Dzienikarze wędrowni

Listy z Hawany (odc. 4)

Klementyna Suchanow, tekst i zdjęcia

10 maja, czwartek wieczorem

Rano w bibliotece udało mi się znaleźć jeszcze jedną rzecz, recenzję z Ferdy z 1947, wydrukowaną w meksykańskich „Cuadernos Americanos”. Tak często używam słowa „udało się”, bo tu coś załatwić to naprawdę szczęście. W południe (!!! – podkreślam, bo południe nie jest porą do wychodzenia z domu, z powodu strasznego słońca. Wtedy robi się sjestę i kąpie się przed każdym wyjściem i po powrocie do domu.) odwiedziłam Laurę Pollán, żonę jednego z uwięzionych w 2003, nadal siedzi. Przekazałam jej lekarstwa, bardzo się ucieszyła. Zjechało się do niej kilka kobiet, bo w niedzielę obchodzą tutaj Dzień Matki i z tego co widzę, jest to wielkie wydarzenie i wszędzie przygotowania. (Będę miała w tym roku dwa Dni Matki.) W domu na piętrze stały same rzędy łóżek, jak w schronisku. Smutna była, mówiła, że w życiu by nie pomyślała, że tak długo będą ich trzymać. Ucieszyła się z „El País”, nie wiedzą co się dzieje na świecie i jest głód informacji. Wizyta nie była długa. Idąc stamtąd w stronę kina, wdepnęłam do hotelu Colina, gdzie odkryłam tańszy internet i dzisiaj udało się zajrzeć do maili i nawet gdzieś w przelocie wyczytałam, że jednak Geremek nie będzie europosłem, co bardzo zmartwi Espinosę Chepe. Rozmawialiśmy o tym, dla niego to ważne, obserwuje jakie zmiany zachodzą u nas i bardzo ceni pokojową zmianę systemu, do jakiej doszło w Polsce.

Usłyszałam od Raquel, że zmieniono program w kinach, więc poszłam sprawdzić co dają. Jest w tym tygodniu kilka filmów kubańskich. Tytuły nic mi nie mówią, ale nie szkodzi. O 17 był film „Páginas del diario de Mauricio” w kinie Riviera na ulicy 23 i G, w ramach uniwersyteckiego klubu dyskusyjnego. Bardzo ciekawe - pomyślałam sobie - muszę to zobaczyć. Będzie dyskusja. DYSKUSJA? Wspaniale. Kino ciut lepsze niż te, które dotąd dane mi było poznać. Tylko trochę zapachu brudnej starości. Opis akcji: historia pewnego Mauricio, młodzieniec, dorasta w okolicznościach rewolucyjnych, wierzy, zostaje profesorem, nie jest nadgorliwy, w porządku człowiek. Żeni się, ma córkę Tatianę. Najciekawsze zaczyna się wraz z upadkiem komunizmu i rokiem 1989. Na Kubie niepokój, ludzie wyjeżdżają i jego córka też zostaje, w Moskwie. Mauricio bardzo cierpi i nie może się pogodzić ideologicznie z tym faktem. Małżeństwo się rozpada, spotyka Mirtę, też rozwódkę, też wierzącą po swojemu w rewolucję, też ma córkę - Lucíę. Lucía nie akceptuje Mauricia, jej ojciec pewnego dnia ucieka do Stanów, ona o tym wie i nie mówi matce, która uznaje to za zdradę i spisek z jej strony. Ucieczka z kraju jest dla niej zdradą i nie może przebaczyć ukochanej córce. Mirta jest energiczna, umie się odnaleźć w nowych czasach, tzn. zakłada casa particular, czyli robi to, czym zajmuje się teraz większość Hawańczyków - wynajmuje pokoje. Ale fizycznie jest słaba, jest jakaś choroba i pewnego dnia umiera. Okoliczności śmierci są ważne: siedzi w pokoju, nie odbierając telefonu od córki, która mówi do niej nagrywając się na sekretarkę. Tak więc Lucía i Mauricio zostają sami, ale się nie lubią. Mauricio pewnego dnia spotyka się na kilka godzin z córką, gdzieś za granicą, bo zajmuje się teraz jakimiś sprawami, które pozwalają mu podróżować. Córka jest szczęśliwa z rodziną w Rosji, on cierpi, ale uważa, że też jest szczęśliwy. Mauricio i Lucía zbliżają się w nieszczęściu – ona zachodzi w ciążę i zostaje sama. Akcja kończy się gdzieś w 2000/2003. Ostatnia scena to Mauricio z Lucíą siedzący razem przy stole, jedyni ocalali. Ona zostaje na Kubie z przekonania, mogłaby wybrać model Tatiany, jest przecież młoda, urodziła się w okresie, gdy komunizm upadł i nie ma nic wspólnego z wielkimi ideałami pokolenia swoich rodziców.

Dyskusja, w której uczestniczył także reżyser, dotyczyła głównie tematów: skąd pomysł, jak doszło do realizacji. A mnie interesowało co myślą ci młodzi tam zebrani. Czy oni też by uciekli jak Tatiana, jeśli nie to jakie powody mają by tu zostać, jak widzą swoją przyszłość w rozpadającym się kraju. W końcu zadałam pytanie, mówiąc, że jestem z Polski, że byłam akurat w 1989 roku w ich wieku, że czy oni się identyfikują z postaciami filmowych córek w czasie „que están viviendo la muerte del socialismo”, gdy przeżywają śmierć socjalizmu. Ja zadowolona, że dorwałam się do świeżych umysłów, że wreszcie coś usłyszę ciekawego. A tu jeden mi mówi, że on się utożsamia raczej z Mauricio, czyli ideologicznym kontynuatorem rewolucji. Piękne to i szlachetne, myślę sobie, ale oczekiwałam innych odpowiedzi. Niekoniecznie, że chce stąd zaraz uciec, ale może ma jakiś pomysł na to, co dalej zrobić z tym krajem. No dobra. Okazało się, że wielu chciałoby zabrać głos, więc rozmowę przenieśliśmy poza kino. Dopadła mnie zaraz jedna hiena, zadając pytanie sformułowane w następujący sposób: „que te hace pensar que es la muerte del socialismo”, czyli dosłownie co mi „każe myśleć, że to śmierć socjalizmu”. No cóż, mówię, jestem tu i patrzę i to, co widzę wydaje mi się przemawiać za śmiercią socjalizmu. O kurczę. Wtopa. Źle trafiłam. Ona mi, że to nie jest tak, że gospodarka się podnosi (???), że oni wierzą, że czują dumę... Hm. Ona jest młoda i świeża? Bo zdaje się, że zalatuje mi przeterminowaną propagandą. Ja pokojowo, że OK., że mogą być dumni, że ja nie do tego piję, ale że ewidentnie widać, że ten model socjalizmu się nie sprawdza. Podszedł reżyser, wypytuje co tu robię, wiedział kto to Piñera, a nawet sam wyszedł z tematem Gombrowicza, oczytany, bo tutaj nikt nie wie o tych sprawach. Gombrowicz nie istnieje w ogóle, zna go tylko grupka kilku pisarzy, sam Piñera jest nawet średnio znany, ciągnie się za nim czarna fama z lat 70-tych, kiedy żył zmarginalizowany przez system. Jeden z chłopców wyglądał trochę roztropniej, więc wzięłam go na stronę i pytam co myśli. A ten prowadzi mnie na drugą stronę ulicy, do FEU. Co to? Federación de Estudiantes Universitarios, ta sama, w której kiedyś działał Fidel. No cóż, z deszczu pod rynnę. Rubiel, w odróżnieniu od compañery, która mnie tak zaatakowała, ma przynajmniej trochę wdzięku. Więc siadamy i rozmawiamy. Chcę z niego coś wyciągnąć, podpytuję, podaję przykłady rzeczy, które znam sama z lat 80-tych, pytam czy go to po prostu nie drażni, nie irytuje, czy chciałby być bardziej niezależny, że tu wszystko jest zorganizowane, że trzeba przynależeć itd. Mówi, że tak, że są takie rzeczy jak obecna na tapecie sprawa Posady Carrilesa, że to jest męczące, ale on wierzy, pochodzi ze wsi i rewolucja dała mu wykształcenie i że opieka medyczna jest gratis. Chyba już to słyszałam, ale czyż w naszej „kapitalistycznej” Polsce za studia i szkołę płacimy? Za szpital czy muszę płacić? (Pomijam nasze wielce wielkie problemy z reformą służby zdrowia, która w porównaniu z ichniejszą działa super i w ogóle jest pierwsza klasa). Otóż nie muszę, jest coś takiego jak podatki, które tu się rozumie jako haracz płacony na rzecz państwa. Podaje mi przykład, że w Stanach by go nie wyleczyli. Ludzie! To nie jest wcale śmieszne, to jest efekt odcięcia od świata, blokady informacji. Ja po dwóch tygodniach pobytu tutaj też już zaczynam nie wiedzieć co się dzieje na świecie. Są zamknięci, dosłownie, na wyspie, i wychowywani w bezczelnej propagandzie. Kuba nie jest po prostu podłączona do sieci nowych wydarzeń i myśli. Tu czas stanął, to nie tylko skansen starych samochodów, ale też przestarzałych idei.

Tak więc skończył się wieczorek dyskusyjny. Nie rozumiem, rewolucja rewolucją, fajnie, że udało im się postawić i że mają ideały, itd., ja akurat naprawdę to doceniam. Czy Fidel będzie ostatnim w historii Kuby buntownikiem? Zdaje się, że gdybym się tu urodziła byłabym już tysiąc razy uwięziona, najprawdopodobniej z głupoty, bo mój zmysł krytyczny, nawet gdyby był przyćmiony „wychowaniem rewolucyjnym” nie byłby w stanie zabić ironii i niezależności opinii. I nie wiem na ile to by wynikało z mojego własnego, prywatnego charakteru, a na ile z „dziedzictwa polskiej krwi”, że nawiąże do chodliwego obecnie tematu dziedzictwa narodowego. Amen.

11 maja, piątek wieczorem

Gospodyni przyszła rano i mówi, że oglądała w nocy film o getcie i wojnie. Widziała też kiedyś „Listę Schindlera” (w ogóle teraz w telewizji pokazują „Upadek”, a w kinach są obecnie trzy polskie filmy: „Nóż w wodzie”, „Pianista” i „Quo Vadis” oraz przegląd filmów Polańskiego). Ana popłakała się, że jak ci Niemcy tak mogli, że taki horror, wyłączyła ten film, bo już dłużej nie mogła. I jak my możemy żyć nie nienawidząc Niemców? I przypomniało mi się, że właśnie o tym pomyślałam w pewnym momencie, po „dyskusji” w kinie. Że tu się podsyca nienawiść, głównie do Stanów, Bush jest terrorystą (no, może poniekąd mają rację, he, he...), ale rozwieszanie po mieście plakatów z takimi hasłami to już średnio udany pomysł, tym bardziej, że wychodzi od rządu, a nie - dajmy na to – grupy anarchistów. I taki chłopak, co ma teraz, powiedzmy, 18-20 lat, ma nienawidzić Stany za wyzysk kolonialny, czyli tak jakbym ja miała nienawidzić Niemców za zabory. Tłumaczę więc Anie, że owszem, sprawa jest trudna, bo w każdej prawie polskiej rodzinie jest ktoś, kto bezpośrednio ucierpiał od Niemców, że nieraz przychodzą do głowy różne myśli, ale nie da się żyć wciąż nienawidząc, po prostu się nie da.

Inny szczegół, o którym zapomniałam: Rubiel, chłopak z kina, chwalił solidarność Kubańczyków, że jak transport nie działa, to ludzie się nawzajem podwożą. Jest tu cały system autostopów, także w mieście. Tzn. na drogach poza miastem są specjalni funkcjonariusze do zatrzymywania wszelkich pojazdów i wpakowywania do nich czekających przy drogach ludzi. Nie zatrzymanie się jest karane. W mieście ludzie łapią stopa na każdym rogu, choć potem płaci się coś kierowcy. Ma to swój urok. Bardzo lubię też ich chodnikowe życie, biegające po ulicy dzieci, sąsiedzi prowadzący rozmowy. Żałuję, że u nas to zanika. Chciałabym, żeby moja córka mogła się bawić spokojnie na ulicy, bez ryzyka, że przejedzie ją pan menadżer bardzo ważnej firmy XYZ, który właśnie udaje się na pilne spotkanie i dlatego zamiast 50/h jedzie stówą.

Schodziłam dzisiaj na piechotę prawie całą Hawanę. I muszę w tym miejscu załączyć pewną poprawkę do wcześniejszych zapisków: Hawana nie jest dobrą scenografią, Hawana jest po prostu filmem. To, co się dzieje na ulicy, szybkość i ilość wydarzeń to gotowy film. I żadna Lizbona, Rzym czy Wenecja nie przebiją tego miejsca. Tysiące historii, wątków i bohaterów na raz. Robiłam trochę zdjęć, ale po jakimś czasie odczułam bezsens fotografowania, tego nie da się oddać, to trzeba chłonąć, poddać się fali. Tu trzeba żyć. Kto nie widział Hawany, ten nie wie co stracił.

w ę d r o w i e c  ©  d z i e n n i k a r z e  w ę d r o w n i
---hamburg---poznań---warszawa---wrocław---