Dzienikarze wędrowni

Marek Motas

jan janusz morawiecki, tekst

Moja mama, pamiętam, twierdziła, że jeśli ptaszek przysiada na parapecie i stuka dziobkiem w szybę to znak, że ktoś od nas odszedł.

archiwum rodzinne - morawieccy
archiwum rodzinne - morawieccy
***

Śniło mi się, że unoszę się własnymi siłami w górę klatki schodowej. Piętro po piętrze. Coraz wyżej. Od parteru ktoś nadchodził, zbliżał się. I poczułem strach, a nie miałem siły unosić się wyżej. Osiadłem na schodach pomiędzy czwartym piętrem a strychem. Poznałem miejsce. To mój dom rodzinny (który już nie istnieje), a na czwartym piętrze mieszkała prostytutka, chętnie goszcząca żołnierzy byłej Armii Radzieckiej. Była przerażająco brzydka, ale... Pamiętam ją jak podchodziła do mnie i wręczała jakieś "groszaki" – "Masz kup sobie bułkę, albo idź do kina". I odchodziła z tajemniczym uśmiechem "Mona Lisy" na brzydkiej twarzy. Nie ma już tego miejsca i Jej już chyba też nie ma.

A ten strych...
Chyba byłem wtedy młodszy od mojej córeczki Jaśminki. Może miałem pięć-sześć lat. W nocy wszedłem na strych. Pośród wiszącej na sznurach bielizny ujrzałem postać Maryji. Płakała. Nie wiedziałem dlaczego. Nie słyszałem żadnego głosu. Niczego nie rozumiałem. Nie czułem strachu. To była taka kojąca wizja. Czułem tylko, że uczestniczę w czymś ważnym. Zamknąłem drzwi od strychu, minąłem prostytutkę i wróciłem do domu.

W tym domu nie było toalety. Gówna często wylewało się przez okno. A w hałdach gruzu żyły kozy. I ja musiałem pić to ich obrzydliwe, gęste, żółte kozie mleko.

***

Śniło mi się, że unoszę się ponad modlącymi się w kościele, płynę plecami w dół i jednocześnie widzę górę i dół. I byłem zdziwiony, że nikt nie odnotował tego fenomenu. Bo przecież unieść się o własnych siłach nie każdy potrafi. Później znalazłem się w mieście, które wydało mi się obce. Światło miało odcień fioletu. Konstrukcje budowli też były zupełnie były zupełnie obce. Nawet nie potrafię ich odtworzyć. Snułem się tymi ulicami: ja-cień i mijałem ludzi-cienie. Później znów unosiłem się. Odzyskałem siłę, ale wiedziałem, że niebawem osłabnę. Teraz nie oczekiwałem już niczyich zachwytów. Czułem, że znowu ktoś się zbliża. Kto? Moje przeznaczenie? To coś szło po krętych drewnianych schodach szybciej niż ja byłem w stanie unieść się w górę. Obijałem się o poręcze, słyszałem świszczący oddech nadchodzącej nieuchronności.

Jeszcze raz udało się. Udało mi się uciec. Obudziłem się w moim pokoju. Słyszałem te same odgłosy. Ten świszczący oddech to dźwięk ptasich skrzydeł. Rzeczywistość powoli przestawała być fioletowa. W pokoju miotał się przerażony ptak. Synogarlica. Drugi, większy siedział na ramie okna i obserwował. Wstałem i podszedłem do okna. Widział każdy mój ruch, ale nie ruszył się z miejsca. Czekał. Może był przewodnikiem? Nie wiem. Synogarlicę po prostu wziąłem w ręce. Była malutka i chyba bardzo przestraszona. Poddała się mojej woli i działaniu. Pozwoliła się złapać. Rękoma czułem jak szybko bije jej serce. Podszedłem do okna i rozwarłem dłonie. Ale ona przysiadła obok samca. Coś sobie powiedzieli, a później on wystartował w jasność nieba. A ona za nim.

***

Włączyłem radio i usłyszałem komunikat, że odszedł od nas Marek Motas Było by miło gdybym mógł powiedzieć, że był to mój przyjaciel. Bo przyjacielem był dla wszystkich.

w ę d r o w i e c  ©  d z i e n n i k a r z e  w ę d r o w n i
---hamburg---poznań---warszawa---wrocław---