoryki wroga.

Byłoby to zabawne, gdyby nie przekładało się na smutny konkret. Ana mówi, że to bzdury, iż nie ma wolności słowa, ona krytykuje jak trzeba. Mówi, że nie ma głodu na Kubie, dzieci chodzą obute i nic im nie brakuje, bo do 7 roku życia dostają (nie pamiętam ile) chyba dwie butelki mleka dziennie, że przyjeżdżają ludzie, którzy fotografują tylko same mankamenty. Ma cukrzycę, pytam jak tam służba zdrowia, mówi, że OK., że ma lekarstwa, ale apteka, którą widziałam przy głównym szpitalu Calixto García posiadała chyba z 10 lekarstw równo ułożonych na zmurszałych półkach. W nocy skoczyło jej ciśnienie i zabrali ją do szpitala. Nie znam się na tych rzeczach, ale czy w takich przypadkach robi się elektrowstrząsy? Od rana jednak już krząta się i gotuje. Nie do końca czuję się na miejscu, nie dyskutuję, bo jestem w stanie przyjąć jej osobistą historię i punkt widzenia, pod warunkiem, że wierzy w to, co mówi.

kolejny odcinek ukaże się ...

w ę d r o w i e c  ©  d z i e n n i k a r z e  w ę d r o w n i
---hamburg---poznań---warszawa---wrocław---